Radosna nowina!

-

 

Dobre rzeczy się dzieją! Dosłownie przed chwilą powstał nowy blog, z kontynuacją publikowanej tutaj opowieści:

KLIKNIJ MNIE

Chwilowo jest jeszcze pusty, ale i tak z chęcią przyjmę wszelkie uwagi, choćby dotyczące wyglądu strony. :)

Pozdrawiam i zapraszam!

Opublikowano Bez kategorii | 2 komentarzy

Rozdział/Epilog/Niespodzianka

Pięć lat po zdarzeniach opisanych w ostatnim rozdziale…

- Powinniśmy się szybciej uwijać, bo nam nic nie wyjdzie z tej niespodzianki. – Oświadcza Sandra, gapiąc się na swoje długie, granatowe paznokcie. Zamieram w pół drogi, w trakcie przemieszczania stołu.
- Powinniśmy? Przecież ty nic nie robisz. – Wywracam oczami, a siostra Clive’a stuka się palcem w czoło.
- Jestem w ciąży, tumanie.
- W szóstym tygodniu?
- Ciąża to ciąża. – Wzrusza ramionami.
- Właśnie, a nie choroba. Mogłabyś rozstawiać zastawę, albo… Nie wiem. Zrób cokolwiek.
- Nie mogę, bo uszkodzę maleństwo. – Oświadcza ze śmiertelną powagą i kładzie dłoń na swoim brzuchu.
- Ty co brałaś? Ja wiem, że teraz ludzie szybciej dojrzewają i później się starzeją, no ale.. Bez przesady. Ile ty właściwie masz lat? – Ustawiam stół i patrzę na kobietę, opierając dłoń na biodrze. Morduje mnie wzrokiem.
- Dobra. Zrobię wszystko, tylko koniec z pytaniami o wiek. – Wstaje zrezygnowana i rozkłada na stole obrus.
- Mama mnie wydziedziczy, jak dowie się, że zorganizowaliśmy dla Clive’a przyjęcie urodzinowe, w którym ona nie brała udziału. – Stwierdza, kierując się za mną do kuchni.
- Przeżyje. Uczestniczyła w nich przez ostatnie trzydzieści cztery lata. A okazja jest wyjątkowo wyjątkowa. – Oświadczam. Sandra siada na blacie.
- Co racja, to racja.
- Ktoś puka. Otworzysz? – Proszę, grzebiąc w piekarniku. Sandy kiwa jedynie głową, zeskakuje i pędzi do przedpokoju, stukając obcasami okrutnie wysokich szpilek. I ona mi gada o zagrożeniach ciąży?
- Są dodatkowe ręce do pomocy! – Woła z przedpokoju. Po chwili zza kuchennej framugi wyłania się rozczochrana głową ubranego tradycyjnie na czarno Adriena, a obok staje wyprostowany jak struna Ian, trzymający za rękę ośmioletnią Amy. Dziewczynka jest prześliczna. Wyrośnie na piękną kobietę.
- Przepraszam, ale nie mieliśmy gdzie zostawić małej. – Wyjaśnia cicho i flegmatycznie Adrien, a Amy spogląda na niego z wyrzutem.
- Nie jestem mała. – Oświadcza stanowcza.
- Dobra, wielka pani, chodź ze mną. – Woła Sandra i ciągnie dziewczynkę za rączkę. Panowie wchodzą za mną do kuchni.
- Ile mamy czasu? – Pyta kontrolnie Ian.
- Niecałą godzinę. Przyjdą jeszcze Dominic, Marc, no i Brandon.
- Po co właściwie to przyjęcie? Nie, żebym miał coś przeciw, no ale jednak Clive nie wylatuje jutro na księżyc, albo drugi koniec świata…
- Ale kończy dziś trzydzieści pięć lat. I od nieco ponad pięciu lat jest ze mną. – Odpowiadam. Blacha ląduje na blacie.
- A to naprawdę zasługuje na podziw. Nikt inny by nie wytrzymał. – Wtrąca Sandra, która pojawia się tutaj z powrotem.
- Gdzie jest moje dziecko? – Pyta podejrzliwie Ian, przestając na moment układać równo muffiny.
- Za oknem, sześć pięter w dół, z twarzą pokiereszowaną, na chodniku, w stanie martwym. A niby gdzie ma być?- Odpowiada Sandy, a Ian kręci z niedowierzaniem głową, jednak nie komentuje, bo dostrzega, jak Adrien nieudolnie próbuje odkorkować butelkę z winem. Podrywa się z miejsca.
- Na litość boską, nie tak! Daj, ja to zrobię. Ile razy mogę ci to pokazywać? – Pyta Ian i odbiera od niego butelkę, a Adrien kapituluje i zwraca się do mnie:
- Nie wierzę, że jestem z nim od jedenastu lat. To jest dopiero godne podziwu.
- Wszystko słyszę. – Mamrocze Ian, z triumfem wyciągając korek z butelki. Sandra kradnie jedno ciasto i ponownie znika, żeby wpuścić kolejnych gości.
- Nie będzie tu rodziców Clive’a? – Pyta z niedowierzaniem Ian. Kręcę głową.
- Nie będzie, bo z logicznego punktu widzenia, są starzy i psują koncept, który wymyślił Vincent. – Odpowiada Brandon, pojawiając się w drzwiach kuchni – jedyny facet, z którym Sandra wytrzymała dłużej niż rok, ojciec jej dziecka. Się porobiło!
- Przestań, jesteś tak samo okrutny jak Sandra. Cześć, w ogóle. – Rzucam. Uśmiecha się, na ramiona opadają mu długie, jasne włosy. Patrzy na nas przez chwilę i postanawia dołączyć do Sandry i Amy, oglądających jakiś teleturniej. Marc zjawia się pół godziny później, Dominic zaledwie pięć minut przed godziną, w której Clive kończy pracę. Wszystko jest już przygotowane i wygląda doskonale. Pozostaje tylko czekać, a ja z nas wszystkim jestem najbardziej zestresowany, jak zwykle. Solenizant zjawia się po trzydziestu minutach. Staje w drzwiach pokoju i zamiera, widząc tu nas wszystkich.
- Co się stało? – Pyta, przenosi wzrok z Sandry na mnie, potem na stół.
- Dzisiaj są twoje urodziny, staruszku. – Śmieje się jego siostra.
- Na śmierć zapomniałem. – Potrząsa głową, parska śmiechem, zagryza wargę, a oczy zachodzą mu łzami.
- Nie rycz, bo ja też będę. – Oświadcza Sandy, wstaje i go obejmuje. Clive jest autentycznie wzruszony, a wszyscy po kolei podrywają się z miejsc i składają mu życzenia. Nawet wciąż mała, ale nad wiek inteligentna Amy.
- Boże, to jest piękne, dziękuję. Tylko wciąż do mnie nie dociera, bo jestem zmęczony. – Mówi Clive. Stoi wciąż na środku pokoju, tkwiąc w wielkim szoku.
- Siadaj! – Woła Marc, a Clive posłusznie przeciska się obok niego i ląduje na kanapie, u mojego boku. Znowu jestemy wszyscy razem. Marc stara się chować telefon pod stołem, Amy stoi po środku i śpiewa piosenkę, Clive patrzy na nią z szerokim uśmiechem, Adrien skubie rękaw swojej koszuli, a Ian próbuje usilnie ułożyć mu ręką fryzurę. Dominic gada o czymś z Brandonem, a Sandra ustawia na kolanach brata kolejne prezenty.
- Dziękuję, za wszystko, ale prezenty ogarnę potem, jeśli nie macie nic przeciwko. – Rozlega się głos Clive’a zza sterty paczek i pudełek, które po chwili lądują bezpieczne na komodzie. Amy przestaje śpiewać, Ian odruchowo, a może po to, by nie było jej przykro, bije brawo, a my wszyscy wtórujemy. Jest przyjemnie, zwyczajnie, ciepło. Czuję się bezpieczny i kochany, a Clive chyba dostrzega, że nam wszystkim na nim zależy i go doceniamy. To jest najważniejsze. Uśmiecham się do Clive’a, spogląda na mnie. Przybliża się i delikatnie mnie całuje. Jest naprawdę pięknie, choć sam nie wierzę w upływ czasu. Nie dziwię się w to, że Adrien nie potrafi uwierzyć w jedenaście lat spędzone z Ianem. A to dopiero pięć… Uśmiecham się do swoich myśli. Sandra je tort na wyścigi, cały czas tłumacząc swoje obżarstwo ciążą, a Amy siedzi na kolanach Adriena, obejmując jego szyję małymi łapkami. Jesteśmy wszyscy rodziną. Naprawdę. I niech już na zawsze tak będzie.

Opublikowano Bez kategorii | 10 komentarzy

Rozdział pięćdziesiąty – Prawda

ADNOTACJA OD AUTORKI:

Witajcie! Przed wami ostatni, krótki i pewnie bezsensowny i gówno wyjaśniający rozdział tej historii. :) Mam nadzieję, że nie macie mi tego za złe.

Epilogu nie będzie jednak, bo udało mi się to jakoś tutaj wszystko ładnie wpleść.
Zresztą nie lubię prologów i epilogów…

Pozdrawiam was serdecznie (moje dwie czytelniczki).

A tu link do nowego bloga: 
http://your-lucky-day-in-hell.blog.pl/

Jeszcze nic tam nie ma, ale się niedługo pojawi. :)
___________________________________________________

Zastanawiam się, co robić. Przecież Jasper mnie nie zabije. Nie teraz, nie tutaj. To jest środek miasta, nie ma jeszcze nocy. A on nie ma planu. Wiem o tym. Wtedy też nie miał. Gapi się na mnie, a ja zastanawiam się, jak uciec. Clive nie miał racji. Jasper nie zmąrzał, ani nie zrezygnował. Próbuję go kopnąć, a pies głośno warczy. Oprócz tego jest kompletnie cicho. I zupełnie ciemno. Mam wolne obie ręce i moja bezsilność wydaje mi się być kompletnie bez sensu. Oddycham na tyle głęboko, na ile pozwala mu ucisk. Jasper patrzy mi w oczy, przysuwa się bliżej. Odwracam twarz. Pragnę zniknąć… Ktoś idzie. W oddali słychać głosy, śmiech. Będzie dobrze. Jasper chyba też słyszy zbliżających się ludzi. Odskakuje ode mnie, wpada w panikę. Morduje mnie wzrokiem, jakbym to ja ich tu przysłał. Wiedziałem, że tego nie przemyślał. Krzyczę, żeby go wystraszyć i zwrócić uwagę idących w tę stronę osób. I wtedy pies znowu mnie atakuje. Doskakuje do mojej lewej ręki i zatapia w niej kły. To wszystko trwa może sekundy, pewnie nawet nie. Jestem skołowany, zastanawiam się, jak odepchnąć kundla. Jeśli go uderzę, pewnie mocniej zaciśnie szczęki. Zbliża się do nas grupka młodzieży. Próbuję się wyszarpnąć, a Jasper klnie pod nosem, chwyta psa za kark i odciąga ode mnie. To wszystko wciąż do mnie nie dociera. Jakbym grał w kiepsko napisanym filmie. Ręka nie krwawi mocno, jedynie nieprzyjemnie piecze i pulsuje. Mam podarty rękaw. Oboje – Jasper i pies zwiewają, mieszając się z tłumem przechodniów. Dotykam ramienia, oddycham powoli. Też muszę stąd iść. Słyszę tylko pęd własnej krwi w skroniach, nie czuję praktycznie bólu. Nie chcę robić zamieszania, z wzywaniem karetki, więc przemykam zgarbiony obok młodzieży, palącej w tym zaułku papierosy i docieram do domu. Gubię się w czasie. Nie mam pojęcia ile to trwa. Kiedy Clive otwiera drzwi jest kompletnie przerażony.
- Co się stało?
- Jasper i jego pies.. – Wzdycham. Oddycham niespokojnie.
- Dlaczego nie zadzwoniłeś po karetkę? Może to trzeba zszyć.
- Nie straciłem dużo krwi. Nic mi nie jest. Jedynie pies mnie ugryzł. – Zrzucam z siebie podarty płaszcz. Nadaje się już tylko do wyrzucenia. Nie da się tego estetycznie zszyć. Idę do pokoju, a Clive pędzi za mną.
- Był szczepiony? Może się wdać zakażenie. – Panikuje.
- Taa… Bo jak cię ktoś atakuje z psem, to ci pokazuje jego książeczkę weterynaryjną. – Ironizuję, a Clive spogląda na mnie urażony i sadowi mnie na tej skórzanej kanapie. Powoli się uspokajam, oddycham normalnie, odzyskuję kompletnie świadomość, a wraz z nią odczuwanie bodźców. Ręka zaczyna boleć. Clive rozbiera mnie od pasa w górę. Ramię nie krwawi. Poza niewielką, rozmazaną plamą krwi, nie ma jej w ogóle. Widać jedynie, w którym miejscu pies wbił zęby w moje ciało.
- Faktycznie nie jest tak źle. – Uśmiecha się słabo Clive.
- Nie trzeba wzywać karetki? – Dopytuję.
- Jak ci się do jutra pogorszy, to trzeba będzie. Rana nie jest głęboka. Martwi mnie jedynie wizja zakażenia.
- I wtedy mi amputują rękę? – Pytam z czystej ciekawości, a Clive wywraca oczami i potrząsa z niedowierzaniem głową. Siedzi koło mnie i troskliwie, profesjonalnie opatruje ranę.
- Trzeba to zgłosić na policję, dowiedzieć się wszystkiego o tym psie i wpakować Jaspera do aresztu. – Mówi, bardziej do siebie, niż do mnie, wpatrując się w moją rękę szeroko otwartymi oczami. Czego on w niej szuka? Podnosi wzrok, spogląda mi w oczy.
- Przepraszam. – Szepcze.
- To nie twoja wina.
- Trzeba było wtedy pójść z tym do sądu. Za bardzo wierzę w ludzi. – Puszcza moją rękę i zapina suwak w torbie.
- Wszystko dobrze? Masz czucie? Nie boli?
- Wszystko gra. – Potwierdzam i dla pewności zginam kilkukrotnie rękę. Jest dobrze. Najwyżej do jutra odpadnie.
- Jutro idziemy na posterunek. – Mówi, ujmuje moją dłoń, przesuwa kciukiem po skórze. Wiem, że się obwinia. Ale przecież nic się nie stało. Jedynie się trochę przestraszyłem. Wszystko jest dobrze. I wtedy rozlega się pukanie do drzwi. Głośne, agresywne, natarczywe. Jasper? Nie, to niemożliwe. Nie jest aż tak głupi. Clive otwiera drzwi i wpada przez nie matka Prior. Załamana, roztrzęsiona, zapłakana. Rzuca się w jego ramiona, a potem osuwa się na podłogę i klęczy na niej, z twarzą w dłoniach, przy otwartych drzwiach. Musiało się stać coś strasznego. Coś o wiele gorszego, niż wariat wyskakujący na ludzi w zaułkach. Wstaję, zamykam drzwi na klucz, obserwuję, jak Clive wlecze kobietę w stronę kanapy. Postanawiam nie przeszkadzać. Wychodzę do kuchni, proponuję jej wodę, ale w ogóle mnie nie słucha, jęcząc tylko rozpaczliwie. Clive wyciąga z niej, że przyszły wyniki i niemowlę znalezione w lesie, to faktycznie Michael. Staram się zachować spokój, żeby jej dodatkowo nie denerwować. Ja na jej miejscu bym zupełnie oszalał.

****

Policja, o dziwo, potraktowała sprawę poważnie. Może dlatego, że Jasper już wcześniej był notowany za tamto pobicie. Clive zabiera mnie do szpitala. Specjalista się upewnia, że moja kończyna nie obumrze, tworzy raport z tego wszystkiego. Obdukcja lekarska. Prawie, jak przy dotkliwym pobiciu. Wszystko zostało skierowane do sądu i trzeba czekać na termin rozprawy. Tak będzie lepiej, bezpieczniej. Ian stara się pomóc. Dotarł do kobiety, która opiekowała się Jasperem w domu dziecka. Powiedziała, że był agresywnym, nieznośnym chłopakiem. Ian poprosił, żeby zgłosiła się na świadka i opowiedziała o tym, że od zawsze był psychopatą. Może to pomoże nam wygrać sprawę. Chociaż… Przecież ona już jest wygrana. Jasper mógłby się wybronić jedynie niepoczytalnością.

****

Siedzę obok Clive’a, w jego dziecięcym pokoju i czekamy, aż jego matka przestanie gadać z matką Prior. Clive przywiózł ją tu na siłę. Chce pomóc. To piękne. Ja bym nie umiał aż tak się troszczyć o innych. Pewnie nawet by mi się nie chciało. On ma chyba dar przekonywania.
- Jak ręka? – Pyta.
- Dobrze.
- Będziesz mógł wszystkim opowiadać, że walczyłeś z niedźwiedziem.
- Niedźwiedź ma chyba większe zęby.
- No, to z małym misiem.- Parska śmiechem. Chciałbym wrócić do domu. Matka Prior pojawia się po kolejnych trzydziestu minutach. Zamknięta w sobie i milcząca, ale jakby spokojniejsza. Clive najpierw odwozi mnie, a potem ją. Pewnie jeszcze z nią o czymś rozmawia. Wciąż się nie mogę nadziwić, że on potrafi to wszystko ogarnąć. Na jego miejscu bym się dawno załamał. Ale to ja. Dzwonię do Iana, gadam z nim o Amy i w zasadzie o wszystkim, wliczając w to każdą, najmniejszą nawet bzdurę. Potrzebuję kontaktu z kimś innym, niż Clive. Ian dopytuje o sprawę w sądzie, ale sam wciąż nic nie wiem. Trzeba czekać. Clive wraca po godzinie, pewien, że matka Prior jest absolutnie bezpieczna i nic sobie nie zrobi. W sumie nie wiem do końca, dlaczego on się czuje za nią odpowiedzialny.

****

Sandra i Laurence wracają z Afryki już po tygodniu. Coś nie wypaliło. W kontekście wyjazdu, bo jeśli mowa o nich, to nadal są razem. Zadziwiające. Sandy chyba jeszcze nigdy z nikim nie była tak długo. Kibicuję im z całego serca. Sandra wysiaduje teraz w naszej kuchni i chwali się zdjęciami z wyjazdu. Dopiero po dłuższej chwili dostrzega, że z moją ręką jest coś nie tak, a po wyjaśnieniu sprawy jest gotowa zabić Jaspera gołymi rękami. Clive ją uspokaja, ale ona wciąż jest dziwnie podenerwowana. Wiem, że to ją boli, bo też chciała wsadzić go do więzienia. Tylko Clive był przeciwko. I wiem, że się przez to obwinia. Nawet jak jest względnie spokojnie, to wszystko się i tak wewnętrznie pieprzy. Sandy pakuje zdjęcia, obiecuje, że jeszcze wpadnie i leci na spotkanie z facetem. W sumie nie jest tak źle. Dzieciaki w szkole oglądały ze mną film z hiszpańskimi napisami. Pewnie w ogóle ich nie czytali, ale siedzieli w milczeniu i gapili się w ekran. Chociaż tyle.

****

Dwa miesiące później:

- Pół roku to nie jest wcale taki zły wyrok. Mogli mu to bardziej złagodzić, albo zamknąć go w wariatkowie. – Komentuje Laurence, stojąc na tle wielkiego, czerwonego muru, przed którym ulokowała nas Sandra. Ian ściska Amy za rękę.
- Po co w ogóle to zdjęcie? – Mamrocze Adrien i głaszcze małą po głowie.
- Nie wiem. Chyba na pamiątkę. – Rzuca Clive, a Mark na moment chowa telefon do kieszeni. Sandra ustawia aparat na statywie i z piskiem biegnie w naszą stronę, lokując się obok Clive’a. Laurence nieśmiało obejmuje ją w pasie. Mark i Dominic stoją z boku, a Ian ustawia prosto Amy i poprawia fryzurę Adriena, zanim błyska migawka. Sandy leci zabrać aparat i trzymając statyw między kolanami pokazuje nam wszystkim zdjęcie. Ładne. Chociaż dziwnie wyglądamy tak w kupie. Jak jakiś podstarzały miejski gang. Sandra chowa telefon do torby, Ian prowadzi Amy za rękę, Laurence niesie statyw i idziemy wszyscy razem, do domu, rozstając się gdzieś w okolicach parku. Wracamy do mieszkania, siedzimy w ciszy, ciesząc się leniwym, wiosennym popołudniem. Spoglądam na obrączkę na palcu, myślę przez moment o Prior i Davidzie. Clive wyciąga rękę, przesuwa palcami po moim karku i pyta, zupełnie poważnie:
- Ile mamy czasu?

Opublikowano Bez kategorii | 19 komentarzy

Rozdział czterdziesty dziewiąty – Odnaleźć

ADNOTACJA OD AUTORKI:

Planuję (najprawdopodobniej do końca przyszłego tygodnia) stworzyć nowego bloga, bo mam pomysł na fajne i dość entuzjastyczne chyba opowiadanie. :)
W każdym razie pierwszy rozdział prawie mam.

A tutaj pojawi się jeszcze jeden lub dwa rozdziały + epilog. :)

Pozdrawiam. :D

Gif – Adrien – Louis Garrel/Louis Garrel – Adrien

tumblr_inline_mg7xwdVQMI1ryvhhi
___________________________________________________

- I jak wam się podoba Laurence? – Pyta Sandra, kiedy wpada do nas z niezapowiedzianą wizytą, akurat przed obiadem.
- Jak nam się… Podoba? – Clive spogląda na nią przez ramię.
- No, co o nim sądzicie?
- Nic. Nie znamy go.
- Nie wiem… O wyglądzie? – Sięga po jabłko z patery i wbija w nie zęby.
- Wygląda jak model Calvina Kleina… – Zaczyna Clive, a Sandra wydaje mu się nie wierzyć.
- Napra…
- Po miesiącu koczowania na dworcu. – Dodaje.
- Nienawidzę cię! – Woła Sandra, a potem zerka na mnie:
- A ty co o nim sądzisz?
- Ja? Nic. Człowiek, jak człowiek.
- Błagam. A jak do niego zagadałeś, to też sobie pomyślałeś, że stoi jakiś człowiek i może umie mówić? – Wskazuje palcem na Clive’a.
- Ja do niego nie podszedłem dobrowolnie. – Rzucam, całkiem szczerze, a Sandy marszczy brwi.
- Tak prawda. Dave mnie zmusił. To długa i pokręcona historia. Nie chcę o tym gadać. – Mówię. Clive się znęca nad rybą, stojąc nad nią, zgięty w pół, z głową przechyloną w jedną stronę i z rozmachem wyrywa ości.
- Ty z tymi sadystycznymi skłonnościami, to powinieneś robić operacje na otwartym sercu… Albo lepiej szczęce. – Wyrokuje Sandra.
- Bardzo zabawne. – Mamrocze Clive i uderza się w oko szczypcami, bo ktoś dzwoni do drzwi. Rany… Jeszcze jakiś nieproszony gość? Złażę z krzesła i idę otworzyć. Nieruchomieję. Za drzwiami stoją Ian i Adrien. Razem. I jakoś tak dziwnie wyglądają. Bo razem.
- Cześć. – Uśmiecha się słabo Ian, trzymając ręce za plecami. Nie mogę wydusić z siebie słowa.
- Możemy wejść?
- Jest Sandra…
- Nie szkodzi. – Ian wzrusza lekko ramionami i przestępuje przez próg. Adrien człapie za nim. O co chodzi?
- Cześć. – Słyszę Sandy i Clive’a, więc zamykam drzwi i lecę do kuchni. Adrien odziany od stóp do głów w czerń opiera się o framugę, a Ian lokuje się na krześle przy oknie.
- Musimy wam coś powiedzieć. – Oświadcza Ian, ale Clive zakłóca powagę sytuacji, trzaskając drzwiczkami szafki. Ian przez moment wygląda na oburzonego i mam wrażenie, że liczy w myślach do dziesięciu. Stoję w drzwiach, obok Adriena, Sandra siedzi z szeroko otwartymi oczami, a Ian czeka aż zapadnie cisza.
- Początkowo mieliśmy się spotkać wszyscy razem, ale stwierdziliśmy, że to nie jest na tyle oficjalne, w dodatku nie wiem, czy wszyscy chcieliby się spotykać, zaraz po pogrzebie Prior. – Mówi, a Adrien kiwa się lekko w przód i w tył, skubiąc mankiet czarnej koszuli i gapiąc się w podłogę.
- Mówiłam, że się uda! – Woła, nazbyt entuzjastycznie Sandra, a Clive wali patelnią w płytę indukcyjną.
- O co chodzi? – Pytam ze spokojem.
- Jesteśmy razem. – Oświadcza Ian i nawet się uśmiecha. Kto? On i Adrien?
- Kto?
- Ja i Adrien.
- A wy się tak w ogóle kiedyś rozstaliście? Tak na serio? – Pyta Sandy.
- Tak. Bez rozwodu, ale tak. Na długo w sumie.
- Co z Amy?
- Jest w domu. Adrien narazie z nami nie mieszka, chociaż pewnie by ją to ucieszyło. Trochę się obawiam jej reakcji.
- Od kiedy?
- Od połowy listopada.
- Tak po prostu? – Pytam. Wydawało mi się, że są gotowi się zabić na poczekaniu, Ian był wiecznie obrażony, a Adrien unikał rozmów. Ale miałem dobre podejrzenia… Przeczuwałem już wtedy, kiedy przed świętami widziałem ich w sklepie. Musieli się nieźle ukrywać.
- Tak po prostu. – Potwierdza Ian, a Sandra wstaje z miejsca.
- Kurde, dlaczego wy się nie cieszycie? – Woła i podskakuje w miejscu.
- Ja się cieszę, wewnętrznie. Pilnuję obiadu. – Odpowiada Clive, a ja po prostu stoję w miejscu i gapię się na to oniemiały, bo wciąż nie do końca to do mnie dociera.

****

Dziwię się, kiedy już po tygodniu od zamieszczenia ogłoszenia pojawia się pierwsza reakcja. Mieszkanie ogląda urocza, rudowłosa kobieta, z dwójką fajnych, kontaktowych dzieci. Wydaje się być szczerze zainteresowana, a ja w myślach trzymam kciuki, w nadziei, że kupi to mieszkanie. Kudłata pani pośrednik o czymś z nią rozmawia, mam nadzieję, że skutecznie zachęca ją do zakupu. Matka dwóch, rudych chłopców obiecuje odezwać się w ciągu kilku najbliższych dni, a ja wracam do domu z nową nadzieją. Wszystko wydaje mi się być dziwnie pozytywne. Mam wrażenie, że zmierzam w dobrą stronę. Clive siedzi na kanapie z laptopem, kiedy przekazują mu dobrą wiadomość. Uśmiecha się tak ciepło, jasno, radośnie. Jest całkowicie doskonały. Uświadamiam to sobie coraz bardziej za każdym razem, kiedy po prostu go widzę. Chyba mam szczęście. Całą masę szczęścia.

****

Po pracy odwiedzam Adriena, który wciąż jeszcze mieszka tam, gdzie Dominic. Siedzi na kanapie, rysuje jakiś zimowy widoczek i opowiada mi zdawkowo i powoli o sobie i Ianie. Wciąż nie wiem, jak oni zdołali to tak długo ukrywać. Albo po prostu to ja nie byłem zbyt spostrzegawczy. Pozwalam mu w spokoju pracować i wracam do domu, żeby potem, w towarzystwie Clive’a włóczyć się po parku. Jest zwyczajnie, spokojnie. Rozmawiam z nim o dzieciach ze szpitala, a on znów pyta, czy nie mógłbym im poczytać w wolnej chwili. Nie czuję się na siłach, choć wiem, że to piękne i szlachetne.
- Dzięki za zrozumienie. – Rzucam, wsuwając dłonie do kieszeni płaszcza i starając się omijać kałuże. Wiem, że Clive się we mnie wpatruje. Czuję na sobie jego wzrok.
- Co? – Pytam ze śmiechem. Spoglądam w jego piękne, błękitne oczy.
- Kocham cię. – Mówi. Spoglądam w ziemię. Wiem.
- Wiem. – Odpowiadam. Dźga mnie palcem w bok, wykrzywiam się z bólu.
- No dobra. Ja ciebie też. – Oświadczam, a Clive się uśmiecha i głaszcze mnie po głowie. Jest pięknie. I mam wrażenie, że kompletnie nic mi nie grozi. Że zawsze już tak będzie. Wyjmuję rękę z kieszeni, spoglądam przez moment na lśniącą obrączkę. Będzie dobrze. Musi być.

****

- Naprawdę? – Jessica stoi naprzeciw biurka, z szeroko otwartymi ustami.
- Tak. – Potwierdzam z dumą.
- Zaliczyłam test? – Upewnia się. Widzę jak drżą jej ręce.
- Tak. Wracaj na miejce, bo się rozmyślę. – Odpowiadam. Nie myślałem, że ocena może tak uszczęśliwić któregoś z moich uczniów. Wydawało mi się, że oni naprawdę mają wszystko gdzieś.
- Można to poprawić? – Pyta Ralph, nerwowo stukając w blat ławki ołówkiem.
- Oczywiście. Ktoś jeszcze wyraża chęć? – Rozglądam się po sali. Patrzą na mnie i na siebie nawzajem. Ostatecznie zgłasza się aż dziesięć osób. Notuję ich nazwiska i planuję wieczorem zrobić nową wersję testu. Co się stało, że nagle zapragnęli się uczyć? Jednak jakiś świąteczny cud? Chyba trochę spóźniony. Ale mi to odpowiada. W końcu wiem, że się naprawdę przydaję. Chris zniknął ze szkoły zaraz po świętach. Może postanowił zmienić placówkę? Tak będzie lepiej i dla niego, i dla mnie, i dla reszty młodzieży. Może zmienili się, bo to on ich wszystkich psuł, przewodził nimi? Nie wiem. Ważne, że znormalnieli. Wracam do domu. W sumie odkąd wzięliśmy ten ślub, jakoś bardziej czuję się częścią tego miejsca. Chociaż to i tak trochę absurdalne. Wypożyczam film, rozkładam na podłodze poduszki, przygotowuję wino i przekąski. Mam ochotę na leniwy wieczór we dwoje, ale Clive przyprowadza ze sobą Sandrę, która siada między nami, a na dodatek, jak się okazuje, widziała już film, więc co chwila opowiada o tym, co się za moment wydarzy. A ostatecznie upija się winem, śpiewa „Stayin’ alive” i zasypia na podłodze, w embrionalnej pozycji, z ręką na twarzy.

****

Adrien zamieszkuje z Ianem, a Sandra i Laurence wylatują na miesiąc do Afryki. Mnie by to przerażało. Kompletnie obce miejsce, pełne niebezpiecznych zwierząt, niezbezpiecznych chorób i niebezpiecznych ludzi. Ale to ich decyzja. Zabrali aparaty fotograficzne, kilka książek i polecieli. Trudno. Sandra obiecała się kontaktować i przesyłać na bieżąco zdjęcia. Rano dzwoniła pani, która postanowiła kupić mieszkanie. Wszystkie formalności załatwiliśmy razem z panią pośrednik. Pieniądze mają wpłynąć na konto. Kobieta prosiła, żebym jeszcze tu wpadł. Nie wiem, po co. Kiedy staję przed otwartymi drzwiami widzę, jak wpatruje się w widok za balkonowymi drzwiami.
- Przepraszam. – Rzucam. Odwraca się w moją stronę, uśmiecha radośnie.
- O! To pan. Jak miło. Proszę wejść. – Uśmiecha się. Dziwnie się czuję, będąc tutaj gościem. Chyba jeszcze przez jakiś czas będę tęsknił za tym miejscem. Pod ścianą stoi kilka walizek. Dzieciaki próbują mnie wystraszyć, wyskakując zza kanapy. Odpowiadam im uśmiechem.
- Dlaczego sprzedał pan takie piękne mieszkanie? – Pyta kobieta, bez krzty pretensji. Wzruszam lekko ramionami.
- Chyba przewartościowałem swoje życie. – Mówię. Chłopcy ganiają się po pokoju.
- Urocze dzieciaki. – Rzucam. Ich matka patrzy mi w oczy, wygładza materiał popielatej sukienki, siada na parapecie.
- A pan ma rodzinę? – Pyta z uśmiechem, a jej rude warkocze lśnią we wpadających przez okno promieniach słońca. Jej synowie biegają w kółko, między fotelami, wrzeszcząc przy tym w niebogłosy. Patrzę w jej spokojne, szare oczy i powoli kiwam głową.
- Mam. – Rzucam z uśmiechem i wychodzę, po cichu zamykając za sobą drzwi. Jestem absolutnie spokojny. Opuszczam blok, wychodzę na rześkie, chłodne powietrze. Powoli zbliża się wiosna. Śnieg stopniał i wszystko jest mokre i ponure. Skręcam w zaułek koło biblioteki, planując wyjść na ulicę przy budynku ratusza, żeby szybciej wrócić do domu. Ignoruję szczekanie jakiegoś psa. Jest dopiero osiemnasta, o tej porze po mieście nie biegają nożownicy, ani terroryści. Odwracam się gwałtownie, gdy ktoś chwyta mnie za ramię. W pierwszej chwili myślę, że to znowu Sandra, ale ona przecież gania po Afryce za gazelą. Widzę przed sobą Jaspera. A ja już zapomniałem o jego istnieniu! Myślałem, że się postanowił zmienić, wstąpił do zakonu, wyjechał z kraju, opuścił kontynent, albo utopił się w rzece. Ale nie. On tu jest. We własnej osobie. Patrzę na wielkie, wściekłe psisko. Obaj milczymy. Otwieram usta, żeby się odezwać, a wtedy on zasłania mi je dłonią i popycha mnie na ścianę biblioteki. Uliczka jest wąska, nieoświetlona. W sumie z głównej ulicy nic tu nie widać. Wpadam w panikę, próbuję go uderzyć, kopnąć, wykonać jakiś ruch, a pies warczy i skacze na mnie, jakby chciał zaatakować. Odwracam twarz, ale nic mi nie robi. Nawet nie kłapie zębami. Mógłbym zrobić wiele. Przy odrobinie szczęścia mógłbym pewnie nawet udusić Jaspera. A wtedy mnie to bydle zagryzie. Jasper drugą chwyta mnie za podbródek, odwraca moją twarz w swoją stronę, wbijając mi łokieć w klatkę piersiową. Oddycham szybko, patrzę na psa. W sumie jego się chyba boję bardziej niż Jaspera, który patrzy na mnie swoimi zielonymi oczami i pyta głośno i wyraźnie:
- Ile mamy czasu?

Opublikowano Bez kategorii | 6 komentarzy

Rozdział czterdziesty ósmy – ….

ADNOTACJA OD AUTORKI:

Wybaczcie mi wiele mówiący tytuł, ale ja je zawsze biorę na koniec, po napisaniu, zupełnie z dupy i kompletnie nie wiem, jakbym mogła zatytułować to. Dlatego to nie ma tytułu. :) (Kończę z czytaniem postów na Facebooku Podsiadło, bo chyba zaczynam się wysławiać jak on i pisać w podobny sposób…)
I wybaczcie długość. Wiem, że dość krótko wyszło.

Druga, ważna sprawa – cała ta historia będzie miała 50-55 rozdziałów. (Nie wiem jeszcze, jak rozłożę wątki i jak to rozciągnę czasowo, ale coś koło 50-55, na 100% nie więcej).

Dodaję znów piosenkę, bo słuchałam jej podczas pisania i słowa: „Wiem że trzymasz cenną małą nadzieję dla mnie, a przy twoim szczęściu, ja zawszę tonę w swojej żałości. I kocham cię tylko kiedy jestem przygnębiony. I jestem blisko Ciebie tylko wtedy, kiedy odchodzę. Ale jest jedna rzecz, o której musisz pamiętać, wiesz?
Jestem przygnębiony cały czas.”, skojarzyły mi się z tym, jak zachowuje się Vincent. Więc załączałam i mam nadzieję, że wrażenie będą lepsze niż po „You raise me up”. ;)

Chris Cornell – „When I’m down”



Koniec ogłoszeń parafialnych!

___________________________________________________

- Cześć. Jak się czujesz? – Rzuca Clive, gdy wraca z pracy do domu i wyrywa mnie z letargu. Siedzę tu sam, w milczeniu od czterech godzin, odkąd wróciłem ze szkoły. Uśmiecham się do niego.
- Dobrze. Zrobię kawę. – Wstaję z miejsca.
- Porozmawiaj ze mną. – Prosi i sam opada na kanapę. Dlaczego? Znowu? Wolę to po prostu przeczekać. Samo minie…
- Nie ma o czym. Nic się nie stało.
- To chociaż mnie wysłuchaj. – Mówi. Brzmi tak dramatycznie i trochę przerażająco, że aż zatrzymuję się w połowie kroku. Patrzę na niego i widzę w jego oczach coś niewyobrażalnie smutnego. Wygląda na pokonanego, jakby coś go przytłaczało. Siedzi naprzeciw mnie, w płaszczu, żółta torba zsuwa mu się z ramienia i z łoskotem uderza o podłogę. Czekam, aż się odezwie. Oddycha głęboko. Modlę się, żeby to nie było nic niezmiernie poważnego i ciągnącego nieuchronnie w dół. Nie lubię takich rozmów. Wolę chyba jednak uciekać od problemów. Siadam obok niego, na brzegu kanapy, żeby móc ewentualnie zwiać.
- Dlaczego znowu się zamykasz? Odtrącasz mnie. – Szepcze. Nie. No teraz mnie będzie psychicznie molestować! I to ma być rozmowa? Chce we mnie wzbudzić poczucie winy.
- Nie odtrącam. Po prostu nie ma o czym mówić. Nie mam żadnego problemu. – Rzucam beztrosko. Nie wierzy mi. Mierzy mnie wzrokiem. Zaraz powie, że mu pewnie nie ufam.
- Nie ufasz mi? – Pyta, drży mu dolna warga, spogląda na swoje dłonie, obraca na palcu obrączkę. No gorzej niż z dzieckiem. Dlaczego do niego nie dociera, że nie chcę gadać?
- Ufam. – Odpowiadam i dotykam jego ręki.
- Ufam. – Powtarzam. Wpatruje się we mnie, zabiera dłoń, odwraca się do mnie profilem, wbijając wzrok w ścianę.
- Nie wiesz, jak cholernie trudno jest się z tobą porozumieć. Gdybym chociaż wiedział, o co chodzi, to może zdołałbym jakoś ci pomóc. A ty… Stale uciekasz, zamykasz się, grzebiesz się sam w tym wszystkim, w milczeniu, a ja cierpię, bo nie umiem i nie mogę ci pomóc. Bo nawet nie chcesz ze mną rozmawiać. Unikasz jak ognia każdego, drażniącego tematu. Każdego słowa, które mogłoby naprowadzić mnie na to, co aktualnie siedzi ci w głowie. – Mówi. Robi mi się przykro. No i wzbudził poczucie winy!
- Przepraszam. – Szepczę, a w niego wstępuje demon.
- Za co ty mnie przepraszasz? Nie przepraszaj, nie dziękuj. Opanuj się i zbierz wreszcie do kupy! – Rozkazuje. Chce mnie zranić, żebym to rozpamiętywał, poczuł się winien i coś zrozumiał. Ale to i tak boli, nawet mimo dobrych intencji. Mam wrażenie, że mnie nie rozumie. A może po prostu nie daję mu się zrozumieć? Głaszczę go po plecach, bo nie wiem, co powiedzieć. Wstaje gwałtownie, idzie do przedpokoju i zostawia tam płaszcz, a potem znika w łazience. Pewnie ma poczucie przegranej, bo nie udało mu się do mnie dotrzeć. Potrzebuję go i powinien o tym wiedzieć. Chyba ma rację. Niech mu będzie. Podciągam kolana pod brodę.
- Ja naprawdę nie wiedziałem, że tak to odbierasz. Że cierpisz razem ze mną. Wydawało mi się, że jeśli nikomu nie będę o niczym mówił, to nie będę przekładał na niego ciężaru. Ale chyba nie wyszło. – Mamroczę niepewnie, kiedy staje w drzwiach. Patrzy na mnie wyczekująco, opiera się jednym ramieniem o framugę.
- Myślałem, że mój problem powinien być tylko mój. Że sobie poradzę.
- Nie radzisz sobie? – Kręci powoli głową. Wzruszam ramionami.
- Nie wiem. W końcu samo mija. – Spoglądam w ścianę, zagryzam wargę. Zbyt wiele mnie to kosztuje. Czuję się, jakbym cofnął się do czasów liceum i zdawał jakiś przeklęty, piekielnie trudny egzamin. Zaczynam rozumieć, dlaczego czuje się odtrącony i jeszcze bardziej się obwiniam. Siada z powrotem obok mnie, wzdycha.
- Jadłeś coś? – Pyta, palcami prawej ręki drapie bliznę. O! Czyli mu się wyczerpał limit czasowy na poważne tematy! Przyglądam mu się przez chwilę. Powinienem pewnie jakoś zaprotestować i dociągnąć tę rozmowę do końca, ale nie czuję się na siłach.

****

Clive próbował dodzwonić się do matki Prior, ale nie odbierała. Nie wiemy nic ani o dziecku, ani o pogrzebie. A co, jak ona też sobie coś zrobiła? Kiedy Clive jest w pracy stale mnie pilnuje i nasyła na mnie Sandrę, bo nie chce, żebym siedział w miejscu i jęczał. To w sumie dobrze. Doceniam. Siedzę z nią teraz w parku, na zimnej ławce i gapię się na siedzącego na ogrodzeniu ptaka, słuchając jednym uchem o tym, co jej się udało ostatnimi czasy sfotografować. Podskakuję, kiedy gwałtownie uderza mnie w ramię. Sandra, nie ptak.
- Co?
- Słuchasz mnie w ogóle?
- Słucham. – Potakuję posłusznie.
- Co on znowu odwalił? – Wzdycha Sandy.
- Kto?
- Clive.
- Clive nic.
- To kto?
- Daj spokój. – Jęczę i wstaję z ławki, nie mając pewności czy jeszcze się kiedyś do końca wyprostuję. Sandra patrzy na mnie z mordem w oczach i wiem, że jest gotowa stanąć na głowie, byle mnie poskładać do kupy.
- Sprzedaję mieszkanie. – Oświadczam, żeby zaspokoić jej ciekawość. Celowo wybieram najmniejszy z moich obecnych problemów. Siostra Clive’a wsuwa ręce do kieszeni i gapi się na mnie jeszcze przez moment. Wiem, że ta odpowiedź jej nie zadowala, ale co ja mam jej powiedzieć? I tak o wszystkim potem dowiedziałby się Clive. Wolę jej się z niczego nie zwierzać.

****

Uprzejma pani pośrednik, z fryzurą z minionej epoki, pomogła mi wycenić mieszkanie i zostało oficjalnie wystawione na sprzedaż. Pewnie minie trochę czasu, zanim ktoś się zainteresuje… Ale przynajmniej mam to załatwione. No i uzgadnianie wszystkich formalności, zaraz po szkole, pozwoliło mi prawie w ogóle nie myśleć o Prior. Jej matka nadal nie daje znaków życia. Nie wiem, czy Clive dziś się z nią kontaktował. Czekam aż wróci z pracy i staram się w ogóle niczym nie martwić. Tak jest podobno lepiej. Sprawdzam prace, kreśląc na każdej kartce dziesiątki czerwonych okręgów i zastanawiając się, czy oni kiedyś czegokolwiek się nauczą. Albo chociaż spróbują. Czekam jeszcze przez chwilę bezczynnie, a potem wysyłam do Clive’a wiadomość z informacją, że wrócę za parę godzin i postanawiam wpaść z niezapowiedzianą wizytą do Iana. Wcześniej próbuję do niego zadzwonić, ale nie odbiera. Kiedy naciskam przycisk domofonu, drzwi otwiera jakaś kobieta, koło pięćdziesiątki. Strzelam, że jego matka.
- Słucham? – Pyta.
- Witam. Zastałem Iana?
- Nie. Ma jakieś spotkanie. A kim pan jest?
- Jestem jego przyjacielem. Vincent. Miło mi panią poznać. Pani jest babcią Iana? To znaczy… Mamą Iana, a babcią Amy? – Pytam z uśmiechem. Kobieta przygląda mi się podejrzliwie. Już wiem, jak musiał się czuć Andrew, gdy otworzyłem drzwi…
- Tak… – Mówi niepewnie.
- Mogę wejść? – Pytam. Przygląda mi się jeszcze uważniej, ale wyłania się zza niej Amy i entuzjastycznie mnie wita, więc kobieta kapituluje. Chyba nie ma podstaw, żeby mi nie ufać.
- Chciałbym z panią porozmawiać. – Proszę. W końcu wpuszcza mnie do środka, a ja, niczym FBI wypytuję ją o wszystko, co związane z Ianem i Adrienem. Okazuje się, że wie tyle samo, co ja. Czyli praktycznie nic. Opowiada mi potem o kwiatach, które posadzi wiosną w ogródku, a ja jestem zawiedziony, że nic nie wiem i co chwila nabieram powietrza, by się wtrącić i powiedzieć, ze naprawdę muszę już iść. Liczyłem, że coś się rozjaśni, że Ian mówi jej więcej, niż nam. Ale się myliłem. On to pewnie gdzieś spisuje. W jakimś kalendarzu, który planuje zabetonować w ścianie… Ian wraca, kiedy jego matka napełnia czajnik wodą, a Amy rysuje przy stole, machając nogami. Zastanawam się, czy skoczyć przez okno, ale instynkt samozachowawczy i resztki zdrowego rozsądku trzymają mnie na miejscu. Ian wchodzi do kuchni, z marynarką w ręku i nieruchomieje.
- Co on tu robi? – Pyta. Matka spogląda na niego zmieszana. Postanawiam sam wszystko wytłumaczyć.
- Chciałem z tobą pogadać, nie było cię…
- Czy on znowu wypytywał o mnie i Adriena? – Ian znowu zwraca się do rodzicielki. Chcę zaprotestować, że przecież nie znowu, bo gadałem z nią po raz pierwszy, ale rezygnuję. Ian mierzy nas jeszcze oburzonym spojrzeniem i wymaszerowuje z pomieszczenia, a my pędzimy za nim. Jego matka trzyma za rączkę Amy.
- Ja naprawdę nie rozumiem, dlaczego ty tak bardzo się wtrącasz. – Mamrocze Ian, metodycznie wycierając rękawem koszuli, jakąś kryształową figurkę.
- Ja przepraszam… Wiem, że głupio wyszło, ale przecież tak naprawdę nic się nie stało. – Mówię.
- Ja już lepiej pójdę. Trzymajcie się. – Rzuca matka Iana.
- Nie, ja pójdę! – Odpowiadam. Ian odstawia figurkę z hukiem, aż się zastanawiam, czy nic się nie ukruszyło. Matko, jakieś złe emocje w niego wstąpiły i nad teraz pozabija!
- Dlaczego wy rozmawiacie na mój temat?
- Nie rozmawialiśmy na twój temat.
- Jak to?
– Po prostu. – Wzruszam lekko ramionami. Ian wydaje się być zbity z tropu. Chyba mi uwierzył.
- Więc dlaczego siedzicie tu razem?
- Chciałem się z tobą zobaczyć. Twoja mama mówiła, że wrócisz za chwilę. – Wyjaśniam i czuję, jak się opuszczam o stopień bliżej do piekła. Za te kłamstwa. Chociaż w sumie brzmi to całkiem realnie i wiarygodnie…
- O czym chciałeś ze mną porozmawiać? – Pyta, krzyżując ramiona.
- Chciałem się tylko dowiedzieć, jak leci.
- Dobrze.
- Dobrze. To ja jednak pójdę. – Oświadczam i po chwili wypadam z mieszkania Iana, razem z jego matką. Ma mnie chyba za zupełnego oszołoma, bo patrzy na mnie krytycznie i znika bez pożegnania.

****

- Sprzedaję mieszkanie. – Oświadczam z dumą, kiedy siedzę obok Clive’a na kanapie, oglądając film o jakiejś epidemii.
- Wiem. Sandra mi powiedziała.
- Jej to nie można nic wyjawić!
- Przecież to chyba nie jest żadna tajemnica. – Clive wzrusza lekko ramionami.
- W ogóle dlaczego ona tu przychodzi i mnie wyprowadza, kiedy ciebie nie ma w domu?
- Bo nie chcę, żebyś się zadręczał.
- Ale ja się nie zadręczam! Właśnie… Kontaktowałeś się z matką Prior? – Spoglądam na niego. Kiwa głową.
- Dzwoniła. Mówiła, że pogrzeb będzie w piątek.
- Za dwa dni?
- Za dwa dni. – Potwierdza. Dobrze, że chociaż nas poinformowała. W innym wypadku byłaby z tym sama. Przecież Prior nikogo nawet nie znała, oprócz nas.
- Jeśli nie chcesz, nie musimy iść. – Mówi Clive. Na ekranie jakiś gość pełznie półnagi, w stronę wiadra, w którym kwitnie brudna woda, bo go wykańcza ta epidemia, ogarniająca całą planetę.
- Nie. Musimy, bo inaczej nie będzie nikogo. Bo ona nikogo nie miała.
- W porządku.
- Rozmawiałem z matką Iana.
- Z matką Iana? Kiedy? Po co? Gdzie?
- W jego mieszkaniu, wczoraj. Chciałem się dowiedzieć, co z nim i Adrienem. Ian wrócił, narobił hałasu, ale chyba udało mi się go uspokoić…
- Znowu się wtrącałeś w ich życie.
- Ja tylko szukam jakiejś… Wskazówki. Sygnału, że wszystko idzie w dobrą stronę. – Wyjaśniam. Clive powoli kręci głową. Chyba mu brakuje na mnie słów.

****

Ceremonia pogrzebowa jest, jak każda, ponura, smutna i dziwnie nieralna. Wielka osiemnastka pod imieniem i nazwiskiem Prior sprawia, że mam ochotę wyć, za każdym razem, gdy na nią spojrzę. Tym razem Adrien nie wygłasza przemówień, a Ian przez cały czas jest dziwnie spięty, bo chyba po raz pierwszy uczestniczy w czymś, czego sam nie zorganizował. Idziemy potem za trumną. Te kilka osób, małych, czarnych, smutnych. Jak jakaś dziwna grupka, która dąży do odległego celu. Czas się wlecze, kiedy stoimy wszyscy wokół trumny. Matka Prior stoi na uboczu. Wydaje mi się być teraz tak maleńka, krucha. Zniknął gdzieś chłód i wyniosłość, z którymi mi się kojarzyła. Jest teraz bezbronna i smutna, przez co jest mi jej autentycznie żal. I wciąż to wszystko do mnie nie dociera.

****

W sobotę nikt z nas nawet nie myśli o spotkaniu w klubie. Sandy, która nic nie wie o śmierci Prior, przyprowadza jakiegoś faceta. Ma na imię Laurence i wygląda trochę dziwacznie, ale jest sympatyczny i wydaje się być całkiem normalny. Pracuje w bibliotece i jest taki dziwnie spokojny, zwyczajny, nieco staromodny. Może to i lepiej. W końcu spotyka się z kimś, kto nie jest świrem. Wychodzą wieczorem. Adrien przysyła wiadomość, że mnie kocha, a potem szybko informuje, że to pomyłka, bo miał mnie w wybieranych. Mam ogromną ochotę zadzwonić do niego i tłamsić go tak długo, aż wyjawi do kogo adresowana była wiadomość, ale sam dochodzę do wniosku, że to chore i rezygnuję. Siedzę więc obok Clive’a, czytającego w internecie artykuł o jakimś zwyrodnieniu, a ja wertuję podręcznik. Nie mam motywacji, by uczyć, kiedy wiem, że tak naprawdę nikt się uczyć nie chce. Mam wrażenie, że nikt nie docenia moich starań, tak, jakby ich w ogóle nie było. A to jest ewidentnie przygnębiające. Zamykam książkę i gapię się w przestrzeń. Clive zerka na mnie przez moment, a potem wzdycha i zamyka laptopa.
- Nic mi nie jest. – Szepczę, bo wiem, że za chwilę zacznie moralizatorską pogadankę, a ja naprawdę nie mam na nią ochoty.

 

Opublikowano Bez kategorii | 7 komentarzy

Rozdział czterdziesty siódmy – Nowa droga i nowe pytania

ADNOTACJA OD AUTORKI:

No! Teraz się okaże, czy to był (a jeśli tak, to od którego momentu), czy jednak nie był sen! :)
Zapraszam na nowy (stosunkowo nudny mym skromnym zdaniem) rozdział.

W zakładce możecie znaleźć nowe zdjęcia trzech postaci (dwóch, które się już pojawiły i jednej, która się pojawi).
(Usprawiedliwię się z góry, że jak oni są tam do siebie wszyscy podobni, to nie moja wina, bo przekopałam jak kret chyba wszystkich modeli, których udało mi się znaleźć na tumblr… I wszyscy są do siebie podobni. :D).

Gif: Adrien-Louis Garrel/Louis Garrel-Adrien

tumblr_nw9zjp7Gle1uh2mkho1_500
__________________________________________________

Dociera do mnie masa skumulowanych, wymieszanych dźwięków. Jakieś głosy, szum, chyba muzyka. Otwieram oczy. Miesza się mnóstwo kolorów. Ktoś coś mówi. Próbuję uspokoić oddech i przyzwyczaić wzrok do ostrego światła.
- Hej, wszystko w porządku? – Słyszę spokojny, opanowany głos Clive’a. Odwracam wzrok. Wszyscy stoją dookoła mnie, jakbym był statkiem kosmicznym, który wylądował po środku pola. Sandra chyba czyta mi w myślach, bo wrzeszczy na cały regulator, że wszyscy mają się rozejść, przez co brzęczy mi w głowie.
- Odezwij się. Patrz na mnie. Wszystko dobrze. Nic cię nie boli? – Clive ujmuje delikatnie moją twarz w dłonie i obraca przodem do siebie. Kurde, kompromitacja stulecia. Zemdleć podczas ślubu i to własnego!
- Widzę cię. Wszystko gra. – Mamroczę i próbuję się podnieść, ale patrzy na mnie jak na nieposłuszne dziecko.
- Nic cię nie boli? – Dopytuje. Kręcę głową.
- Nie. Mogę wstać?
- Tak. Tylko nie gwałtownie. – Ujmuje moje dłonie i pomaga mi się podnieść. Teraz wypadałoby się zapaść pod ziemię. Jak mogłem zasłabnąć w takiej chwili? Wszyscy się na mnie gapią z przerażeniem. A jak zwieję, to będzie jeszcze gorzej. Oni czekają aż się odezwę, albo umrę, czy co? Kiedy na nich patrzę jeszcze bardziej mam wrażenie, że w ogóle tu nie pasuję. Clive prowadzi mnie w stronę stołu i lokuje na krześle. Oddycham głęboko i spokojnie.
- Chcesz wracać? – Pyta, głaszcząc mnie po głowie. Zaprzeczam. Nie warto robić większej afery. To i tak miał być cudowny dzień, a ja wszystko spieprzyłem. Sandra podaje mi szklankę wody. Po co robić wokół tego tyle szumu? Nie muszą obchodzić się ze mną jak z jajkiem. Obserwuję ludzi. Ian wraca. Nie mam pojęcia skąd. W dodatku bez Adriena. Pewnie go zamordował. Wpatruję się w niego tak intensywnie, że nie słyszę, co mówi Clive. Spoglądam na niego. Jest zaniepokojony.
- Nic mi nie jest. – Mówię. Zepsułem wszystkim zabawę i tylko przez to czuję się fatalnie. I trochę jestem zmęczony, ale to pewnie wina nadmiaru wrażeń i stresu. Adrien zjawia się po upływie kolejnego kwadransa i siada obok mnie. Przyglądam mu się przez chwilę, ale nic nie mówię. Zdążyłem zemdleć i się ocknąć, kiedy ich nie było. Staram się nie denerwować. Stres podobno skraca życie. Ja już powinienem dawno nie żyć, w takim razie… Podskakuję, kiedy Sandra błyska mi fleszem po oczach, a potem żartuje, że to na rozbudzenie. Grzebię w sałatce i spoglądam przez ramię na padający śnieg, wyglądający fantastycznie na tle nocnego nieba. Jeszcze nigdy nie miałem okazji tego obserwować. Adrien znowu gdzieś mi znika. Ale Clive wraca, wypadając z roztańczonych objęć matki.
- Wszystko dobrze. Będę żył. – Rzucam, zanim jeszcze ma czas, by się odezwać. Jest rozentuzjazmowany, zadowolony. To dobrze. Miło wiedzieć, że chociaż ktoś się cieszy. Ja też się cieszę, ale tak po cichu, wewnętrznie, gdzieś tam, odrobinę. Zbyt wiele mnie przytłacza, żebym mógł kompletnie wyluzować. Clive coś mówi o prezentach, o jakiejś akcji charytatywnej, ale nie słucham uważnie.

****

Do domu wracamy praktycznie nad ranem. Jestem zmarznięty, zmęczony i wciąż to wszystko do końca do mnie nie dociera. Wypełzam spod prysznica i marzę tylko o śnie. Nie nadaję się do takich akcji. Wślizguję się do łóżka i przytulam do ciepłego ciała. Ogarnia mnie uczucie błogiego spokoju. Mam wrażenie że wszystko się prostuje, że jest stabilnie. A to naprawdę fantastyczna świadomość. Przyszłość wydaje się jasna, bliska, poukładana. W końcu mniej więcej wiem, co się wokół mnie dzieje. Tylko wciąż tak bardzo martwię się sprawą Prior i Michaela. Co będzie, jeśli to naprawdę on? Prior czekają pewnie wtedy jakieś konsekwencje. Wzdycham ciężko, a Clive dźga mnie palcem w bok. Myślę, że to jakiś odruch, albo coś mu się śni, ale obraca się do mnie przodem i widzę, że nie śpi.
- Czym ty się znowu martwisz? – Pyta. Wyczuł. On mi chyba gmera w umyśle. Jego głos zawisa w ciszy i ciemności. Milczę, próbuję się zdematerializować.
- Niczym. – Rzucam.
- Prior?
- Rany, jest środek nocy, ranek w zasadzie. Trzeba spać! – Oświadczam, trochę zbyt stanowczo i zbyt emocjonalnie i odwracam się do niego plecami. Jak się dowie co mnie trapi, to będzie sam o tym myślał, będzie próbował to rozwiązać i narobi wielkiego szumu. Wolę nie przerzucać swoich problemów na innych. A przynajmniej nie dziś. Teraz to on wzdycha. Super. Udało mi się go zmartwić i zdenerwować. A mogłem tkwić nieruchomo i nie oddychać, to by się nie zorientował!
- To naprawdę nie ma sensu. Po co ty się tym przejmujesz, skoro nawet nic nie wiadomo? – Pyta. Podskakuję nerwowo. Głos rozbrzmiewający nagle w ciszy i ciemności faktycznie przeraża. I co ja mu mam powiedzieć?

****

Pierwszy poniedziałek nowego roku. I pierwszy dzień w szkole w nowym roku. Przynajmniej kalendarzowym. Kiedy wchodzę do sali wszyscy są już w środku. To znaczy, nie wszyscy. Może maksymalnie połowa klasy. Ale już przywykłem do tego, że chyba nigdy nie zjawi się tu komplet uczniów. Gapią się na mnie beznamiętnym wzrokiem i są równie zniechęceni i źli co zwykle, więc nawet nie próbuję pytać, jak im minęły święta. Siadam więc tylko za nauczycielskim biurkiem i spokojnie sprawdzam obecność. Nie ma tu tej dziewczyny, która wtedy zemdlała… Kurczę, co z nią? Przecież ich nie spytam, bo mnie przeżują, połkną i wyrzygają. Rozdaję testy, wysłuchuję jęków niezadowolenia i liczę w duchu na to, że jednak coś napiszą. Przecież nie można nie robić kompletnie żadnych postępów! Mimo wszystko staram się wierzyć w te dzieciaki. Może jak ja uwierzę, to one też zdołają?

****

Sobota. Tydzień w szkole zleciał zaskakująco szybko i bez większych problemów. Może to ta „magia świąt” tak pozmieniała te dzieciaki? Kto wie…
- Mogę z wami? – Sandra patrzy na Clive’a błagalnym wzrokiem. W sumie… Z jednej strony to nie jest taki głupi pomysł. Gdyby Sandra pojawiła się w klubie razem z nami, to może by ich jakoś rozruszała. Przeraża mnie wizja siedzenia tam bez ruchu i gadania o ćpaniu, martwych dzieciach, chorych ludziach i spektakularnych rozstaniach.
- Czyli mogę? Poznam z bliska twoich znajomych! – Klaszcze w dłonie i uderza mnie otwartą ręką w plecy. To brzmi trochę, jak oglądanie z bliska reprodukcji, albo delfinów…
- Dobra. Niech będzie. Ale tylko raz. Wyjątkowo. – Odpowiadam, a ona cieszy się jak dziecko.
- I nie rób nic głupiego. – Dodaje Clive, zbierając ze stołu brudne kubki.
- Tak jest, mamo. – Sandra salutuje i parska śmiechem. Doskonale pamiętam jak ostatnio zgodziliśmy się na wspólny wypad. To była katastrofa. Ale powiedzianego słowa się nie cofa. Pozwalamy się więc wpakować do jej auta, bo przysięga, że nie będzie pić i razem docieramy na miejsce. Sandra będzie jakimś babskim pierwiastkiem. Zawsze coś, zamiast Prior. Kiedy wchodzimy do środka idziemy gęsieko, trzymając Sandy po środku, żeby nie zginęła i przepychając się przez tłum. Trzeba chyba zmienić miejsce, bo tu jest z tygodnia na tydzień coraz więcej, coraz dziwniejszych ludzi. Odnajdujemy ich stosunkowo szybko.
- Cześć. – Rzucam, a Sandy przepycha się przede mnie i zajmuje miejsce obok Adriena, głośno brzęcząc biżuterią. Są już wszyscy. Obok siedzi Dominic, wyglądający dziś dość osobliwie, w pstrokatej, wzorzystej marynarce, a dalej Ian obrażony jak zwykle na cały świat. Ale jednak tu przychodzi, bo może jako tako odpocząć od pracy i opieki nad czterolatką. No i Mark ze wzrokiem wbitym w ekran komórki.
- Skąd wytrzasnąłeś tę marynarkę? Wyglądasz, jakbyś ukradł obicie kanapy dillearowi z lat osiemdziesiątych. – Rzuca Sandra, a zszokowany Dominic otwiera usta ze zdzwienia. Nawet się z nikim nie przywitała, tylko musiała ocenić go po swojemu.
- To imitacja skóry. – Mamrocze.
- Wygląda jak cerata. Tak tylko mówię… A tak w ogóle, jestem Sandra. Jestem siostrą Clive’a. Pamiętacie mnie?
- Kto cię tu wpuścił? – Odzywa się Ian i patrzy na nią, jak na siedlisko jakiejś śmiercionośnej zarazy.
- Podczepiłam się. Widziałam was wszystkich na ślubie, chciałam was lepiej poznać, skoro jesteście bandą mojego szwagra. – Uśmiecha się od ucha do ucha, a Mark wybucha śmiechem i opluwa sobie ekran telefonu. To jednak był słaby pomysł, żeby ją tu zabierać. Będę się z tego powodu wstydzić przez kolejne tygodnie, choć Clive wydaje się być rozbawiony.
- Wyluzuj. – Szepcze mi do ucha, ciągnąc mnie za sobą. Siedzimy obok siebie, a Sandra próbuje w jakikolwiek sposób zacząć rozmowę z kimkolwiek. Ian mówi coś o Amy, Adrien o architekturze, ale mam wrażenie, że w powietrzu wisi coś ciężkiego. Jakiś niepokój. Adrien i Ian nawet nie patrzą w swoją stronę, więc cała moja nadzieja na polepszenie ich relacji umiera śmiercią naturalną. Mark nas przeprasza i znika, szepcząc coś do Sandy, przed wyjściem. Dominic jest zmieszany i zasmucony tym, że siostra Clive’a podsumowała jego ubiór w niewybredny sposób. W końcu jakimś dziwnym cudem udaje jej się go ośmielić i udobruchać, gdy zaczynają rozmowę o chronionych gatunkach. On z perspektywy ekologa, ona z perspektywy fotografa. Ian poważny i sztywny jak zawsze gapi się w jeden punkt z ustami zaciśniętymi w wąską kreskę i nie drży mu ani jeden mięsień. On coś ukrywa. Gdzieś tam, głęboko. Jestem tego pewien. Nie można być chyba tak kompletnie wypranym z uczuć i ludzkich odruchów, tak cholernie praktycznym i poukładanym…

****

Dzwonek do drzwi przerywa spokojne, niedzielne popołudnie. Patrzę na Clive’a ze zdzwieniem, ale gorliwie zapewnia, że nikogo nie zapraszał. Stwierdzam, że to pewnie znowu Sandra i niechętnie idę otworzyć.
- Słucham? – Pytam. Stoi przede mną wysoki, uśmiechnięty, dobrze ubrany facet. Akwizytor pewnie. Albo członek jakiejś porąbanej sekty. Tylko… Z kimś mi się kojarzy. Jakbym go gdzieś kiedyś widział… Uśmiecha się szeroko, ale nic nie mówi. Pastę do zębów sprzedaje, czy co?
- Słucham? – Powtarzam, a on macha, jak Królowa Brytyjska, więc spoglądam przez ramię i orientuję się, że stoi za mną Clive. To oni się znają? Skąd? I jakim cudem ja też tego faceta kojarzę? O co chodzi.
- Cześć. Co ty tu robisz? Wejdź, proszę. – Mówi Clive, a ja się odsuwam, jak automatyczne drzwi w hiper-markecie.
- To jest Vincent. Vincent, to Andrew. – Przedstawia nas sobie. Racja! To ten przystojny mężczyzna, który wydzwaniał do Clive’a, o którym mówiła mi Sandy i który projektuje odzież. No i wszystko jasne.
- Byłem przejazem, postanowiłem wpaść, zapytać, jak leci. Miło mi. – Uśmiecha się i ściska moją dłoń. On się pewnie uśmiecha nawet we śnie. I to całą szczęką! Nadal nie ogarniam…
- Proszę, wejdź. Napijesz się czegoś? – Pyta Clive. Przyjaźnienie się z byłymi partnerami zawsze wydawało mi się dziwne i podejrzane. Jak noszenie fiolek z krwią na szyi, albo zjadanie żywych larw na wizji. Clive i Andrew uśmiechają się od ucha do ucha i wydają mi się być dziwnie podobni, bo obaj są przystojni, wysocy i reprezentują ten sam poziom. Przypominają mi trochę teraz te koleżanki z brytyjskich seriali, które w okresie liceum próbowały się rozjechać nawzajem autami rodziców, a teraz udają najlepsze przyjaciółki i hodują razem kwiatki. To tak nie działa… Ja rozumiem wszystko. I rozstanie w spokoju i bez wyrzucania win, i wybaczanie, ale… Żeby aż tak?! Andrew idzie za nim do kuchni, a ja za nimi i czuję się dziwnie, jak intruz. Jakbym to ja właził im w paradę. I znowu ogarnia mnie przekonanie, że Clive i ja jesteśmy jednak ze zbyt odległych światów, by to mogło wypalić. Ja i Andrew siedzimy przy stole, Clive napełnia czajnik wodą.
- Pow.. ył… iur? – Słyszę i widzę, że Andrew patrzy na mnie wyczekująco. Jest ciepły, sympatyczny i niezwykle irytujący.
- Podobał się garnitur? – Powtarza. Potwierdzam skiniem głowy, spuszczając skromnie wzrok. Facet mnie wkurza i onieśmiela. Jest podejrzanie sympatyczny, przystojny i zbyt doskonały, żeby był normalny. I co on tu w ogóle, u licha, robi?!
- Jak długo się znacie? – Pyta.
- Trochę ponad rok. – Rzuca Clive, zanim mam czas by otworzyć usta. No ignorują mnie jak nic. Może ja stąd pójdę w ogóle?! Gadają o czymś, a ja się nie wtrącam, ani w sumie nie słucham. Opieram tylko podbródek na dłoni i im się przyglądam. Wyglądają się być zupełnie spokojni i beztroscy, co mnie drażni. Zawsze między ludźmi, którzy się rozstali powinien być jakiś dystans. A oni się cieszą i dyskutują, jak gdyby nigdy nic. Albo ja po prostu nie rozumiem.

****

Andrew znika po dwóch godzinach pieprzenia o samym sobie, uśmiecha się na pożegnanie i z tym uśmiechem opuszcza mieszkanie. Gość mi namieszał w głowie, chociaż go w ogóle nie słuchałem. Namieszał mi swoim wyglądem, ubiorem, sylwetką, kulturą i tym obrzydliwie miłym uśmiechem. Jakiś mi się śliski wydaje… Zawsze ci najmilsi i najlepiej wyglądający są jakimiś świrami. Nie mam czasu o tym myśleć, bo rozdzwania się mój telefon. Matka Prior. Nie wiem, czy chcę odbierać. Zastanawiam się, czy udać, że nie słyszałem, czy może zwalić odpowiedzialność na Clive’a i wcisnąć mu komórkę. Ostatecznie odbieram. Kobieta znowu panikuje, płacze, jęczy, mówi niewyraźnie. Ale chyba nie chodzi jej o Michaela. Clive w końcu zabiera mi komórkę, gada z nią jak mediator i udaje mu się z niej wyciągnąć, że na temat Michaela jeszcze nic nie wiadomo, ale Prior nie żyje. Jak to nie żyje? Clive wyjaśnia mi potem, że Prior przedawkowała, prawdopodobnie przypadkiem. Sprawa z Andrew wydaje mi się być zupełnie nieistotna. Znowu nic do mnie nie dociera. Świadomość śmierci Davida też do mnie nie docierała. Kurde, ja zwariuję kiedyś zupełnie… Jak ja mam sobie poradzić bez Prior? Wiem, że może nie była nigdy specjalnie pomocna, ani nie odegrała w moim życiu pierwszoplanowej roli, ale jednak w nim była. No i miała tylko osiemnaście lat. Rany, jak sobie można rozwalić życie… Ba! Można je przerwać na własne życzenie i z własnej winy. To wydaje mi się tak bezsensowne!

Opublikowano Bez kategorii | 29 komentarzy

Rozdział czterdziesty szósty – Sen

ADNOTACJA OD AUTORKI:

Do wpisu wyjątkowo załączam piosenkę. :) Mam nadzieję, że nie uśniecie przy niej przed końcem czytania. ;)
Już na tym blogu z recenzjami mi się obrywa, że ja ciągle ten folk i folk, więc zamiast coveru „Wicked game” w wykonaniu Jamesa Vincenta McMorrow, pojawia się Josh Groban – „You raise me up”. Mam nadzieję, że baroque popem/poperą nie wystraszę. :D
Za pomocą piosenki, a głównie tekstu przekazują podprogową wiadomość. Jakoś mi się kojarzy z bohaterami.
Bawią mnie tylko ci ludzie, którzy to na siłę zamiast z miłością utożsamiają z Bogiem. :D

Piosenka: Josh Groban – „You raise me up”
Bez gifu, bo wolę nie nadwyrężać mojego transferu. Dorzucę po 10-tym. :)




___________________________________________________

- Mogę przyprowadzić kogoś na ślub? – Pyta Sandra, półleżąc na kuchennym stole i oskubując ciasto, które zostało ze świąt.
- Nie wiem. Ty masz rozpiskę z gośćmi… Jak masz jakieś wolne miejsce, to przyprowadzaj. – Clive wzrusza ramionami.
- Ma na imię Ismael i…
- Jest Żydem? – Clive wchodzi jej w słowo.
- Skąd wiesz?
- Strzelałem, bo brzmi jak Izrael.
- A ty nie za mądry jesteś, przypadkiem? – Sandy udaje oburzenie, a ja dochodzę do wniosku, że to najlepszy moment, żeby się odezwać, bo jak nie teraz, to nigdy.
- Nie wiem, czy chcę tego ślubu… Teraz. – Mamroczę. Nadal czuję się okłamany, bezradny i stłamszony. I mnie to wszystko cholernie denerwuje! Sandra wstaje od stołu, staje za moimi plecami, obejmuje mnie ramionami, opiera policzek na mojej głowie i oświadcza stanowczo:
- Chcesz, tylko jeszcze o tym nie wiesz.
- No. I Ismael jest… – Zmienia temat.
- Izraelitą!
- Australijczykiem. – Sandra patrzy na niego, jak na idiotę i stuka się palcem w czoło, wpychając sobie równocześnie do ust kawałek sernika.
- A co robi zawodowo? Lepi figurki z chleba, czy jest intruktorem sztuki oddechu? – Clive parska śmiechem.
- Jest akwarystą. – Mówi ze spokojem jego siostra, odsuwając od siebie półmisek.
- Hoduje ryby?
- Rośliny akwariowe.
- Jutro ostatni dzień w roku. Też będziesz przesiadywać u nas? – Pytam. Sandra wygląda na urażoną.
- Ja nie przesiaduję, tylko dotrzymuję towarzystwa z dobroci serca. – Oświadcza. Męczy mnie ta jałowa dyskusja. Męczy mnie jej obecność. Wzdycham ciężko. Nie wiedziałem, że święta tak wykańczają. Może dlatego, że je najczęściej spędzałem sam.
- Dobra. Lecę. Ogarnijcie sobie to całe jutrzejsze szaleństwo. Ja muszę pogadać z Ismaelem.
- Z Izraelem!
- Z Ismaelem. Nie myl mi! – Sandra uderza brata żartobliwie w ramię. Wychodzi, postukując obcasami i nucąc najgłośniej jak się da, jakąś piosenkę z reklamy. Gdy zamykają się za nią drzwi zapada błoga cisza. Znowu pada śnieg. Białe płatki wirują na wietrze, a ja czuję się bezpieczny i spokojny. Nie licząc tego niespodziewanego, obcego mi wciąż ślubu.

****

Sylwestra spędzamy zwyczajnie, a w zasadzie nijak. Siedząc w domu, oglądając powtórki świątecznych programów i nie gadając o niczym poważnym. Przed północą Adrien przysyła wiadomość, Ian dzwoni chwilę potem. Do Marka sam telefonuję. Wszyscy wydają się spokojni. A to jest absolutnie podejrzane… Kiedy wybija północ stoją przy oknie i gapię się na rozbłyskujące na niebie fajerwerki, oraz na pijanych ludzi, idących slalomem chodnikiem, mimowolnie zaczynam robić podsumowanie i znowu dociera do mnie, że moje życie jest do dupy i nic się w nim nie zmieniło.* No… Kilka rzeczy się zmieniło, ale raczej na gorsze. Umarł David, Adrien i Ian oszaleli, przez co się rozstali, na dodatek wplątując w to wszystko Amy, a Prior zgubiła dziecko, zwiewając z domu. Właśnie, co z Prior? Próbuję się do niej dodzwonić, ale bezskutecznie. Rany, powinienem przestać świrować chociaż w ostatni dzień roku. Udaje mi się uprosić Clive’a, by pokazał mi chociaż obrączki. Ładne nawet. Zwyczajne, proste, srebrne, nie rzucają się w oczy. Pewnie Sandra nie brała udziału w ich wybieraniu. Siedzę potem u jego boku, zakopany w pościeli i próbuję uspokoić umysł.
- Co cię znowu trapi? – Szepcze Clive, a ja niemal podskakuję. Niech on się tak nie odzywa z nienacka! Przesuwam palcami po jasnej bliźnie na jego dłoni.
- Nic. – Odpowiadam i uśmiecham się słabo. Wyciąga rękę, głaszcze mnie po włosach. Wiem, że się stara i ja to doceniam. Nic nie poradzę, że jak pomyślę o tym, że za dwa dni mam wziąć ślub i uczestniczyć w przyjęciu, z którym nie mam nic wspólnego, zbiera mi się na wymioty. Wszystko jest nie tak, jak powinno być! Kładę się na wznak, zanurzam głębiej w pościeli, gapię w sufit. A Clive gapi się na mnie. Zaraz się odezwie, zacznie drążyć i mnie wkurzy, więc niech lepiej w ogóle nie otwiera ust. Sam sobie to muszę poskładać do kupy. Za oknem co rusz rozlega się huk, a ciemne, nocne niebo przecina jakiś wielobarwny błysk.

****

Telefon z informacją, że znaleźli chyba Michaela, odbieram po czternastej. Clive stoi za moimi plecami i podsłuchuje, a ja próbuję wywnioskować cokolwiek z przerażonego głosu matki Prior. Dlaczego ona w ogóle dzwoni do mnie, a nie do niego? Z nim jest w zmowie! Z przekazanych informacji wnioskuję, że gdzieś, w jakimś lesie znaleźli zwłoki niemowlaka, prawdopodobnie Michaela, ale jeszcze będą to badać. Opadam na krzesło. Kurde, kto mógł zabić takie maleństwo? A może umarł z głodu, albo z zimna? Litości! Jak wyjdzie na to, że ktoś go zabił, to pewnie oskarżą Prior! A jak faktycznie to ona mu coś zrobiła, ale tego nie pamięta? Przecież jak ją znaleźli była na prochach i kompletnie nic nie pamiętała! I ja mam jutro brać ślub?! Clive stoi w drzwiach kuchni i patrzy na mnie z niekłamaną troską. Co ja mam mu powiedzieć?
- W porządku? – Pyta. Nie odpowiadam. Wzdycham, odkładam telefon na stół. Wszystko wewnątrz dygocze. Zasłaniam twarz dłońmi, oddycham głęboko. Prior jest dziwna, nie wiadomo, jak na to zareaguje. Nie wiem, czy mam do niej teraz dzwonić.
- Chcesz odwołać… – Zaczyna, ale potrząsam głową. Nie. Chcę mieć to za sobą. Wszystko chcę mieć za sobą i żyć względnie normalnie. Na dodatek Michael nie był moim bratem, ani ojcem. To byłoby jednak niezbyt normalne, gdybym z tego powodu odwołał ślub. Z resztą nie wiadmo, czy to w ogóle on. Matko, żeby to nie był on! Dzwonię do Marka, pytam jak się czuje i czy wie już o Michaelu. Nie wie. Pewnie wiem tylko ja, bo matka Prior tylko do mnie ma numer. Mark jest w szoku, pyta mnie co chwila o to, co teraz będzie, jakbym miał cokolwiek o tym wiedzieć. Jestem przecież równie przerażony. Pytam jeszcze, czy przyjdzie jutro, ale mówi, że się postara i zaraz zadzwoni do Prior. Nie mogę dla niej rezygnować z planów, z życia. Nie jest nawet moją rodziną. Gdy wracam do salonu Clive tkwi nieruchomo na kanapie, nerwowo bawiąc się palcami swojej dłoni.
- Miejmy nadzieję, że to nie on. Wszystko się jakoś ułoży. – Pociesza mnie, kiedy siadam obok. Sam jestem zdziwiony, że nie histeryzuję.
- To martwe niemowlę, a nie latarnia uliczna. Nie ma ich na każdym kroku. – Odpowiadam. Clive dotyka moich pleców. Noworoczny, względnie radosny nastrój gdzieś znika. W głowie znowu kłębi mi się milion przeczących sobie myśli. Coś mi mówi, że ten ślub jest niewłaściwy, a jakaś inna myśl wyśmiewa tamtą, przekonując, że Michael to tylko niemowlę. Dziecko Prior, a Prior z biologicznego punktu widzenia jest całkiem obca. Tylko, że ja jutro będę o tym stale myślał. Jak można zabić niemowlę?
- Pójdziemy gdzieś? Przewietrzysz się. – Proponuje Clive. Nie wiem. Znowu wpadłem w marazm.
- Chodź. – Wyciąga do mnie rękę. Jest tak ciepły, uroczy i wrażliwy. Wiem, że jego też to w jakiś sposób boli, ale nic nie okazuje, żeby podtrzymać mnie na duchy. To cudowne i szlachetne. Nie powinienem tak się tym przejmować. Mam trzydzieści lat, muszę w końcu dorosnąć.

****

- Hej, mam was! Co wy jesteście tacy smutni? – Sandra wyskakuje spod ziemi, kiedy sami stoimy przed tym urzędem, gapiąc się w chodnik. Wiadomo już, że Prior nie przyjdzie. Tylko nie wiadomo, czy martwe dziecko, to Michael. Sandy staje między nami, obejmuje nas czule, ubrana w krzykliwy, czerwony płaszczyk.
- Będzie pięknie, nie denerwujcie się. – Mówi i uśmiecha się od ucha do ucha. Im bliżej uroczytości, tym bardziej opuszcza mnie pewność siebie i przekonanie o słuszności podejmowanych decyzji.
- No powiedzcie coś. – Jęczy Sandra, staje przed nami, drobiąc na wysokich obcasach i błyska nam fleszem po oczach.
- Ludzie na ślubach zawsze są weseli! Mniejsza o to, że podczas uroczystości uśmiechnęci nerwowo, a podczas przyjęcia pijani jak cholera, ale weseli! – Woła. Obejmuje nas znowu i wlecze za sobą w stronę schodów.
- Spójrzcie. Zaczynacie nowe życie. – Mówi. Nie słucham jej, bo podjeżdża taksówka. Wysiada z niej Ian. Jak zwykle idealnie ubrany, uczesany, śmiertelnie poważny. Idzie w stronę urzędu prężnym, pewnym krokiem. Wita nas skinieniem głowy, a potem staje przy ścianie, obok tabliczki informacyjnej. Ile jeszcze mamy czasu? Za późno, żeby uciec. Sandra, jakby czytając mi w myślach, zerka na zegarek.
- Jeszcze dwadzieścia minut… Mam nadzieję, że wszyscy zdążą. Co z wami? Mowę wam odjęło? – Patrzy na nas już z autentycznym przerażeniem. To powinien być niezapomniany, planowany od dawna, radosny dzień. A ja mam okropny nastrój. Obserwuję kolejne osoby, pojawiające się przed urzędem. Zjawia się kilka obcych mi osób. Jakieś ciotki, czy babcie Clive’a. Widziałem je pewnie na tej Wigilii, tylko nie przywiązywałem do tego wagi. Potem przychodzi Adrien. Pewnie przyjechał autobusem, bo pod urząd podchodzi pieszo. Jak zwykle zabiegany, rozczochrany, uśmiecha się do mnie słabo i staje nieopodal, wsuwając dłonie do kieszeni. Mark wyrasta obok nas po kolejnej minucie i przytula mnie na powitanie, co wzbudza powszechne zainteresowanie, bo wygląda trochę tak, jakby mi składał wyrazy współczucia. Próbuję się nie przejmować, oczyścić umysł, żyć chwilę. Z resztą… To przecież nic takiego. Głupia wymiana obrączek i podpisanie papierka. Z przyjęcia chyba się będzie można zmyć… Ożywiamy się obaj, gdy zjawiają się rodzice Clive’a. Głównie dlatego, że tak wypada. Witam się z nimi uprzejmie, uśmiecham się do pięknie wyglądającej matki i odpowiadam grzecznie na pytania ojca, chociaż wewnątrz wszystko mi się przewala. Zwariuję! Spuszczam wzrok, wgapiam się w lśniące noski czarnych butów. Kontrastują ze śniegiem. Dam radę. To w końcu nic takiego. Niepokój w dziwny sposób mnie opuszcza, kiedy Sandra zarządza zbiórkę i wszyscy wchodzimy do urzędu. Niewiele pamiętam. Jakieś pojedyncze słowa, wzruszenie matki Clive’a, wymianę obrączek i to, że drżały mi dłonie. Kiedy otwierają się przed nami ciężkie, stare drzwi, oddycham zimnym, orzeźwiającym powietrzem. Próbuję zadzwonić do Prior, ale Clive wlecze mnie za sobą i wysłuchuję gratulacji od kompletnie obcych mi bab, a na dodatek każde zdanie wypowiadane przez nie, brzmi jak formułka wyczytana w internecie. Niemniej dziękuję każdemu, a później daję się wpakować do taksówki i wysłać w obcym kierunku.
- Przejmujesz się? – Pyta Clive. Kierowca zerka na nas we wstecznym lusterku.
- Trochę. Nie umiem inaczej. Żal mi Prior. Wydaje mi się, że my tu świętujemy, a ona cierpi…
- Można jeszcze wszystko odwołać. Będą pytać, ale nie zrobią awantury. Albo zostawmy ich samych. Nikt nam nie każe brać w tym udziału. – Szepcze. Chciałbym. Ale to jest zły pomysł.
- Nie. Wrócę do domu i jeszcze bardziej będę się przejmował. Jedźmy. Może na moment zapomnę. Możliwe, że nie powinienem, ale chcę. Oderwać się od tego wszystkiego choć na chwilę. Nowy rok nie powinien zaczynać się w ten sposób, bo cały będzie spieprzony. – Mówię. Clive uśmiecha się słabo, ujmuje moją dłoń. W każdej chwili, bez względu na sytuację, tak bardzo stara się dodać mi otuchy. Patrzę na lśniącą na jego palcu obrączkę. Więc to naprawdę już. Po wszystkim. I nie ma odwrotu.

****

Sala znajduje się w ślicznym, uroczym, małym pałacyku, który przypomina trochę pomniejszoną wersję domu rodziców Clive’a. Jest równie śliczny i bajkowy. Kiedy docieramy na miejsce, kilka osób jest już w środku. Odnajdujemy wielką, przestronną salę, w której Sandra, jak przystało na wariatkę, porozwieszała mnóstwo tęczowych balonów. Jak na urodzinach przedszolaka. Wyskakuje nagle zza rogu i robi nam zdjęcie, z miną zwycięzcy.
- Uśmiechnijcie się, proszę. Co się stało? – Pyta i głaszcze mnie po plecach, brzęcząc biżuterią.
- Nic. Jestem trochę skołowany. – Mówię tylko. Gdybym powiedział jej prawdę, pewnie by jej odbiło. Nawrzeszczałaby na nas, pytałaby, dlaczego w ogóle tu jesteśmy. Nie chcę tego. Chcę odpocząć. Jutro będę myślał o Michaelu. Jutro zadzwonię do Prior. Sandy oprowadza nas wzdłuż suto zastawionego stołu, rozsadza za nim wszystkich. Obserwuję naburmuszonego Adriena, siedzącego w rogu, wpatrującego się w podłogę i skubiącego mankiet czarnej marynarki. Żal mi go. Siostra Clive’a wypycha nas na parkiet. Jestem kompletnie przerażony. Nie wiem, jak ma wyglądać ten taniec. Tylko raz słuchałem piosenki! W którymś momencie zamykam oczy, próbuję się oderwać, zniknąć, udać, że mnie tu nie ma. Muzyka sama mnie niesie, chyba nie jest tak źle, chociaż świadomość, że obserwuje mnie tyle osób, jest przerażająca. Co za czubek wpadł w ogóle na ideę pierwszego tańca?! Clive odsuwa mnie od siebie na długość ramion, muzyka cichnie. Otwieram oczy. Wpatruje się we mnie mnóstwo obcych osób. To tak bardzo krępuje. Ciągnie mnie za sobą, sadowi za długim stołem. Chcę coś powiedzieć, ale Sandra porywa go i kołyszą się w tłumie tańczących gości. Opieram podbródek na dłoni i przyglądam się im. Sam znam może sześć osób, z niemal czterdziestu. Czuję się trochę osaczony. Mój wzrok pada na tort. Biały, z dwiema figurkami na szczycie. Mimowolnie się uśmiecham. Sandy ubłagała Clive’a, by je tam umieścić, bo on nie chciał się afiszować. Ale przyznaję, że są urocze. Ktoś kładzie mi rękę na ramieniu.
- Dlaczego się nie bawisz? Chcesz wracać? – Pyta Clive. Patrzę w jego błękitne oczy. Głaszcze mnie po głowie. Muzyka z głośników cichnie, przez salę przebiega szmer. Na niewysoki, pusty podest wspina się Sandra. Będzie przemawiać?
- Hej. Cześć wszystkim. Chciałabym coś powiedzieć. Teraz, bo wszyscy są jeszcze trzeźwi i w miarę kontaktują. – Parska śmiechem do mikrofonu, patrzy na nas. Co ona planuje? Mało mi stresu?
- Kiedyś, jak okazało się, że mój mały braciszek jest homoseksualny, przysięgłam sobie, że nie wezmę ślubu, dopóki on nie będzie mógł zrobić tego legalnie. I teraz mogę powiedzieć z całą pewnością, że jest to najszczęśliwszy dzień w moim życiu! I nie chodzi o to, że mogę wyjść za mąż, tylko… Ogólnie o szczęście. To wszystko jest tak nierealne, a równocześnie bliskie i niesamowite. – Mówi Sandy. To urocze i piękne. Walczę ze wzruszeniem. Clive po cichu odsuwa krzesło i siada obok mnie.
- Ludzie chyba nie potrafią się cieszyć cudzym szczęściem, ale możecie mi wierzyć, że ja jeszcze nigdy nie byłam tak uradowana. Wiem, że mój brat jest teraz najszczęśliwszym człowiekiem pod słońcem i chociaż mu trochę zazdroszczę, to jednak go kocham i nie będę rzucać w niego czym popadnie. – Uśmiecha się, a goście wybuchają na krótko śmiechem. Czuję jak palce Clive’a szukają mojej dłoni. Spoglądam w jego błękitne oczy, uśmiecham się. Szczerze. Z radości. Sandra jeszcze coś mówi, ale jej głos zagłusza przeraźliwy pisk w mikrofonie, więc wzrusza ramionami i pokracznie schodzi z podestu, próbując się nie wywrócić na wysokich obcasach.
- To było piękne. – Szepcze jej matka, ocierając łzę wierzchem dłoni i z powrotem siada za stołem. Spoglądam na Iana, stojącego przy drzwiach ze skrzyżowanymi ramionami. Nie bawi się chyba najlepiej.
- Gdzie Ismael? – Pyta Clive, kiedy Sandra staje obok nas, ale ona macha tylko wzgardliwie ręką.
- W Izraelu. – Rzuca i odchodzi, zgarniając pod drodze kieliszek szampana.
- Dzięki za przemowę! – Woła jeszcze jej brat, a ona uśmiecha się tylko przez ramię i idzie w stronę jakiegoś kuzyna, kołysząc zamaszyście biodrami w rytm lecącej w tle melodii. Dopiero teraz dostrzegam, że Ian zniknął spod drzwi. Siedzi w kącie sali, obok Adriena. Chyba o czymś rozmawiają. Tak normalnie. Bez rzucania nożami i przesadnej gestykulacji. Marszczę brwi. O co chodzi?
- Chodź. – Clive pomaga mi wstać, prowadzi mnie do tortu, oskubuje z niego płatki białej czekolady. Próbuje mnie bardziej rozweselić, wprowadzić w dobry nastrój, który trwałby dłużej niż parę sekund. Na miejsce wracam z kawałkiem tortu, a Clive tańczy z matką, w rytm jakiejś rozwleczonej, romantycznej piosenki. Dźgam ciasto widelczykiem i patrzę, jak Ian wstaje, opuszcza Adriena, unosi wysoko podbródek, profesjonalnie, po omacku zapina guziki marynarki i zmierza w moją stronę. Nie! Nie chcę z nikim gadać.
- Mark mówił mi o Michaelu. – Wzdycha, siadając na krześle, które wcześniej zajmował Clive. Nic nie mówię.
- Nie wiem, co bym zrobił, gdyby coś podobnego spotkało Amy. – Szepcze.
- Nie chcę o tym rozmawiać. Wystarczy, że stale myślę na ten temat. Powinienem się odprężyć. Baw się, Ian. Chociaż dziś. Oderwij się od wszystkiego. To dobrze zrobi każdemu z nas. – Mówię i wpycham do ust kęs niemiłosiernie słodkiego tortu. Ian patrzy na mnie podejrzliwie. Nie wierzy, że wszystko mi jedno.

****

Po północy impreza się rozkręca. Ja dalej tkwię w tym samym miejscu, czasami wyciągany na parkiet przez bliżej, lub mniej znanych mi ludzi i co chwila fotografowany przez Sandy. Wszyscy próbują mnie rozweselić. Zwłaszcza Clive. Proponuje nawet, że możemy to wszystko powtórzyć, kiedy będę miał lepszy okres, ale tylko parskam śmiechem. Jego pomysły są urocze, ale irracjonalne. Jestem zmęczony i smutny, ale nie oszalałem przecież do reszty.
- Cieszę się, że cię mam. – Szepczę. To brzmi tak naiwnie i melodramatycznie, ale sądzę, że wypada coś powiedzieć. Clive uśmiecha się szczerze, całuje mnie w policzek. Ian i Adrien znów gadają, wciśnięci w kąt sali. Normalnie, spokojnie, jak starzy znajomi.
- Dobrze się bawicie? – Z zamyślenia wyrywa mnie głos Sandry. Potwierdzamy skinieniem. Czuję, jak Clive cierpi widząc, że nie jestem szczęśliwy, mimo panującej tu ogólnej atmosfery wesołości. Nic na to nie poradzę. Chciałbym iść spać. To wydaje mi się nad wyraz bezsensowne. Gdzieś pęka balon, jakaś kobieta wydaje z siebie pisk przerażenia, ktoś się z tego śmieje. Nikt z nich nie wie, co mnie trapi. Ian i Adrien gdzieś zniknęli. Przebiegam wzrokiem po zgromadzonych, ale nigdzie ich nie widzę. Zwiali bez pożegnania? Dziwne. Daję się namówić Clive’owi na jeden, jedyny taniec, chociaż najchętniej przyspawałbym się do tego krzesła i pokontemplował w spokoju. Jego siostra robi ciągle zdjęcia, ktoś stale gratuluje, a ja czuję się jakbym śnił. Wszystko jest szybkie, kolorowe, niemal niemożliwe. Ludzie, muzyka, jedzenie, zapachy, każdy dźwięk dociera do mnie ze zdwojoną siłą. Wszystko wiruje. Mrugam kilkukrotnie, unoszę rękę do głowy. Wydaje mi się, że zaraz eksploduje. Niedobrze mi. Jakbym wirował na jakiejś ogromnej, rozpędzonej karuzeli. A potem tracę przytomność i widzę już tylko ciemność.

*Odniesienie do poprzedniego (również tu opisanego) Sylwestra Vincenta. :)

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , | 12 komentarzy

:)

Wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Ojca, dla wszystkich ojców, których znam i nie znam! :)

-----
* Neil Patrick Harris, David Burtka, Harper i Gideon
* Matt Dallas, Blue Hamilton, Crow
* Matt Bomer, Simon Halls, Walker, Henry i Kit
* Ricky Martin, Matteo I Valentino

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Rozdział czterdziesty piąty – Święta

ADNOTACJA OD AUTORKI

Powinnam już chyba wcześniej wspomnieć, że podczas pisania wszelkich rozdziałów o postrzeganiu AIDS przez chorego, oraz osoby z otoczenia, oraz w opisach towarzyszących emocji (bo z punktu widzenia „technicznego” i medycznego było to łatwiejsze), pomogły mi filmy: „Odruch serca” i „Moje przyjęcie”, oraz książka Josefa Gabriela – „Przekwitający mak. AIDS – ostatnie miesiące pewnej miłości” i trylogia „Nigdy nie ocieraj łez bez rękawiczek” („Miłość.”, „Choroba.”, „Śmierć.”) autorstwa Jonasa Gardella.

Koniec części oficjalnej!
Polecam, swoją drogą. Albo cytując znowu Podsiadło: ” (..) zachęcam, bo jest spoko. Jaaa luuubięęęę”. :)

Zapraszam na kolejny (chyba) optymistyczny, świąteczny, zimowy, klimatyczny rozdział. Mam nadzieję, że udało mi się mimo pogodnej aury za oknem oddać klimat zimy. (Kończę zanim słowo „klimat” powtórzę jeszcze 15 razy). :) Nadmienię jeszcze, że poświęciłam się dla tego rozdziału tak bardzo, że aż wyszukałam w „Google” hasło „tradycje bożonarodzeniowe USA”, żeby tu np. o karpiu nie napisać. (A przy okazji dowiedziałam się, że magicznym sposobem Święto Dziękczynienia w moim opowiadaniu poszło się jebać i nie wróciło na czas, więc go nie było). :D

Gif – Ian-Patrick J Adams/Patrick J Adams-Ian.
(Jak się nie otwiera, to wiecie co robić)

___________________________________________________________________

tumblr_mgrw6eDLXJ1rtucuko1_500

- A nie kupujemy choinki? – Pytam, wychodząc w poniedziałek do szkoły. Jeszcze tylko dziś i jutro, a potem w końcu upragnione parę dni wolności, z tymi popieprzonymi świętami w pakiecie.
- Nigdy w życiu! – Wrzeszczy Clive, a ja patrzę na niego jak na idiotę. Ale że święta jednak bez choinki? Jak to? Zamieram na moment, a potem, nie patrząc, co robię, wpycham długopis do bocznej kieszeni torby. Może się powinienem wycofać po cichu, bo mnie jeszcze ugryzie, albo co? Ludzie…
- Dlaczego? – Pytam niepewnie, kierując się w stronę drzwi.
- Przecież by z niej wszystko opadło. – Rozkłada ramiona. Ale że co? Ozdoby?
- A to ona nie będzie sztuczna? – Olśniewa mnie.
- Błagam cię, Vincent! Sztuczna choinka? – Pyta i wciska mi w rękę pudełko z żarciem. Wkładam je do torby i już nie komentuję. Mnie moja sztuczna choinka, która nie miała nawet metra wysokości, nigdy nie przeszkadzała. Do szkoły docieram spóźniony, po przebrnięciu przez tony śniegu. Nie wiem, czy ktokolwiek tutaj cokolwiek odśnieża. W klasie jest może dziesięcioro uczniów, a i tak żaden nie interesuje się tematem lekcji. Rozumiem ich, bo sam też najchętniej bym stąd zniknął. Przez dwie godziny lekcyjne czytają na głos jeden tekst, brnąc przez niego, ja ja przez ten śnieg, a potem zmieniam klasę i przez godzinę gapię się tylko, jak grupa ludzi udaje, że rozwiązuje sprawdzian. Nie wiem, dlaczego ta praca aż tak mnie męczy, ale nie mam pojęcia, jak miałbym temu zaradzić, więc próbuję wykombinować sensowne rozwiązanie, kiedy telepię się autobusem do domu. Kurczę, powinienem kupić jakiś prezent dla Clive’a. Dzisiaj mam w zasadzie ostatnią szansę. Przypominam sobie o tym, kiedy już docieram do domu, więc zawracam i łażę bez sensu i bez konkretnego celu po mieście, gapiąc się na bałwanki i choinki na sklepowych wystawach. Nie mam pojęcia, co mógłbym mu kupić pod choinkę? Model szkieletu czy encyklopedię zdrowia? Ostatecznie ląduję w sklepie, w którym można znaleźć wszystko i krążę przez godzinę między wieszakami, talerzami, biustonoszami, zeszytami, ołówkami z oczami, sztucznymi kwiatami, żeby wyjść stamtąd z jakimś dziwnym, czarnym rzemykiem, z przymocowaną niewielką, zrobioną z gównianego metalu, koniczynką. Wciąż nie jestem do tego przekonany, ale dam sobie uciąć rękę, albo i głowę, że na nic lepszego nie wpadnę. Dlatego nigdy nie przychodzę na żadne urodzinowe, czy inne przyjęcia, bo nie potrafię kupować prezentów. Wszystkie wydają mi się głupie, pretensjonalne, albo nieprzydatne. Wrzucam branzoletkę do kieszonki, w której trzymam długopis i wracam do domu.

****

Kiedy wracam do domu we wtorek, po zajęciach, Clive biega po kuchni z prędkością wyścigowego charta.
- Pamiętasz, że tylko część Bożego Narodzenia spędzamy tutaj, a na uroczystą kolację, wieczorem, jedziemy do moich rodziców? – Pyta, gdy przestępuję próg. Nie pamiętam. Nie wiem nawet o tym.
- Mamy z nimi spędzić przy choince pewnie ze dwa, trzy dni? – Pytam niepewnie, siadając przy stole i wyżerając ugotowane, pokrojone w równą kostkę warzywa.
- Właśnie, kolory choinki! – Mówi, odwracając się do mnie przodem. Co, kolory choinki?
- Czerwień i złoto, czy granat i srebro? – Pyta. Wzruszam ramionami, a on oświadcza, że jutro rano kupi drzewko. Ładne, duże, żywe, importowane i egzotyczne, bo nie gubi igieł. Kurczę, on jest jakimś świątecznym oszołomem. Na szczęście okazja, żeby się zmyć i nie dyskutować o jemiole i indyku, przychodzi bardzo szybko, bo dzwoni Ian. Nie wiem, czy ma jakikolwiek istotny problem, bo gada ze mną w sumie o wszystkim i o niczym, choć myślałem, że jak zwykle chce mi podrzucić Amy. Chyba się czuje samotny. Inaczej by nie dzwonił. Albo go coś trapi, tylko jak zwykle nie mówi co i próbuje się uporać sam, choć mu nie wychodzi. Prowadzę z nim więc uprzejmą rozmowę, co jakiś czas sprawdzając, czy Clive nie wyleciał jeszcze w powietrze, walcząc z tymi wszystkimi żywnościowymi produktami, którymi można by było nakarmić małą, afrykańską wioskę. Kiedy Ian kończy gadać, nadal nie wiem, po co właściwie zadzwonił. Pewnie chciał mi powiedzieć coś ważnego, ale stchórzył i stwierdził, że sam lepiej sobie da radę. Jak to on. Typowe. Gdy wracam na dobre do kuchni, Clive jest w trakcie przygotowywania już którejś z rzędu potrawy.
- Kto to wszystko zje? – Pytam. Nie odpowiada. Kurczę, tego wszystkiego jest za dużo. Za dużo zachodu i mnie to męczy.

****

Clive choinkę przywozi w środę rano, gdy jeszcze śpię, ale robi przy tym sporo hałasu. Po parunastu minutach na środku salonu stoi ogromne, żywe, pachnące lasem, zielone drzewko, oprószone fabrycznie złotą imitacją śniegu. Wow. Gapię się na to przez moment z otwartymi ustami, a potem przychodzi otrzeźwienie i zastanawiam się, którędy wyjść z pokoju, bo drzewo zagradza niemal całą przestrzeń. Potem grzebiemy w ozdobach, przez kolejną godzinę, selekcjonując je starannie i wybierając tylko te złote i czerwone. Po wszystkich upiększających zabiegach, choinka wygląda naprawdę imponująco. Potem siedzimy razem na kanapie i gapimi się na drzewko, które zasłania drzwi, telewizor i prawie wyłazi za okno. A mimo to jest pięknie. Wydaje mi się, że kiedy patrzę na tę choinkę, to jestem nawet pod jakimś względem szczęśliwszy. Za oknem wirują płatki śniegu, a tutaj jest ciepło, miło i przytulnie. Spokojnie. To najważniejsze.
- Jak się czujesz? – Pytam nieśmiało.
- Dobrze. A jak mam się czuć?
- Nic nie stwierdzili?
- Nie. Wszystko gra.
- Ze wzrokiem też?
- Tak, Vincent. – Zaczyna się robić nerwowy, więc przestaję wypytywać. Nic nie poradzę na to, że się przejmuję. Jak niby mam tego nie robić? To byłoby okrutne. Musimy troszczyć się o ludzi, na których nam należy. A mi na nim bardzo zależy. Chyba nigdy na nikim mi tak nie zależało…
- Chcesz w święta zobaczyć się z przyjaciółmi? – Pyta.
- Nie. Odbdzwonię ich tylko. Mają własne życie. – Odpowiadam. Clive spogląda na mnie, jak w święty obraz, bo chyba uznał, że mnie olśniło i nagle przewartościuję swoje życie. Nie komentuję tego w żaden sposób, tylko wstaję i leżąc niemal płasko na ścianie, przepycham się obok choinki, postanawiając z zaskoczenia odwiedzić Iana.

****

Nie natrafiam na nic szczególnego. Ian siedzi i grzebie się w dokumentach, a Amy układa klocki.
- Hej, nie przygotowujecie się do świąt? – Pytam, bo jest tu dziwnie pusto, chłodno i ponuro.
- Zapraszał cię ktoś?
- Chciałem zobaczyć, jak sobie radzicie, we dwójkę. – Odpowiadam, a Ian wzrusza ramionami.
- Dobrze. Święta spędzamy u mojej matki.
- Nie ubieracie nawet choinki?
- Nie. – Odpowiada, wkładając papiery do tekturowej teczki. Nic nie rozumiem.
- Przecież dzieci uwielbiają to robić. To największa frajda w czasie świąt!
- Nie będzie żadnej choinki. To niebezpieczne. Lampki są na prąd, bombki mogą się potłuc i zranić, a w ogóle całe to drzewo może się przewrócić i zabić. – Oświadcza. On tak serio?
- Dlaczego dzwoniłeś? – Pytam.
- Tak, chciałem pogadać… – Przekłada jakieś faktury.
- Masz jakiś problem? – Drążę, siadając obok. Odsuwa się odruchowo.
- Nie.
- Widziałem ciebie i Adriena. W sklepie.
- I co z tego?
- Nic. Tak… Tylko… – Mamroczę. Ian jest nieprzenikniony. Nic z niego nie wyciągnę. Znowu będę musiał sam to wszystko rozwikłać i pewnie po drodze wszystko popieprzę.
- Na pewno wszystko gra? – Upewniam się, patrząc mu w oczy. Potwierdza skinieniem. Nie wiem, jak to pociągnąć. Mogłem tu jednak nie przyłazić. Nie wiem, na co liczyłem.
- Dobra. To… Wesołych świąt. – Rzucam, wstając z miejsca. Jest tu jakoś dziwnie smutno, ponuro, wcale nie świątecznie. Idę potem jeszcze do parku i wracam do domu, gdzie Clive siedzi za choinką i czyta coś o neurologii. Postanawiam uprzejmie nie przeszkadzać, więc zamykam się w sypialni i układam pytania na sprawdzian, wpatrując się w śnieg padający za oknem i zastanawiając się, jak ja przeżyję to spotkanie z całą, nie wiadomo jak wielką, rodziną Clive’a.

****

Sandra oświadcza, że na uroczystej kolacji mamy pojawić się wszyscy razem. Wszyscy, czyli Clive, ona i ja. Przyjeżdża więc po nas wieczorem, ubrana w śliczną, czerwoną, tak bardzo świąteczną sukienkę. Mnóstwo z tym wszystkim jest zamieszania. Nie umiem zawiązać prosto krawata, a na dodatek nie wiem, czy zdołam jeszcze zjeść cokolwiek po pożarciu tony tych dziwactw, które wymyślił Clive.
-Dałeś mu prezent? Miałeś to zrobić przed wyjazdem. – Sandra patrzy na Clive’a zdenerwowanym wzrokiem starszej siostry. Szarpię się z krawatem.
- Właśnie. Powinienem już teraz dać ci mój prezent, nie chcę robić zbędnego zamieszania na rodzinnej kolacji u rodziców. Będzie tam kilkadziesiąt osób, mogliby zwariować. – Wyjaśnia. Czyli co to będzie? Rzeźba z czekolady? Żywy kucyk? Własna wyspa? Czekam cierpliwie, aż Clive przynosi z sypialni ofoliowany… Garnitur.
- Aha… Garnitur. Ładny, dzięki. Tylko, że ja nie chodzę na codzień w garniturze, w kościele nie bywam… – Mamroczę, oglądając materiał z każdej strony. Sandra uśmiecha się szeroko.
- To na ślub.
- Czyj ślub?
- Wasz ślub. – Oświadcza Sandra.
- Ale przecież nie mamy jeszcze terminu, ani nic.. Więc, po co? Po co już?- Pytam. Robię się podejrzliwy, bo oboje są dziwnie podekscytowani. Knują coś!
- Mamy. – Odpowiada Clive.
- Kto ma?
- My. – Uśmiecha się, a Sandy wchodzi mu w słowo i oświadcza piskliwie:
- Ślub za tydzień, w drugim dniu nowego roku!
- Jak to? – Moje oczy przybierają rozmiar latających spodków. Ślub?! Nasz?!
- Wszystko jest zaplanowane.
- Beze mnie? – Wskazuję na siebie palcem, bo nie wierzę w to, co się dzieje. Oni zorganizowali wszystko za moimi plecami? A teraz się powinienem wzruszyć i ucieszyć i powiedzieć, że to takie romantyczne i miłe, że nie musiałem się trudzić, a zamiast tego jestem przerażony i mam ogromny żal. Jak oni mogli to zrobić? Ja się nawet mentalnie do tego nie przygotowałem!
- Zrób coś spontanicznie. Żyj chwilą! – Sandy klepie mnie po ramieniu, a we mnie się budzi instynkt zabójcy. Nigdzie nie jadę! Nie biorę żadnego ślubu! Idę stąd w cholerę!
- A moi znajomi? – Pytam. To, że Ian i Adrien wzięli ślub spontanicznie i bez zastanowienia nie znaczy, że ja też tak chcę!
- Zaprosiliśmy wszystkich.
- Czyli wszyscy już wiedzą? Twoja rodzina…
- Tak.
- I zadeklarowali przyjście?
- Tak.
- Jeny.- Jęczę. W ogóle jeszcze, ani przez moment nie myślałem o tym ślubie. A teraz nagle wrzucili mnie w sam jego środek. Czuję się oszukany. Jakby mi zabrali kawałek życia, prawo wyboru.

****

Nie udało mi się uciec. Chyba brakuje mi odwagi. Kiedy zatrzymujemy się na podjeździe domu rodziców Clive’a i Sandry, zapiera mi dech w piersiach. Pierwszy raz byłem tutaj właśnie zimą i już wtedy było jak w bajce. Teraz jednak na dodatek cały dom jest obwieszony niemal girlandami świecidełek, w oknach stoją świecie, z komina unosi się dym. Rodzinne, amerykańskie święta na całego! Idę za nimi po pięknie odśnieżonym podjeździe, ściskając w objęciach prezenty dla ludzi, których w ogóle nie znam. Tak sobie myślę, że dobrze, że Clive dał mi ten garnitur w domu, gdyby sprezentował mi go przy tych wszystkich, dalekich i bliskich krewnych, to bym zwariował. Drzwi otwiera nam mama Clive’a, wyglądając równie ślicznie i bajkowo, co cała ta posiadłość. Gdzieś gra pozytywka, stół nakryty jest burgundowym obrusem, wszędzie jest pełno eleganckich, uśmiechniętych ludzi. Jakbym trafił na plan reklamy, albo „Dynastii”. Zasiadamy wszyscy obok siebie, nikt w zasadzie nie zwraca na nas uwagi. Na stół wjeżdża pieczony indyk z farszem, sos borówkowy, zapiekanka z fasoli, pieczone ziemniaki. Wszyscy jedzą, a potem śpiewają chóralnie kolędy, bujając się z lewa na prawo i fałszując w niebogłosy. Staram się wczuć w atmosferę i nie myśleć o tym, że mam za tydzień wziąć ślub, z którym nie mam w zasadzie nic wspólnego. Clive coś jeszcze o tym mówi, niby oficjalnie, ściągając mnie za sobą z krzesła, ale nie słucham, pogrążony w rozmyślaniach, a na dodatek i tak w połowie zagłusza go pozytywka. Matka Clive’a mnie przytula, jakaś babcia nie wie, o co chodzi, dziwny, niski, łyski facet klepie mnie po ramieniu. Znowu się czuję jak zwierzątko w zoo.

****

- Dlaczego uzgodniliście wszystko między sobą? Beze mnie? Przecież wiesz, że nie lubię niespodzianek. – Mówię, kiedy leżę obok Clive’a, w łóżku, przykryty kołdrą po czubek nosa i gapię się w sufit. Wzdycha, zamyka jakiś dziwny, medyczny magazyn.
- Wiem. Ale czy to naprawdę jest aż tak złe?
- Nie, ale…
- Więc po co drążysz?
- Czuję się okłamany i zepchnięty na margines. – Oświadczam.
- Jak nie chcesz, to można wszystko odwołać. – Proponuje. Teraz? Jak się wstępnie oswoiłem?
- Nie. Bez przesady.
- Widzisz?
- Rany, Clive.
- Daj spokój. – Szepcze.
- Gdzie to się odbędzie?
- W urzędzie.
- Wiem. A potem? I o której?
- Sandra znalazła taki śliczny, niewielki pałacyk w jakimś lesie. Wynajęła salę.
- Ile będzie osób? – Dopytuję.
- Koło czterdziestu.
- Mało. – Stwierdzam. Więcej siedziało u nich na tym przyjęciu z okazji Bożego Narodzenia. Spędziliśmy w tym wariatkowie dwa dni. Do teraz pamiętam wszystkie opowieści o bolących plecach, zębach i wysokich rachunkach…
- I wliczasz w to moich znajomych?
- Tak.
- Oni też wiedzieli, że nie mam z tym nic wspólnego?
- Nie. Zaproszenia były rozesłane w moim i twoim imieniu.
- To dlatego o nic nie pytali, bo nic nie wydawało im się dziwne… Kurde! Nienawidzę was. Ciebie i Sandry. Nastraszyliście mnie, zdenerwowaliście i…
- Obiecuję, że będzie pięknie.
- Oddam wam kasę.
- Vincent!
- Oddam. W końcu ślub się organizuje razem, a skoro ja nie organizowałem, to chociaż zwrócę część kosztów.
- Podoba ci się garnitur?
- Tak.
- Zamówiliście już tort?
- Tak. Jest zwyczajny, prosty.
- To dobrze. A muzyka? I taniec? Rany, przecież ludzie przygotowują ten taniec przez dwa miesiące przed ślubem!
- Nikt ci nie każe tańczyć samby, ani kankana. Dasz radę.
- To nie tak miało być.
- A jak? Nie napomknąłeś słowem o tym ślubie.
- Myślałem, że poczekamy.
- Mogłeś zapytać.
- Skąd miałem wiedzieć, że kombinujecie coś za moimi plecami?
- Nie kombinowaliśmy. Po prostu zdjęliśmy z ciebie ciężar organizacji. Przecież ty byś oszalał.
- Wykluczenie jednostki, dla jej dobra. Zabawne.
- Przestań!
- Dobra. Niech wam będzie. I tak tego nie odkręcę.
- Chcesz się wycofać?
- Nie. Ale i tak was nienawidzę.

Opublikowano Bez kategorii | 4 komentarzy

Rozdział czterdziesty czwarty – Czas mija, później nie trzeba w ogóle cierpieć. *

ADNOTACJA OD AUTORKI:

Jak to śpiewał wczoraj Dawid na koncercie: „Proszę, dowiedz się, czemu jest mi tutaj aż tak źle!” – jakoś mi się kojarzy z moim głównym bohaterem. ;)
Gardło mnie boli, od fałszowania razem z resztą publiki….
Pisałam ten rozdział etapami. Najpierw byłam w nastroju bardzo złym, a teraz jestem w zajebistym, więc odczucia też mogą być mieszane.

Gif – Louis Garrel-Adrien/Adrien-Louis Garrel. (Jeśli gif się nie rusza, to go otwórzcie w drugiej karcie, a potem kopnijcie ode mnie w dupę).

___________________________________________________

tumblr_nyunmlN6Fp1rsoylno1_400

Bez ciebie fale zmieniają bieg, chłopcy biegają, oceany się roztrzaskują… *

Płaczę przez niemal półtorej godziny. Sam nie wiem, dlaczego. Chyba próbuję jakoś wyrzucić z siebie wszystkie emocje. Moja chora psychika podsuwa mi pomysły wszystkich najokrutniejszych, najbardziej bolesnych i nieuchronnie śmiertelnych chorób, na które mógł zapaść Clive. Czepiam się jednego objawu i drążę, żłobiąc bruzdę we własnym sercu i umyśle, kiedy wpadnę już na pomysł okrutnej, morderczej choroby i ryczę jeszcze bardziej, z żalu i ze strachu. Sandra przyjeżdża rano, kiedy szykuję się do pracy. Próbuje mnie rozweselić wszelkimi możliwymi sposobami, wpycha mi na siłę do torby muffinkę, a potem oświadcza, że wróci tu, jak tylko skończę zajęcia. Nie chcę. Chcę być sam. Potem przez niemal półgodziny wychodzę i wracam co chwila do pokoju nauczycielskiego, zastanawiając się, czy powinienem pójść do dyrektorki i powiedzieć, że jednak nie pojadę z uczniami na tę wycieczkę. Zawsze obawiam się niestety tego, że rozczaruję zarówno ją, jak i dzieciaki, więc w końcu nie podchodzę nawet do drzwi jej gabinetu. Poczucie odpowiedzialności i niechęć ranienia innych są silniejsze. Ale co zrobi Clive? Nie zostawię go tutaj samego… Cholera. Popadnę niedługo w zupełną paranoję.

****

Do domu wracam późnym wieczorem. Dyrektorka powiedziała mi, że chęć wyjazdu zgłosiło tylko piętnaście osób i raczej ich ilość nie podwoi się do piątku, więc cała ta wycieczka nie jest możliwa. Mam nadzieję, że nie dostrzegła, jak ogromna ulga odmalowała się na mojej twarzy. Sama była wyraźnie zawiedziona. Wiem, że zależy jej na tej młodzieży. Tylko, że dzieciaki jak zwykle ją olały. Przed dwudziestą pierwszą przychodzi sms od Clive’a, bo Sandra wczoraj zawiozła mu tam telefon i wszystko inne, co jej podpowiedziała intuicja. Troszczy się i o niego i o mnie. Uważam, że to cudowne. Clive w wiadomości pyta, jak się trzymam. Uśmiecham się sam do siebie. To urocze. Przecież ja powinienem pytać o to jego. Nie powinienem dzwonić, zwłaszcza o tej godzinie, więc odpowiadam, że wszystko w porządku i zapewniam, że go kocham. Siedzę potem sam w pościeli, próbują przeczytać kolejny rozdział z podręcznika i starając się nie myśleć o wszystkich, najgorszych chorobach, jakie zna świat. Zasypiam grubo po północy, z książką w dłoni, a potem śnią mi się wszystkie, okropne rzeczy, o których myślałem w ciągu dnia. Co rusz przewija się przez to przerażone spojrzenie Clive’a w momencie, gdy odzyskał przytomność, jakby wrócił z innej rzeczywistości i nie miał pojęcia gdzie jest.

****

W czwartek po południu zjawia się u mnie Ian i pyta, czy posiedzę z Amy. Zgadzam się, chociaż w zasadzie nie mam na to sił, ani ochoty. Amy jest jednak tak urocza i dziecinnie niewinna, że pozwala mi choć przez chwilę nie myśleć o tym wszystkim, co mnie trapi. Układam z nią klocki i chwalę ją za to, co osiągnęła w przedszkolu. Chciałbym też wrócić do tego okresu, gdy nie martwiłem się w zasadzie niczym. Bo nie miałem czym… A teraz jest okropnie i przerażająco. Ian zabiera Amy po siedemnastej, a ja próbuję rozłożyć w terminarzu terminy sprawdzianów, które będę musiał zrobić po świętach. I wtedy napotykam na numer do tego całego Andrew. Wpatruję się w niego przez dłuższą chwilę. Może faktycznie warto by było zadzwonić? Albo lepiej nie, bo będę się denerować jeszcze bardziej… Trudno, niech będzie. Zaryzykuję. Wybieram numer, nie oddycham, czekając aż odbierze.
- Halo? – Odzywa się. Wypuszczam głośno powietrze, pocieram czoło otwartą dłonią. Co mam powiedzieć?
- Witam. Mój znajomy podał mi ten numer, mówił, że projektuje pan odzież. Zgadza się? – Pytam. Mówię to, co mi przychodzi do głowy, w sumie nawet nie zastanawiając się nad konsekwencjami. Nie mam pojęcia, czy on tworzy komercyjnie. Dostanę zaraz ataku serca…
- Zgadza się. – Mówi ze spokojem, a ja uśmiecham się sam do siebie.
- Dobrze. Mógłbym się z panem spotkać? – Pytam, bo boję się, że zapyta z jaką sprawą dzwonię, a na spotkanie mogę po prostu nie przyjść. Ale facet projektuje ubrania. Wyszło na moje. Clive mnie nie oszukiwał!
- Oczywiście, ale najbliższy termin mam dopiero po świętach.
- To ja jeszcze zadzwonię! – Wchodzę mu w słowo. Po drugiej stronie coś zgrzyta.
- Nie, mogę pana zapisać. Jak się pan nazywa? – Andrew jest tak cholernie uprzejmy, że mam go ochotę odnaleźć i zabić. Może byłoby lepiej, gdyby okazał się kompletnym chamem, bez duszy i sumienia? A teraz nawet nie mam pretekstu, żeby go nie znosić. Milczę przez chwilę, próbuję sobie przypomnieć, o co pytał.
- Zadzwonię jeszcze. – Powtarzam, a potem, zanim ma czas, by się odezwać dziękuję i się rozłączam. Zrobiłem z siebie kompletnego idiotę, w dodatku przed takim miłym i ogarniętym człowiekiem. Opadam z westchnieniem na kanapę. Jest dobrze. Będzie dobrze. Wiem, na czym stoję.

****

Sandra znowu przyłazi późnym wieczorem, bo mówi, że nie chce, bym był sam i wmawia mi, że Clive ją o to prosił. Podejrzewam, że przychodzi tutaj, bo po prostu nie ma co robić i Clive z tym nie ma nic wspólnego, ale udaję że nic nie wiem. Siedzę potem obok niej na kanapie, oglądając jakiś program muzyczny, który ona podobno uwielbia i jedząc przyniesione przez nią lody. Dostanę od tego zapalenia płuc. Mózg mi zamarznie.
- Ludzie tego słuchają w tych czasach? – Pytam z przerażeniem, wpatrując się w wijącą się na ekranie blondynkę i dziwnego Afroamerykanina, potrząsającego łbem w rytm jakiegoś dubstepu.
- A w naszych czasach to się słuchało kazań Jezusa, na żywo. – Odpowiada Sandra. Kurde, dlaczego ona ze mnie drwi? I dlaczego w ogóle tu siedzi? Odstawiam kubełek z lodami, oblizuję łyżeczkę, zbieram się na odwagę.
- Dzwoniłem do Andrew. – Mówię. Sandra patrzy na mnie z przerażeniem, przełyka szybko, ociera usta wierzchem dłoni i wyłącza telewizor.
- Jesteś ciulem! – Oświadcza. O! Dobrze wiedzieć.
- Ale dlaczego mnie atakujesz?
- Po cholerę ty to drążysz? Aż tak bardzo nie ufasz mojemu bratu?
- Nie chodzi o zaufanie. – Mówię, staram się być spokojny, żeby przekazać jej pozytywne wibracje, czy coś.
- To po co tam dzwoniłeś?
- Chciałem się tylko upewnić. – Zaczynam się jej pomału bać.
- I upewniłeś się?
- Tak. Wiem, że nic nie kombinują. Raczej… Mam pewność, że Andrew faktycznie zajmuje się tworzeniem ubrań. – Mówię. Teraz sobie uświadamiam, że to i tak nie wyklucza romansu… Zwariuję. Albo Sandy mnie wcześniej zabije, bo patrzy na mnie z mordem w oczach.
- Ale obiecaj, że nigdy więcej nie zadzwonisz.
- Nie zadzwonię.
- Obiecaj. – Upiera się i sięga z powrotem po lody.
- Obiecuję. – Odpowiadam. I kto tu niby wprowadza nerwową atmosferę?

****

Clive na własne żądanie opuszcza szpital w piątek wieczorem. Odbiera go stamtąd Sandra, a ja czekam spokojnie w aucie, obserwują wirujące za oknem płatki śniegu.
- Cześć. – Uśmiecha się, wrzucając do środka torbę i siadając obok mnie, gdy jego siostra zajmuje miejsce kierowcy.
- Zajęłam się nim, bo by umarł z głodu. – Oświadcza, wskazując ruchem głowy na moje odbicie we wstecznym lusterku.
- Nie wierz jej. Ona mnie chciała zamęczyć na śmierć.
- Próbowałam ci zapewnić rozrywkę! – Podnosi głos i spogląda na mnie pzez ułamek sekundy. Nie powinienem pyskować, bo jeszcze nagada bratu, że mi odbiło i zadzwoniłem do Andrew. Oddycham głęboko.
- Dlaczego nie jesteś na wycieczce? – Pyta nagle zszokowany Clive i patrzy na mnie, jak na przybysza z kosmosu. Wzruszam ramionami.
- Odwołali.
- Powiedziałeś, że nie jedziesz?
- Nie. Odwołali! Było za mało chętnych. – Wyjaśniam.
- Jutro idziemy na zakupy.
- Jak ręka? – Pytam.
- Dobrze.
- Po co, na zakupy?
- Za tydzień są święta.
- Co wy macie wszyscy z tymi świętami? Przecież to tylko parę dni, które się w sumie niczym nie różnią, od reszty roku. – Jęczę, a Sandra i Clive oświadczają chóralnie:
- Różnią się! Armosferą!
- Muszę iść z tobą? – Spoglądam niepewnie na Clive’a, a on potwierdza skinieniem głowy. Nienawidzę tego przedświątecznego szału, kolęd puszczanych gdzie się da, nawet w publicznym kiblu i w kawiarni, choinek, lampek, elfów, zakupów, żarcia do upadłego i sprzątania po tym wszystkim. Ale trudno. Skoro nie mam wyjścia.

****

Pcham wózek z zakupami, idąc w odległości trzech metrów od Clive’a i wypatrując snajperów polujących na nas z regału z nabiałem.
- Przyśpiesz Vince, bo zamkną sklep, nim się dowleczesz. – Mówi, pędząc przed siebie, w kierunku półki z filigranowymi, szklanymi figurkami, przedstawiającymi jakieś biblijne scenki. Człapię za nim, ze spuszczoną głową, co jakiś czas zerkając na to, co się dzieje wokół, żeby nie wpaść na kogoś, albo na jakąś choinkę. Powoli podnoszę wzrok i widzę jak Adrien i Ian gadają o czymś, stojąc w dziale z mrożonkami. Ale jak to Ian i Adrien? Zatrzymuję się. Clive spogląda na mnie, rozkłada ramiona, wywraca oczami i podchodzi do wózka, wstawiając do niego z wielką ostrożnością małego, szklanego bałwanka.
- Co jest? – Pyta.
- To Ian i Adrien?
- Gdzie?
- Tam. – Wskazuję ruchem głowy.
- Chyba tak. No i? Jedziemy. – Mówi i ciągnie wózek, ciągnąc też mnie, trzymającego się wciąż drążka, przymocowanego z przodu.
- Czekaj, ale co oni tu robią?
- Zakupy?
- Ale jak? Tak razem? – Teraz już niemal biegnę, próbując za nim nadążyć, w drodze ku warzywom.
- Nie wiem. Może kupują prezent dla Amy?
- Paczkę groszku, czy mieszankę owoców?
- Vincent, możesz chociaż raz przestać? – Jęczy, wsuwając dłonie do kieszeni.
- Nurtuje mnie to.
- Dlaczego nurtuje cię życie innych ludzi?
- To nie są inni ludzie, tylko moi znajomi.
- Vincent! – Potrząsa głową, nie patrząc na mnie i odczytując skład na etykiecie puszki z jakimiś kandyzowanymi owocami. Opieram się zrezygnowany o wózek i postanawiam sam sobie pokombinować. Jakoś nie chce mi się wierzyć w to, że Ian i Adrien nagle zawarli komitywę… Musiałoby się stać chyba coś strasznego. Ian nigdy by na to nie pozwolił. A raczej nie pozwoliłby mu honor i duma.
- Błagam cię, rusz się. – Prosi Clive, a ja bez zbędnych protestów pcham dalej ten wózek, pogrążony w rozmyślaniach i spoglądając na zakupy zastanawiam się przy okazji, kto to wszystko zje.

* Cytaty z przeee(….)eeegenialnego filmu „Rent”.  Musicalu w zasadzie. :)

 

Opublikowano Bez kategorii | 8 komentarzy

Rozdział czterdziesty trzeci – Ogromny lęk

Uwaga! Eksperyment społeczny.

Test pod tytułem „W którym miejscu się zgubiłeś?”, dedykowany wszystkim osobom, które twierdzą, że się przypierdalam, zwracając uwagę na to, że w 42039586568457 zdań brakuje 173659398 przecinków:

Rano obudziłem się wyjątkowo szczęśliwy na myśl o nadchodzącym pełnym radości i uśmiechu dniu który będzie długi dający nadzieję oraz pozwalający na odkrywanie nowych zdolności sposobów doskonalenia siebie oraz na poznawanie nowych niezwykle interesujących osób które może pewnego dnia zagoszczą w moim życiu na dłużej wnosząc do niego świetlisty promyk za sprawą którego każda mijająca chwila będzie jak największy najpiękniejszy z istniejących skarbów a niewyobrażalnie piękne uczucia rozświetlą moją egzystencję pozwalając mi w pełni być sobą oraz sprawiając że zapomnę o wszystkim co kiedykolwiek w jakiejkolwiek najmniejszej chwili mojego życia unieszczęśliwiało mnie nie pozwalało rozwinąć skrzydeł bądź spychało mnie nieuchronnie na kres wszechświata z którego miałem upaść by już nigdy nie powrócić zatracając się w czarnej bezkresnej pustce.

Koniec ogłoszenia parafialnego! (Za ewentualne uszczerbki na zdrowiu psychicznym (Po przeczytaniu tego „zdania” bez przecinków) nie odpowiadam)

 

ADNOTACJA OD AUTORKI:

Idea dodawania gifów, które mają mnie w dupie i się nie ruszają, więc trzeba osobno otwierać je w drugiej karcie, strasznie mi się spodobała. :p

Wpis dedykowany Kuno. ;) Pojawia się wreszcie ten twój uproszony Mark. Ba! Nawet gif go przedstawia (Stanęłam na głowie, żeby znaleźć gif, na którym nie odbiera nagrody, ani nie jest hitlerowcem/Ludwikiem Szalonym. :)).
(Mark – Sabin Tambrea/ Sabin Tambrea – Mark).
Nie przedłużając bez sensu, zapraszam serdecznie do czytania. :)

__________________________________________________

300full-sabin-tambrea

- Jestem! – Woła Clive od drzwi, kiedy wraca z rehabilitacji, a ja próbuję się uspokoić. Z tego całego Andrew też nie udało mi się nic wyciągnąć. Zmieszał się, zaczął się jąkać, a potem przerwał połączenie.
- Powiedz mi w końcu, kim jest Andrew. – Proszę, kiedy wchodzi do pokoju. Patrzy na mnie, jak na idiotę.
- Znowu grzebałeś mi w komórce. – Mówi z niedowierzaniem. Wzruszam lekko ramionami.
- Telefon zadzwonił…
- Nie prosiłem cię, żebyś odbierał. On miał tutaj sobie leżeć i czekać na mój powrót. – Oświadcza. O! Coś mu nie pasuje… Gdyby był taki niewinny, to by nie reagował nerwowo. Zwariuję zaraz kompletnie.
- On mówił coś, o jakimś projekcie. Co wy razem robicie?
- Nie konstruujemy bomby, nie martw się. – Kręci głową. O czym on gada?
- Nie żartuj sobie ze mnie w tej chwili! – Wstaję. Tak bardzo chcę znać prawdę, a on usilnie ją ukrywa.
- O co ci znowu chodzi, Vincent? Dlaczego się tym przejmujesz, skoro nie ma po co? I ty mi niby ufasz?
- Dlaczego nie jesteś ze mną szczery? – Odpowiadam pytaniem na pytanie.
- Jestem.
- Więc powiedz mi, kim jest Andrew. – Moje pragnienie odkrycia prawdy jest tak wielkie, że nie spocznę, dopóki się nie dowiem.
- Człowiekiem.
- Bardzo śmieszne!
- Jeny, dlaczego ty jesteś taki konfliktowy, Vincent?
- Dlaczego nie możesz być ze mną szczery? – Powtarzam i patrzę w jego błękitne oczy. Wyciąga rękę, ale nie pozwalam mu się dotknąć. Marszczy brwi. Irytuję go.
- Powiedz, o jaki projekt chodzi. – Ponaglam.
- Odzieży. – Rzuca. Że co? Jestem zbity z tropu.
- Odzieży? – Odsuwam się o krok.
- Tak. Andrew projektuje ubrania. – Wyjaśnia. I po co on to w takim razie przede mną ukrywał? Za tym musi być coś więcej…
- I?
- I nic. Nic mnie z nim nie łączy. – Dotyka mojego ramienia. Kulę się. Przecież może kryć się za tym jakaś głębsza relacja. A ten projekt ma ostudzić moją czujność. Gubię się i boję.
- Więc co projektujecie? – Krzyżuję ramiona. Clive wywraca oczami i z westchnieniem opada na kanapę.
- To miała być niespodzianka. – Szepcze.
- Niespodzianka?
- Świąteczna. – Dodaje. Prawie się rozczulam, chociaż to nadal nie trzyma się kupy i brzmi podejrzanie. Chcę, żeby to było takie proste. Ufam mu, przynajmniej próbuję. No i go kocham. Próbuję się uspokoić, wrócić do tego, co jest teraz. Dopiero po dłuższej chwili patrzę na niego. Tkwi w dziwnej, nienaturalnej pozycji i po paru sekundach zauważam, że utracił przytomność. Ale dlaczego? Tak nagle? Staram się nie panikować, próbuję nawiązać z nim kontakt. Nie reaguje, ale oddycha. Nie wiem, czy powinienem po prostu czekać, więc dla pewności dzwonię po karetkę. Postępuję zgodnie ze wskazówkami dyspozytorki, a potem siedzę przy nim, drżąc ze strachu. Kiedy odzyskuje przytomność, próbuję być spokojny. Jest mi go tak okropnie żal i bardzo się boję.
- Kochanie, zemdlałeś, ale wszystko jest już dobrze. Patrz na mnie. – Głaszczę go po policzku. Wygląda teraz tak dziwnie, obco i mam wrażenie, źe mnie nie rozpoznaje. Kiedy wpuszczam do mieszkania sanitariuszy, cały czas obserwuję go kątem oka. Patrzę, jak coś do niego mówią, przyglądają mu się pod każdym możliwym kątem, a potem go zabierają. Po prostu. I znów zostaję sam, notując pospiesznie na kartce nazwę szpitala, do którego trafił. Dzwonię do Sandry, obiecuje, że przyjedzie. Sam nie mogę uwierzyć w to, że jeszcze przed paronastoma minutami miałem do niego pretensje, nie wiedziałem, czy mu wierzyć, a teraz oddałbym dosłownie wszystko, żeby nic mu nie było. Wszystko dzieje się tak przerażająco szybko. Tkwię bez ruchu, dopóki nie przyjeżdża Sandy, a potem siedzę koło niej i opowiadam jej o wszystkim, co się wydarzyło. Mówi, że powinienem uwierzyć w zapewnienia Clive’a, bo on nigdy nie byłby w stanie mnie okłamać. Nie wiem, dlaczego tak twierdzi, ale teraz nie mam sił, by o tym myśleć.

****

- Wolno mi w ogóle tutaj być? To mieszkanie Clive’a. – Mamrocze niepewnie Mark, kiedy otwieram przed nim drzwi. Musiałem tu kogoś ściągnąć, żeby się wygadać, bo Sandra mi nie wystarczy, a na dodatek ona zawsze sądzi, że wie lepiej. Odwiesza długi, granatowy płaszcz i patrzy jeszcze na mnie niepewnie.
- Wejdź. – Proszę, więc drepcze przede mną, w kierunku salonu i nieśmiało siada na brzegu kanapy.
- Napijesz się czegoś? – Proponuję. Jestem zmęczony, nie przespałem prawie całej nocy, w szkole dzieciaki właziły mi na głowę, nie ma tutaj Clive’a, a w piątek muszę z nimi jechać na tę cholerną wycieczkę.
- Tak. Ale mogę ci pomóc, jeśli trzeba. – Mark pośpiesznie wstaje z miejsca i idzie za mną do kuchni. Chyba się o mnie martwi. To miłe. Od wczoraj nie mam żadnych wieści na temat Clive’a. Sandra ma przyjechać dopiero jutro po południu i zabierze mnie tam ze sobą. Gdybym pojechał sam, niczego bym się nie dowiedział, bo nie jestem rodziną… A co jeśli on tam teraz leży przerażony i zagubiony, a mnie po prostu obok nie ma?
- Daj. – Mark odbiera ode mnie czajnik, bo trzymam go w ręku i stoję w miejscu, zamyślony. Siadam na krześle i tylko obserwuję swojego przyjaciela. Fajnie jest wiedzieć, że komuś jednak zależy na tym, żebyś nie oszalał, albo nie spalił całego budynku. Wędruje potem za mną z powrotem do salonu, niosąc dwa kubki z herbatą.
- Zacznijmy od tego, czy planujesz jeszcze jakąś aferę z związku z tą jego znajomością. – Mówi Mark. Nie wiem. Chyba nie. Teraz to już nie wydaje mi się tak istotne. Kręcę więc głową.
- Ok. To teraz mi powiedz, co się właściwie stało.
- Nie wiem. I to jest najgorsze. Clive stracił przytomność, zabrało go pogotowie. – Wzruszam ramionami, przeczesuję ręką włosy. Jestem tym wszystkim przeraźliwie wykończony. Mark patrzy na mnie ze smutkiem w oczach.
- Wszystko się ułoży. – Mówi, chociaż wie, że to i tak nijak nie pociesza. Jestem w zupełnie beznadziejnej sytuacji.
- Mam nadzieję. – Szepczę i obejmuję dłońmi kubek. Wiem, jak trudne jest pocieszanie. Sam nie jestem w tym dobry.
- A co u ciebie? – Pytam, by przerwać ciszę. Mark wpatruje się we mnie niepewnie, jakby nie wiedział, czy wolno mu teraz mówić o sobie.
- W porządku.
- Zeke dostał za swoje? – Uśmiecham się słabo, a Mark tylko kiwa głową. Mogłem go tu jednak nie przywlekać. Teraz go tylko bezsensownie przygnębię.
- Jeśli masz coś lepszego do roboty… – Zaczynam.
- Nie. Podotrzymuję ci towarzystwa. Wiem, że w takich chwilach siedzenie całkiem samemu jest bez sensu. – Odpowiada i upija łyk herbaty. Podoba mi się to, że mnie rozumie.
- Chcesz gdzieś wyjść? – Proponuje.
- Nie. Dzięki.
- Wiem, że wszystko będzie dobrze. To było pewnie tylko omdlenie. Od tego się nie umiera. – Zapewnia. Wiem, ale nic nie poradzę, że się boję i wymyślam wszystkie najgorsze, możliwe choroby. Nie lubię takiego ciężkiego, drażniącego milczenia. Podciągam kolana pod brodę i mówię mu o piątkowej wycieczce. Nie wiem, na jak długo Clive zostanie w szpitalu. Nie mam pojęcia, czy nie powinienem być przy nim.

****

Sandra zjawia się jeszcze tego samego wieczora, zamiast kolejnego dnia, jak się umawialiśmy. Chyba boi się, że zrobię coś bardzo głupiego, czego potem nawet nie będę mógł żałować, bo trupy nie odczuwają żalu.
- Co ty tu robisz? – Pytam.
- Jestem. – Odpowiada i wpycha mnie w głąb mieszkania.
- Mam obiad, mam ciasto z cukierni i mam dwa bilety do kina. – Mówi, uśmiechając się szeroko i wciskając mi papierową torbę. Nie chcę. Nie ruszę się stąd, dopóki nie będę mieć wszystkiego poukładanego w głowie. Jak ona może być taka spokojna i roześmiana, skoro nie wiadomo, jak się czuje Clive?
- Nie martwisz się w ogóle? – Pytam, bo mnie to nurtuje. Idę za nią, zamykając uprzednio drzwi.
- Martwię się, ale co mogę zrobić? Mam płakać, kiwać się na boki i rozmyślać, co będzie? Wolę myśleć pozytywnie i skupić się na jasnych stronach. No i pamiętam, że nie ma po co martwić się na zapas. – Wyjaśnia i wyjmuje z torby styropianowe pudełka z kupnym jedzeniem.
- Siadaj. – Rozkazuje, więc posłusznie lokuję się na kuchennym krześle. Chyba sam na siłę odpycham od siebie myśl, że naprawdę potrzebuję ludzi. Z jednej strony bardzo chcę być sam i czuję się winny, przekładając na innych swoje problemy, a równocześnie wizja siedzenia tutaj bez nikogo mnie przeraża. To wszystko jest pokręcone.
- Jedz. – Podsuwa mi pod nos talerz z jakąś dziwną, chińską papką wysypaną z tego pudełka i na kilometr pachnącą curry. Robi mi się niedobrze, odsuwam od siebie nakrycie.
- Co z tobą?
- Nic. Nie jestem głodny.
- Uspokój się, proszę. – Sandra przesuwa krzesło i siada naprzeciw mnie.
- Spałeś w ogóle tej nocy? – Pyta.
- Przestań.
- Nie możesz się tak zachowywać! Nie możesz sam siebie pogrążać. – Idzie za mną, kiedy wychodzę z kuchni.
- Clive też ciągle to powtarza, ale wiecie co? To nic nie daje. – Rozkładam bezradnie ramiona i siadam na kanapie. Już chyba wszystko mi jedno. Sandra też nie wie, co ma ze mną zrobić, więc podchodzi i mnie przytula, choć wcale tego nie chcę i wcale mi to nie pomaga. Ale chyba pomaga jej, więc tkwię bez ruchu i pozwalam się obejmować. Pachnie pomarańczą, a jej drobne dłonie głaszczą mnie uspokajająco po plecach.
- Wszystko będzie dobrze. – Mówi. Od wczoraj słyszałem to już tak wiele razy.

****

Sandra przychodzi po raz kolejny następnego dnia, gdy wracam ze szkoły, zgodnie z planem. Teraz, kiedy wiem, że mam szansę na zobaczenie Clive’a i ustalenie, co mu jest, jestem jeszcze bardziej przerażony. A co, jeśli to coś okropnego? I nieuleczalnego? Wsiadam do samochodu Sandy i milczę przez niemal całą drogę, wpatrując się w mijane budynki i osoby, próbując sobie nakazać, żeby nie płakać, gdy zobaczę Clive’a.
- Ty, to jest Prior? – Pytam, wpatrując się od jakiejś chwili w jasnowłosą dziewczynę, idącą chodnikiem. Sandy przez ułamek sekudny zerka w tamtym kierunku, a potem wywraca oczami.
- Nie wiem, nie znam twoich znajomych. Zgłupiałeś do reszty?
- Stój. Zatrzymaj się, wysiadam. – Rozkazuję, a Sandra hamuje gwałtownie przy krawężniku. Prior spokojnie idzie w stronę przystanku, trzymając dłonie w kieszeniach kurtki. Idę za nią szybkim krokiem. Wolę nie wołać, bo wydaje mi się, że ją spłoszę. Ogląda się za siebie, dostrzega mnie i najzwyczajniej w świecie zaczyna uciekać, żeby po chwili wywrócić się spektakularnie, na oblodzonym chodniku. Sandra siedzi zgarbiona za kierownicą i gapi się na to wszystko, z otwartymi ustami. Podbiegam do Prior, pomagam jej się podnieść. Próbuje się wyrwać. Co jej znowu odbiło?
- Zostaw mnie. – Warczy, wymachując rękami na wszystkie strony.
- Hej, Prior. Co jest z tobą? Gdzie jest Michael?
- Nie wiem. Wszyscy mnie o to pytają. Matka, policja. Nie wiem, po prostu. – Odpowiada i próbuje mnie odepchnąć.
- Co się z tobą dzieje? Co się stało tamtego dnia? Co się stało wcześniej? Gdzie cię znaleźli? – Zasypuję ją pytaniami. Przechodzący obok facet, wyprowadzający na spacer psa, potrąca mnie ramieniem, ale nie zwracam na to uwagi. Prior przygląda mi się przez chwilę, a potem pyta:
- Miałeś kiedyś tak, że wydawało ci się, że twoje życie jest kompletnie pojebane, a ty nie wiesz, co masz z nim zrobić?
- Tak.
- Tak? I tak nie wiesz, co ja teraz czuję…
- Wiem.
- Skąd?
- Wiem, po prostu. – Wzruszam ramionami. Zaczyna pruszyć śnieg. Prior rozciera obite lewe kolano.
- Idź do domu, do mamy. Pomagajcie sobie nawzajem. Razem znajdziecie małego. – Mówię. Prior chyba mi nie wierzy, a mi tak bardzo zależy, żeby się nie stoczyła… Prostuje się, pociąga nosem, spogląda w niebo.
- Moje życie jest do dupy. A za niewiele ponad tydzień są jeszcze te cholerne święta. – Mamrocze. Wiem. Mnie to też przeraża. Powinienem teraz siedzieć w domu i ogarniać jadłospis, albo kupować prezent dla Clive’a, a nie łazić po szpitalach. Moje życie też jest popieprzone. Przynajmniej w tej chwili. Sandra trąbi, ale macham na nią ręką.
- Pogadasz z mamą?
- Gadałam.
- I?
- Co? – Unosi brwi.
- Doszłyście do porozumienia? – Precyzuję pytanie, a Prior wzrusza ramionami i wbija wzrok w chodnik.
- Pójdę już, bo autobus mi ucieknie. – Mówi.
- Zadzwoń jeszcze, dobrze? Chcę wiedzieć, czy wszystko u ciebie gra. – Mówię, kiedy odchodzi, a ona tylko kiwa głową Jest smutna i rozgoryczona. Nie dziwię się jej. Nie wiem, co ja bym zrobił w tej sytuacji. W dodatku Prior jest bardzo młoda. W zasadzie sama jest jeszcze dzieckiem. Patrzę przez moment, jak odchodzi i znika za zakrętem, a potem wracam do auta.
- I co? – Pyta Sandra, kiedy zapinam pas bezpieczeństwa. Sam nie wiem. Niczego się od niej nie dowiedziałem.
- Nic takiego. Jedźmy.

****

Pierwszą do sali, w której leży Clive, wysyłam Sandrę. Boję się, że się rozkleję. Chcę, żeby zobaczyła się z nim jako pierwsza, żeby przetarła szlak. Wraca uśmiechnięta, po upływie kwadransa.
- Wszystko jest dobrze. – Informuje mnie.
- Rozmawiałaś z lekarzem?
- Tak. Będą go jeszcze badać.
- Czyli nic nie wiedzą?
- Leć. – Prosi i siada na plastikowym, szpitalnym krześle. Tak wiele razy w ciągu tego roku odwiedziłem szpitale, a i tak nie umiem się przyzwyczaić do ich dziwacznej, trochę przerażającej atmosfery. Wchodzę do sali z numerem piętnaście, zamykam za sobą drzwi.
- Cześć, jak się czujesz? – Pytam, spoglądając na mojego, biednego, bezbronnego Clive’a.
- Dobrze. Chcą mnie tu trzymać do końca tygodnia. – Mówi. Przyglądam mu się uważnie, ale wygląda w sumie normalnie.
- Stwierdzili coś?
- Nie. To pewnie kwestia jakiegoś osłabienia, może stresu… Nie przejmuj się mną. – Prosi. Jak mam się nie przejmować?
- Przepraszam za wszystko. Mam wrażenie, że to moja wina, bo cię zdenerwowałem. – Mówię, a Clive zamyka oczy i powoli kręci głową.
- Przestań. – Szepcze. Klękam obok łóżka, patrzę mu w oczy.
- Już nigdy o nic cię nie oskarżę. – Obiecuję, bo wydaje mi się, że powinienem. Muszę w końcu coś zadeklarować. Zrobić coś z samym sobą i swoim życiem.
- Nie pojadę na tę wycieczkę. – Mówię.
- Jedź, skarbie.
- Nie. Muszę być tutaj, przy tobie. Nie opuszczę cię teraz. Będę tylko ciągle myślał o tym, co może ci się stać, kiedy mnie nie ma…
- Panikujesz na wyrost. Jedź. – Dotyka mojej dłoni. Potrząsam głową. Wiem, że coś by się stało, gdybym wziął udział w tym wyjeździe, będąc w tak okropnej kondycji psychicznej. Poinformuję dyrekcję, że rezygnuję z wyjazdu, nawet, jeśli będą mnie mieli z tego powodu wywalić. Wszystko dla dobra Clive’a i dla dobra naszego związku.
- Decyzja podjęta. Nigdzie nie jadę. Będę tutaj czekał, aż cię wypiszą, a potem zorganizujemy razem te twoje wymarzone, przejaskrawione święta. – Uśmiecham się. Clive patrzy mi w oczy. Wiem, że już zawsze muszę mu ufać, bo nie mogę go stracić.
- Kocham Cię. – Szepcze. Wiem. Teraz, kiedy wiem, że mnie pamięta, że wciąż mnie kocha, że nie ma mi nic za złe i że po prostu jest, czuję się bezpieczny i spokojniejszy. Wciąż nie zrobili wszystkich badań, wciąż mogą pewnie znaleźć chorobę, o której mi się nawet nie śniło, ale teraz jestem spokojny. Musi być dobrze. Przecież Clive wygląda i zachowuje się całkiem normalnie i chyba nie czuje się źle.

 

Opublikowano Bez kategorii | 7 komentarzy

Rozdział czterdziesty drugi – Szukanie wyjaśnień

 

ADNOTACJA OD AUTORKI (Nie, nikt mnie nigdzie nie wywiózł, ani nic mi się nie zepsuło).

Dowiedziałam się ostatnimi czasy, że zdjęcia w opowiadaniu ponoć bardzo poganiają fabułę, poruszają czytelników i szalenie urozmaicają. Osobiście nigdy nie wbiło mnie w fotel, ani tym bardziej z niego nie zwaliło, wyjęte z Google zdjęcie tego, w co akurat ubrana ma być główna bohaterka, ale możliwe, że ja się nie znam… Dodaję więc gif, przedstawiający Louisa Garrela, uosabiającego tu u mnie Adriena. (Garrel był jedyną osobą, co do której miałam pewność, że podciągnę ją pod któregoś z bohaterów. Ze swoją wyjątkową mimiką (mówiąc wprost: brakiem jakiejkolwiek mimiki), osobliwym stylem pt. „Ubieram się na śmietniku” i nietypową fryzurą, od początku pisania tej historii zagościł w mojej głowie, jako Adrien.) Wrzucam więc urozmaicający gif (trzymajcie się tylko, bo możecie upaść z wrażenia), kończę moje wywody i zapraszam do czytania. :)

PS Nawet mi ten konkretny gif z Louisem i cytat z filmu korespondują z Adrienem i fabułą… Jaka ja genialna jestem…
__________________________________________________

tumblr_lo8lw4yQQz1qzvu53o1_500

- Kim jest Andrew? – Powtarzam. I mam gdzieś to, co Clive sobie pomyśli. Uzna pewnie, że grzebałem w jego telefonie. Tak samo, jak jego siostra.
- Jaki Andrew? – Pyta. Powoli zaczynam się denerwować. On naprawdę nie wie, czy udaje idiotę?
- Dzwonił do ciebie. – Wyjaśniam. Clive marszczy brwi. Zaraz mi zrobi wykład o przeglądaniu cudzych kontaktów.
- Wtedy, kiedy rozmawiałem z matką Prior. Gdy skończyłem z nią gadać, zadzwonił znowu twój telefon i… To był Andrew. – Dodaję. Clive nagle blednie, patrzy na mnie jak na kompletnego wariata. Bierze ze stołu telefon, wyszukuje coś, podstawia mi komórkę pod nos. Zdjęcie Andrew. Poznaję. Kiwam głową.
- On jest tylko moim znajomym. – Mówi. Nie wiem, czy mogę mu wierzyć. Niby mu ufam, ale skłamać może każdy.
- Sandra mówiła, że się spotykaliście. – Odpowiadam. Wywraca oczami.
- Wmieszałeś w to Sandy?
- Chciałem wiedzieć kim on jest.
- Nikim. Moim znajomym. Nie kontaktowaliśmy się od dziesięciu lat.
- Więc dlaczego teraz do ciebie wydzwania? – Unoszę brwi. Coraz bardziej się gubię.
- Poprosiłem go o coś. – Rzuca i siada obok mnie.
- O co?
- Vince, co ty sobie znowu ubzdurałeś?
- Odpowiedz. – Mówię spokojnie. To wszystko podejrzanie brzmi. Niby chcę i powinienem mu ufać, bo go kocham, ale zostaje niepewność. I wszystkiemu znów jestem winien ja. Lepiej nie wiedzieć. Nie tworzyć domysłów. Mogłem nie zaczynać.
- Dlaczego się z nim kontaktowałeś? – Pytam ponownie.
- Dowiesz się. – Mówi. Wciąż niewiele z tego rozumiem. Chciałbym wiedzieć, na czym stoję. Spoglądam w jego błękitne oczy. Nie wygląda, jakby kłamał. Albo go nie znam wystarczająco… Oddycham głęboko i uśmiecham się blado. Jeśli coś ukrywa to i tak w końcu to wyjdzie. Nie powinienem o tym teraz myśleć.
- Dlaczego mi nie ufasz? – Pyta.
- Ufam. Tylko się boję samotności. – Szepczę.
- Nie ma po co. – Głaszcze mnie po plecach i wstaje. Patrzę jak odchodzi. Coś kręci, bo nie mówi wprost. Dręczy mnie to, choć miałem być spokojny.

****

Sandra przed drzwiami mieszkania zjawia się jak zwykle rano i jak zwykle nieproszona. Ziewiam na powitanie i człapię za nią do kuchni. Jestem zmęczony i wciąż nic nie rozumiem z całej tej sprawy z telefonem, chociaż kombinowałem przez niemal całą noc.
- Co z wami znowu? Pogrom jakiś? – Sandy opada z hukiem na krzesło i spogląda na nas, jak na przybyszów z obcej planety.
- Wszystko gra. – Rzuca Clive. Nie wiem nawet, czy ma do mnie o coś pretensje. Mogłem w ogóle nie zaczynać.
- Vincent! Zrobiłeś aferę? Wiedziałam, że tobie lepiej w ogóle nic nie mówić, bo się zaraz zaangażujesz i zrobisz z igły widły.
- Nic się nie stało. – Uspokaja ją powtórnie Clive, a Sandra przygląda mi się podejrzliwie. Denerwuję się pod jej władczym, oskarżycielskim spojrzeniem, więc tylko potrząsam głową, mówię, że muszę iść do szkoły i wychodzę. Odbija im wszystkim kompletnie. Kiedy mijam kuchnię, rzucając, że mają się trzymać, Sandra pstryka mi fleszem po oczach. Nie jestem w nastroju. Nie mam sił, energii i chce mi się spać, a ona na dodatek robi mi zdjęcia.
- W dupę sobie wsadź ten obiektyw. Tam go jeszcze nie było. – Mamroczę, zabierając z krzesła swoją torbę.
- Skąd wiesz? – Odpowiada buntowniczo Sandra, a ja nic nie mówię, tylko opuszczam mieszkanie. Założę się, że będą gadać o mnie. To ta więź rodzeństwa, czy coś, że wolno im więcej. Znowu, kiedy tylko przestępuję próg szkoły, zostaję wezwany do gabinetu dyrektorki. Jakbym się notorycznie dopuszczał jakichś naruszeń. W tym samym momencie, w którym wchodzę do gabinetu, ona pyta, czy pojadę na wycieczkę. A myślałem, że to się przedawniło i przepadło w niebycie… Oddycham głęboko. Nie wiem.
- Ta wycieczka jest płatna? – Pytam.
- Refundowana. – Wyjaśnia uprzejmie pani dyrektor. Tym gorzej. Z darmo pewnie więcej osób pojedzie. Wiem, że oni mnie tam zniszczą. Na pewno.
- Zgoda. Pojadę. – Mówię, w sumie na odczepnego i dlatego, że nie potrafię odmawiać. Potem będę to sobie wyrzucał.
- Cała klasa pojedzie? – Pytam jeszcze, kontrolnie. Mniejsza ilość osób przeraża w mniejszym stopniu.
- Nie wiemy. Jeszcze nikt nie zadeklarował chęci wyjazdu. – Odpowiada.
- W porządku.
- Będę pana informować. – Mówi, sugerując chyba, że mam spadać, więc idę na lekcję. Siedzę potem za biurkiem, gapiąc się, jak uczniowie czytają rozdział z książki i rozmyślając o tym, czy Clive ma do mnie żal, oraz o tym, czy oni mnie na tym wyjeździe nie zamordują. Rozlega się huk. Podnoszę głowę i widzę, że dzieciaki zbierają się w kącie sali.
- Co się stało? – Pytam, wstając z miejsca. Rozganiam młodzież i widzę leżącą na podłodze dziewczynę. Nie wiem, czy dostała jakiegoś ataku, czy po prostu straciła przytomność. Nie wiem nawet, czy tu jest jakaś pielęgniarka, albo ktokolwiek. Kurde, jak jeszcze ja dostanę do kompletu paniki, to będzie zupełne szaleństwo. Proszę, żeby ktoś poszedł po pielęgniarkę. Chyba jednak jakaś tu jest, bo niska dziewczyna z różowymi pasemkami, na blond włosach, wypada z sali. Dobra. Czyli chyba wychodzimy na prostą. Klęczę obok nieprzytomnej, na podłodze, a uczniowie stoją wokół i gapią się na to wszystko z otwartymi ustami. Powinenem coś powiedzieć, uspokoić ich jakoś chyba, ale nie umiem. Pielęgniarka pojawia się po chwili. Przygarbiona, chuda, w okularach, wciśnięta w ołówkową spódnicę, pędzi w naszą stronę, kołysząc się niebezpiecznie przy każdym kroku. Odsuwam się więc i daję jej pracować, chociaż nie wyobrażam sobie, że sama coś zdziała. Ale może jest taka zdolna… Chociaż nie. Wtedy by nie pracowała w szkole. I to takiej szkole… Udaje jej się ocucić uczennicę, wlecze ją potem w towarzyszeniu dwóch chłopców, do swojego gabinetu i mówi, że trzeba wezwać pogotowie. Trudno. Niech wzywa. Opadam ciężko na wyściełane krzesło. Ja z tego nadmiaru wrażeń dostanę w końcu zawału.

****

- Cześć. – Rzucam niepewnie, kiedy wracam do mieszkania. Nadal nie wiem, czy Clive nie ma do mnie pretensji o tę dziwną napaść. Wyłania się z łazienki, uśmiecha do mnie ciepło.
- Cześć.
- Przepraszam… – Zaczynam odruchowo. Czuję się mimo wszystko winien. Namieszałem, rozpętałem burzę.
- Przecież nic się nie stało. – Mówi.
- Sandra coś ci powiedziała? – Wzdycham. To ona pewnie go ubłagała, żeby odpuścił. Kręci głową. I tak węszę podstęp. Wymijam go, rzucam torbę na krzesło, zdejmuję marynarkę. Podchodzi, głaszcze mnie po plecach i całuje w czubek głowy.
- Jak ci minął dzień? – Pyta.
- Jedna dziewczyna zasłabła na lekcji. Nie wiem, co z nią. Ale przy okazji zgodziłem się pojechać z nimi na tę wycieczkę. Dwuniowa, i to w ten piątek. Zaplanowali wcześniej, ale nie mam pojęcia, czy w parę dni zbiorą grupę uczniów. Jest środek zimy, to będzie tydzień przed świętami, od wtorku jest już przerwa świąteczna. Nie wiem, co my tam będziemy robić. Chyba szukać świętego Mikołaja. – Wzruszam ramionami i zaczynam grzebać w lodówce. Clive przez cały czas się na mnie gapi. Krępuje mnie to. Próbuję sobie wszystko poukładać w głowie, rozmrażając groszek, kiedy rozdzwania się telefon Clive’a i okazuje się, że to matka Prior. Dzwoni z informacją, że Prior już znaleźli. Tylko bez dziecka. I nie wiadomo, gdzie ono jest.

****

- Ale jak to zgubiła Michaela? – Ian potrząsa z niedowierzaniem głową, kiedy wpadam do niego kolejnego dnia. Skąd ja mam to wiedzieć. Powinniśmy zapytać samej Prior, ale jej matka nic nie mówiła o jej stanie. Może znowu wróciła do ćpania? I zostawiła gdzieś Michaela przypadkiem? Albo coś jej odbiło, kiedy była na prochach i wyrzuciła do z jedenastego piętra? Amy rysuje coś spokojnie, w skupieniu, siedząc przy stole. Wydaje mi się, że Ian ją trochę ogranicza. Nie pozwala jej na wiele i mam wrażenie, że mała jest bardzo samotna.
- Amy czuje się już zupełnie dobrze? – Odwracam się w stronę Iana.
- Tak. Wszystko w porządku.
- Rozmawiałeś z Adrienem? – Spoglądam na niego uważnie. Ignoruje moje pytanie, więc nie naciskam, bo cisza mnie męczy.
- Jak jej idzie w przedszkolu? – Pytam.
- Doskonale. – Odpowiada Ian, z nienaganną powagą, a ja myślę, że ktoś powinien z niego spuścić powietrze, żeby wyluzował. Rozumiem, że też nie prowadzę zbyt rozrywkowego trybu życia, ale ja się zwyczajnie martwię, a Ian zachowuje się jak prezes wszechświata.
- Zadzwonisz do matki Prior? Ona pewnie wie więcej. Chyba zrozumie, że się o nią troszczymy. – Ian zajmuje sąsiedni fotel, nawet na ułamek sekundy nie spuszczając oka z Amy.
- Clive ma do niej numer. Ja wolę z nią nie gadać. Źle mi się ta kobieta kojarzy. – Mówię, ignorując fakt, że w sumie dziwnie to brzmi. Jakby mnie z matką Prior łączyły podejrzanie bliskie relacje.
- Pewnie wszystko się unormuje. Znajdą małego. – Oświadcza stanowczo Ian.
- Przecież to jest niemowlę. Jakim cudem mają go znaleźć? Nie dostał nóżek i nie poszedł sobie, nie będą go szukać w mieszkaniu kolegi.
- Dramatyzujesz, Vincent. Może ktoś go oddał do okna życia, do szpitala, albo gdzieś.
- A jak nie?
- To problem Prior, nie twój. – Ian wstaje z miejsca i zagląda Amy przez ramię, jakby chciał sprawdzić, czy nie zilustrowała na kartce jakiegoś satanistycznego, rytualnego mordu.
- Ale Prior jest dla mnie praktycznie jak rodzina. – Upieram się. Ian wzdycha głośno, odwraca się do mnie przodem.
- Weź, idź gdzieś indziej. Opowiadaj o tym komu innemu i kogo innego zadręczaj swoimi wyimaginowanymi problemami. Ja mam wystarczająco dużo problemów we własnym życiu. – Mówi Ian. Kurczę, wiedziałem, że jest stanowczy, ale teraz zrobił się niemal kłótliwy i agresywny, a to jużdo niego nie podobne. Patrzę na niego przez chwilę z przerażeniem w oczach, a potem rzucam, że faktycznie lepiej już pójdę. Mogłem tak tego nie drążyć, nie snuć domysłów. To jest chyba mój największy problem. Nadinterpretacja.

****

Kiedy ja wracam w środę ze szkoły, Clive wychodzi na rehabilitację. Zostawia telefon, bo podczas zajęć i tak nie mógłbym do niego dzwonić, a na dodatek ponoć strasznie rozprasza to tę nawiedzoną Azjatkę, która jest terapeutką, a kiedyś komuś nawet wyrwała komórkę i spuściła ją w toalecie. Nie jestem pewien, czy to do końca wiarygodne, ale to ignoruję, życzę mu dobrej zabawy i zostaję sam w mieszkaniu, chociaż wciąż gdzieś kiełkuje myśl, że Clive zostawia telefon, żebym nie mógł się z nim skontaktować, bo spotyka się z kimś za moimi plecami, ale szybko wyrzucam ją z głowy. To niemożliwe. Nie wydaje mi się, żeby był do tego zdolny. Siedzę więc sam, oglądając któryś odcinek jakiejś argentyńskiej telenoweli i próbuję połapać się w fabule. Podskakuję nerwowo, kiedy rozlega się jazgotliwy dźwięk dzwoniącej komórki Clive’a. Staram się to ignorować, ale ciekawość jednak jest silniejsza. Sięgam więc po jego telefon, niemal przewracając przy tym stolik i przez chwilę się waham, wpatrując się w zdjęcie uśmiechniętego Andrew. Trudno, zaryzykuję. Wstrzymuję oddech, wciskam zieloną słuchawkę, unoszę komórkę do ucha.
- Cześć. Projekt już ukończony. Masz chwilę jutro, żeby wpaść? – Pyta radośnie niskim, przyjemnym głosem facet po drugiej stronie. Milczę, mam wrażenie, że dostanę palpitacji serca.
- Hej! Jesteś tam? – Woła. Oblizuję usta, nabieram powietrza.
- O… O jaki projekt chodzi? – Pytam. Po drugiej stronie zapada cisza, a potem Andrew, zupełnie zaskoczony pyta:
- Kim pan jest?

___________________________________________________
NIESPODZIANKA!

A to znowu Garrel, na pożegnanie, tym razem uosabiający mnie „uczącą się” w tej chwili do egzaminów. Żeby mi się tak chciało, jak mi się nie chce…

tumblr_n1fn6mXxpe1rmeveeo1_400

Opublikowano Bez kategorii | 9 komentarzy

Rozdział czterdziesty pierwszy – Andrew

 

ADNOTACJA OD AUTORKI (PIERWSZY RAZ!).

Wczoraj wracałam autobusem do domu i zostałam wysadzona przystanek dalej, bo ten przycisk STOP zdaniem kierowcy, wciskałam sobie chyba rekreacyjnie. Potem przez dwadzieścia minut stałam na sześciu przejściach dla pieszych, więc mi uciekł autobus i kolejne dziesięć minut czekałam na następny. Potem przyszło do mnie zawiadomienie o egzaminach końcowych, które wyrwał mi pies i mam kartkę przedartą na pół. Dzisiaj poszłam na zajęcia do szkoły i okazało się, że zajęć nie ma. A teraz jeszcze zauważyłam, że mi się zepsuła lewa słuchawka, która ewentualnie działa, jak odpowiednio wygnę kabelek i nie ruszam głową. Więc w tej chwili siedzę od dziesięciu minut z głową przechyloną w prawo i mi tak prawdopodobnie zostanie. Więc jakbym tam kogoś w tym rozdziale np. zabiła przypadkiem, to nie moja wina, tylko mojego samopoczucia.
Pozdrawiam!

___________________________________________________

Wychodzę ze szkoły i staram się bezszelestnie, niezauważony, przemknąć na postój taksówek. Nigdy się nie lubiłem rzucać w oczy. Planuję właśnie zniknąć ukradkiem za zakrętem, kiedy ktoś wyskakuje zza zakrętu i klepie mnie w pośladek. Prawie dostaję zawału, nie wiem, jak zareagować.
- Musiałbyś widzieć teraz swoją minę! Szkoda, że nie mam aparatu. Gdzie idziesz? – Woła Sandra i w podskokach pojawia się obok mnie, ubrana w ładny, czerwony płaszczyk. Nie jestem w nastroju do rozmów.
- Na postój. Wracam do domu. – Mamroczę, wciskając ręce do kieszeni. Sandy jest chyba zdziwiona moim samopoczuciem. Obejmuje mnie ramieniem.
- Czekaj. Odwiozę cię. – Ciągnie mnie na siłę w stronę parkingu za bilbioteką. Wpycha mnie potem do swojego auta, na miejsce pasażera i rusza gwałtownie, na wypadek, gdybym jeszcze chciał wyskoczyć.
- Co u was? – Zagaduje, uśmiechając się od ucha do ucha i włączając radio.
- Znasz kogoś o imieniu Andrew? – Pytam nieśmiało. Nie wiem, czy w ogóle powinienem to drążyć.
- Nie wiem. Może… A o co chodzi? – Unosi brwi, wygląda za okno.
- Do Clive’a telefonuje jakiś facet… – Wzdycham, a ona wchodzi mi w słowo.
- Grzebałeś mu w komórce? To obrzydliwe!
- Nie. Po prostu trzymałem ją w ręce…
- Czyli grzebałeś!
- Nie!
- Jak nie, jak tak? Wszystko na to wskazuje. – Oświadcza stanowczo, przekonana, że wie lepiej.
- Wysiadam! – Mówię, ale tylko blokuje możliwość otwarcia drzwi. Wpatruję się w drogę.
- To znasz? – Jęczę. Sandra milczy przez moment.
- A jak wyglądał? Było zdjęcie?
- Było. Normalnie. Przystojny nawet. – Wzruszam lekko ramionami.
- Kiedyś znałam jednego Andrew… Clive miał wtedy siedemnaście lat, ja dziewiętnaście, a Andrew osiemnaście. Wprowadził się kilka domów dalej… Oboje bardzo chcieliśmy go poderwać. Po raz pierwszy w życiu ze sobą rywalizowaliśmy. Wygrał Clive. Okazało się, że miał rację. Nie gadałam potem z nim przez kilka tygodni. Ale nie wiem, czy to ten sam facet. – Mówi, a ja zaczynam tworzyć w głowie jakąś teorię spiskową.
- Cholera, mogłam ci tego nie mówić! – Woła Sandra i hamuje gwałtownie.
- Odbiło ci? – Wyrywa mnie z rozmyślań.
- Tobie odbiło.
- Dlaczego?
- Bierz to. – Wciska mi papierową torbę wypchaną jakimiś mniejszymi pakunkami.
- Co to? – Pytam głupio.
- Żarcie.
- Po co?
- Nie wiem, co wy zwykliście z nim robić, ale zazwyczaj się je zjada!
- Dlaczego jesteś agresywna? Tylko spytałem. – Wysiadam pospieszenie, starając się nie wywrócić na śliskiej nawierzchni.
- Jak to wszystko spieprzysz, to cię zabiję.
- Idziesz ze mną na górę? – Proponuję nieśmiało, zaglądając do środka przez niedomknięte drzwi.
- Nie. Zadzwonię wieczorem do Clive’a. I zadzwonię jutro. Będę dzwonić codziennie! I jak mu odwalisz jakiś numer, to znajdę cię nawet na największym, afrykańskim zadupiu i cię zabiję.
- Dobra, wiem. Umowa stoi. – Mówię, zamykam drzwi auta i idę w stronę budynku.

****

- Napadłeś na bar mleczny? – Pyta Clive, kiedy stawiam przed nim na stole torbę z jedzeniem.
-Nie. Twoja siostra mnie zgarnęła z ulicy. – Rzucam, trochę nieuprzejmie, bo fakt, że Andrew był z nim kiedyś związany, nie daje mi normalnie myśleć. Te cholerne domysły mnie kiedyś wykończą. Powinienem naprawdę przestać.
- Hej, co z tobą nie tak? – Clive staje w drzwiach i przygląda mi się uważnie.
- Nic. Wszystko gra. – Uśmiecham się. Podchodzi do mnie, zagląda mi w oczy, zamieram z szalikiem w dłoni. Nie! On coś teraz na bank wyczyta z mikro-ruchów mięśni, czy czegoś tam jeszcze! Przestaję oddychać.
- Nie panikuj. Co się znowu stało? – Kładzie dłonie na moich ramionach. Nie, przecież nie mogę mu powiedzieć prawdy.
- Poradzimy sobie ze wszystkim. Powiedz mi, co się dzieje. – Prosi. Puszcza mnie, więc odwieszam rzeczy.
- Nic się nie dzieje. Martwię się o Prior. – Mówię i wypuszczam głośno powietrze ustami.
- Ukrywasz coś. – Szepcze. Mam ochotę zaprotestować, że o ile ktoś tu coś, albo kogoś ukrywa, to raczej nie ja, ale się powstrzymuję. Nie ma sensu.
- Niczego nie ukrywam. – Powtarzam uparcie i czule go całuję. Chcę jakoś załagodzić całą sytuację. Chcę spokoju, ciszy, normalności po prostu. Znowu się we mnie wpatruje. Liczy, że się złamię, rozkleję i powiem mu o wszystkim. Niedoczekanie. W dodatku Sandra mi zabroniła.
- Chodź. Masz jakieś plany? Może coś zjemy, z tego, co zrobiła twoja mama i obejrzymy jakiś głupi film? Co ty na to? – Proponuję. Pragnę odreagować, zapomnieć choć na chwilę.
- Zgoda. – Rzuca tylko i przepuszcza mnie przodem. A jak ja drążę, to ma wielkie pretensje.

****

W sobotę znowu siedzimy w tym klubie jak członkowie stowarzyszenia zrzeszającego grabarzy. Chodzimy tu chyba tylko z przyzwyczajenia. Jak Dave umarł, to wszystko się rozpadło.
- Co z Prior? – Pyta Mark, wpatrując się w swoje dłonie.
- Nie wiem. Jej matka nie dzwoniła. – Odpowiadam. I znów zapada cisza. No, niezupełnie cisza, ale nikt się nie odzywa. Adrien siedzi mroczny, przygarbiony, rozczochrany na samym rogu, obok niego Dominic, potem Mark, ja i Clive, a na samym końcu smutny, przybity i obrażony na cały świat Ian. I jak tu z nimi nie zwariować?
- Co u was, tak w ogóle? – Pytam cicho, nie licząc w sumie na żadną odpowiedź. Ian tylko ciężko, ostentacyjnie wzdycha, nawet na mnie nie patrząc, Mark gapi się w telefon, a Adrien jest w swoim świecie. Po cholerę oni tu w ogóle przychodzą? Dla mnie? Mam ochotę zabrać stąd Clive’a, wrócić do domu i zakopać się w pościeli. Po co ja się tu z nimi męczę, po tygodniu męki w szkole?
- Co z Amy? – Pytam, spoglądając na Iana. Powoli wychodzi z letargu, odwraca głowę w moją stronę, rzuca tylko, że dobrze i wraca do rozmyślań. I znowu lipa.
- Chodź. – Oświadcza Clive i wstaje z miejsca.
- Dokąd?
- Zatańczyć.
- Nie mam ochoty. – Próbuję go zbyć. Jestem zbyt wyprany z chęci i energii.
- Wstawaj, bo ci przegryzę nogi w tym stołku, jak bóbr.
- Od Sandry się tego nauczyłeś? – Unoszę jedną brew i daję się ściągnąć z miejsca. Próbuję dać się ponieść chwili, zapomnieć o otaczającej mnie rzeczywistości, ale i tak jestem skłonny obrócić głowę pod niemożliwym kątem, żeby tylko mieć na nich oko. No nie umiem się nie przejmować! Clive przyciąga mnie do siebie bardziej, próbuje mi spojrzeć w oczy. A jak oni się tam pomordują, jak mnie nie będzie? Nie. W sumie jest ochrona. Dobra. Niech im będzie. Muszę się wyłączyć. Uśmiecham się smutno do Clive’a, choć nie wiem, czy mnie w ogóle dostrzega w tym półmroku i wmawiam sobie samemu, że niczym się nie przejmuję. Jeny, muszę sobie chyba wyprać mózg. Albo się zapisać na jakąś medytację, czy coś. Kiedy ja i Clive cudem przepychamy się przez ludzi i wracamy na miejsce, wszystko jest tak samo. Tkwią nieruchomo, w niezmienionych pozycjach.
- Co jest z wami? – Pytam. Milczą. Trudno. Ich sprawa.
- Właśnie. Dlaczego macie tak negatywne nastawienie do wszystkiego? – Pyta tym śpiewnym tonem Dominic i mam wrażenie, że zaraz zacznie lewitować i emitować światło. Gapimy się na niego wszyscy jak na wariata. Na jego pytanie chyba nie ma jednej, rozsądnej odpowiedzi.

****

Niedzielę spędzamy w domu, siedząc bezczynnie na kanapie, chociaż Clive za wszelką cenę chciał już zaczynać jakieś przygotowania do świąt. Nie miałem pojęcia, że on ma taką świąteczną obsesję. Jeszcze ze mnie zrobi renifera i mnie wystawi za okno…
- Mówię do ciebie! – Z zamyślania wyrywa mnie jego głos. Spoglądam na niego z idiotycznym wyrazem twarzy.
- Pytam, czy masz jakieś konkretne plany względem tych świąt.
- Nie. Już nie mam. Musisz ciągle o tych świętach? – Jęczę. Jeszcze się nie zaczęły, a ja już mam ich dość. I tak co roku.
- Masz w domu jakieś ozdoby? – Drąży. No ja go zaraz zabiję i zrobię z niego jakąś świąteczną potrawę.
- Chyba mam. Pojadę jutro po szkole. Zobaczę.
- Dzięki. – Uśmiecha się. On coś planuje… Zrobi z tego mieszkania jeden wielki znak świetlny, pachnący piernikiem i iglakiem. Trudno. W końcu to jego mieszkanie. Zeszłoroczne święta spędzaliśmy u mnie, we dwójkę, przy półmetrowym badylu, ubranym w sumie na siłę. A on tu planuje święta idealne i z rozmachem. Kto wie. Może będzie nawet fajnie. Podobno nawet najczarniejsze scenariusze nie muszą się spełniać i życie zawsze może nam dać coś pozytywnego. Muszę w to wierzyć. Albo sobie kupię koszulkę z takim hasłem. Nie, lepiej je wywieszę w jakimś widocznym miejscu.

****

Ściskając w ręku torbę z egzaminami i podręcznik, przeklinam w duchu samego siebie i włażę po schodach, by dotrzeć do swojego mieszkania, znaleźć w nim ozdoby, a potem zlecieć ze schodów razem z tym kartonem. No dobra, może nie będzie tak źle. W końcu miałem myśleć pozytywnie. Otwieram drzwi, wrzucam klucze do kieszeni i zapalam światło. Dawno mnie tu nie było, ale sentyment pozostał. I wtedy ją zauważam. Prior we własnej osobie, siedzącą na mojej kanapie. Jak ona tu się dostała? I co tu robi? Przecież nie bez powodu zamonotwałem podwójne drzwi.
- Miałeś dwa komplety kluczy. Zwinęłam ci jeden. – Mówi, jakby czytała mi w myślach, a ja oddycham z ulgą, bo to oznacza, że żyje, a ja nie widzę zjaw. Ale jak to ukradła mi klucze?! Ona chce być etatową złodziejką? Chce z tego żyć?
- Dlaczego nie zapytałaś mnie o zdanie? – Pytam, nie pamiętając już nawet, po co tu przyszedłem. Chyba nigdy nie byłem w aż takim szoku.
- Bo byś się nie zgodził. Przecież wiem. Ale mogę już sobie iść. Oddam ci klucze. – Mówi i wstaje, zgarniając małego, zawiniętego w jakiś żółty kocyk.
- Twoja mama cię szuka od paru dni. Zgłosiła to na policję. Czy ty masz w ogóle sumienie?
- Daj spokój. Jak się trochę pomartwi, to jej się nic nie stanie.
- Jesteś okrutna. – Oświadczam, a ona tylko wzrusza ramionami. Czy cokolwiek jest ją w stanie poruszyć.
– Nie martw się, niczego nie ukradłam. – Mówi, stojąc już w drzwiach. Nie wiem, co robić. Zatrzymać ją? Ale co mam powiedzieć? Zapytać, dokąd idzie? I tak i nie powie prawdy. Znowu ogarnia mnie poczucie okropnej, bezsensownej bezsilności. Otwieram szafę, wyjmuję z niej karton z bombkami i wtedy mój wzrok pada na leżący na stole papier. Rachunek za kawę, chusteczki i ciastko. Nic ciekawego. Z drugiej strony jest jednak zanotowany jakiś numer telefonu i adres. Skoro Prior to tutaj zostawiła, to pewnie ktoś znajomy tam mieszka. Pewnie tam trzeba jej będzie szukać. Jestem dumny ze swojej zdolności kojarzenia faktów. Wpycham rachunek do kieszeni, gaszę światła, zabieram karton i zamykając drzwi na klucz mówię samemu sobie, że koniecznie muszę wreszcie sprzedać to mieszkanie, żeby mi w nim już nikt bez mojej wiedzy i zgody nie zamieszkał.

****

- Co z tego, że znalazłeś Prior, skoro znów zniknęła? – Wzdycha Clive, wracając do domu z rehabilitacji, kiedy ja siedzę na kanapie z kolanami pod brodą i przygotowuje się do kolejnych zajęć.
- Jak to?
– Po prostu jej nie znaleźli. Rozmawiałem z jej matką. – Mówi i strzepuje śnieg z włosów.
- Może jeszcze wróci do domu. Chociaż nie wyglądała na przejętą.
- Nie mogłeś jej przekonać?
- Sam wiesz, że przekonywanie jest raczej twoją mocną stroną.
- Nawet się nie starasz.
-Staram się aż za bardzo. – Odpowiadam i dalej czytam o tym, jak po hiszpańsku zapytać o możliwość zakupienia dopochwowej antykoncepcji, albo powiedzenia, że boli nas trzecie żebro po lewej.
- Właśnie. Jak było na rehabilitacji? – Reflektuję się. Odpowiada, że w porządku i na potwierdzenie słów macha do mnie prawą ręką. Uśmiecham się i wracam do podręcznika. Pomału sam nie wiem, o czym powinienem w danej chwili myśleć, a moje zamartwianie się o wszystko i wszystkich spędza mi sen z powiek. Coś we mnie pęka, więc zamykam książkę i wołam:
- Kim jest Andrew?
- Co? – Clive zdziwiony wystawia głowę zza framugi.
- Kim jest Andrew? – Powtarzam. Patrzy na mnie jak na wariata i pewnie zaraz zacznie mi wmawiać, że mam wymyślonego kolegę.
- O czym ty mówisz, Vince?

Opublikowano Bez kategorii | 12 komentarzy

Rozdział czterdziesty – Przyznanie

- To są oszczerstwa! Sam to napisał! To jest wszystko ukartowane. Nie wystarczy mu, że już skrzywdził Chrisa. – Mówi o mnie w trzeciej osobie matka ucznia, jakby mnie tu w ogóle nie było i agresywnie stuka palcem w blat dyrektorskiego biurka. Jestem zszokowany postępowaniem tej kobiety. Dlaczego ufa mu tak bezgranicznie?
- Rozmawiałam z innymi uczniami. Przyznali się do współtworzenia forum. – Wyjaśnia ze spokojem dyrektorka. Kobieta się zapowietrza, odchyla w tył na wyściełanym krześle.
- Oni zostali do tego zmuszeni! To jest spisek, wszyscy chcą skrzywdzić mojego syna. – Oświadcza stanowczo. A ja myślałem, że oni wszyscy, z jej synem na czele, chcą skrzywdzić mnie… Przysłuchuję się temu w milczeniu.
- Dowody są niezbite. Uczniowie się przyznali. – Pani dyrektor wkłada kartki do foliowej koszulki.
- Gdzie się przyznali? Mam wierzyć na słowo? Co to są w ogóle za procedury? – Wstaje z miejsca, a Chris zaraz po niej. Jakby mieli wspólny mózg.
- Najlepiej by było, gdyby Christopher zmienił szkołę. Wówczas wszystko by się unormowało. – Mówi dyrektorka, patrząc w oczy matki Chrisa, a ta rozgląda się wokół z niedowierzaniem. Przecież to ja miałem wylecieć! W sumie sam nie spodziewałem się takiego obrotu sprawy.
- Mój syn ma jeszcze bardziej cierpieć? Ma zmieniać środowisko, żeby on mógł tutaj zostać i krzywdzić inne dzieci? – Wskazuje na mnie palcem. No wariatka… Teraz ja też wstaję.
- Ma pani na to jakieś dowody? – Pytam.
- Na co? – Potrząsa z niedowierzaniem głową.
- Na to, że zrobiłem cokolwiek pani synowi.
- Chris by mnie nie okłamał! – Oznajmia piskliwie, ściskając w dłoni małą, czerwoną torebeczkę. Chris przez cały czas milczy.
- Może niech Chris sam nam o tym opowie. Dlaczego mamy wierzyć pani na słowo? – Pyta pani dyrektor. Matka chłopaka zaciska usta w wąską kreskę, krzyżuje ramiona, patrzy na niego wyczekująco. Dzieciak dopiero po chwili zauważa, że wszyscy zamilkli i oczekują od niego wyjaśnień.
- Zmyśliłem to. – Mamrocze niewyraźnie, z głośnym westchnieniem.
- Co? – Pyta jego matka, a dyrektorka dodaje szybko, że ma powtórzyć.
- Wymyśliłem to wszystko. Kłamałem, on mi nic nie zrobił. Mogę już iść? – Odwraca się w stronę drzwi, ale cała nasza trójka równocześnie każe mu zostać. Patrzę z przerażeniem na matkę ucznia i panią dyrektor. One go teraz rozszarpią! Spoglądam na zegar. Powinienem już być na lekcji. Wciąż nie wierzę w to, co się tutaj dzieje. Nigdy bym nie pomyślał, że pójdzie tak łatwo.
- Dlaczego? – Odzywa się pani dyrektor, spoglądając w jego szare oczy.
- Bo on nas wkurza. – Prycha Chris, wbijając wzrok w podłogę.
- Nie mów tak o nauczycielu! – Jego matka nagle zmienia zdanie i zaczyna mnie bronić. Gubię się w tym wszystkim. Męczące to jest.
- Może pan skierować tę sprawę do sądu rodzinnego. – Informuje mnie pani dyrektor. Nie no, bez przesady. Wiem, że to są oszczerstwa, czy coś, ale nie będę mu niszczył reputacji i przyszłości. Jaspera to by mogli wsadzić za kratki, ale Chris jest po prostu głupim dzieciakiem.
- Nie chcę korzystać z tej możliwości. – Mówię z uśmiechem, a matka chłopaka oddycha z ulgą. Niech im będzie. Byle się to wszystko uspokoiło i skończyło.

****

- Naprawdę przyznał się, że kłamał? – Clive nie wierzy, kiedy mówię mu o tym po powrocie z pracy. Kiwam tylko głową i wracam do składania wypranych i wysuszonych ubrań. Mam wrażenie, że całe mieszkanie jest na mojej głowie i cieszę się, że niedługo wszystko wróci do normy, kiedy Clive odzyska sprawność w dłoni. Dostrzegam też, jak bardzo jest mu przykro, że nie może mi pomóc. Czuje się bezużyteczny. To smutne.
- Jak się czujesz? – Pytam, a Clive wywraca oczami.
- Dobrze. Zadajesz mi to pytanie pięćdziesiąt razy dziennie.
- Pójdziesz do okulisty? – Proszę. Wstaje, spogląda na mnie przez ramię, jak na wariata, kiedy kieruje się do kuchni.
- Po co?
- Podwójne widzenie… – Szepczę, zamykając szafę.
- To był jednorazowy epizod, Vince! Możesz przestać się tym tak okropnie przejmować? – Woła.
- Nie wiem. Chyba nie. Weszło mi to w nawyk, że po prostu się denerwuję i tworzę najczarniejsze scenariusze. – Odpowiadam szczerze, a po chwili dodaję:
- Wątpię, żeby tak to zostawił. Pewnie wymyślą na mnie coś innego, co będzie trudniej wyjaśnić i udowodnić. Nie lubią mnie i tyle. – Staję w drzwiach, obserwuję go, gdy zdrową ręką wyjmuje jakieś produkty z lodówki. Zerka na mnie, potrząsa z politowaniem głową.
- Ile razy mam cię prosić, żebyś przestał się stresować? – Odsuwa wszystko na bok i podchodzi do mnie.
- To naprawdę niewłaściwe podejście. – Wyjaśnia ze spokojem, jakbym sam tego nie rozumiał. Po prostu nie umiem inaczej. Ciągle mi to mówi.
- Słyszę, jak głośno bije ci serce. – Szepcze, uśmiecha się uroczo i delikatnie mnie całuje. Uwielbiam jego bliskość i w sumie za nią tęsknię.
- Już się uspokoiłeś? – Pyta żartobliwie i odsuwa się ode mnie. Oddycham głęboko.
- Nie stój tu, jak ofiara trzęsienia ziemi w Afryce, bo mam ochotę cię zaadoptować. – Śmieje się i znika w kuchni, a ja wzdycham ciężko i biorę się za przygotowania do jutrzejszych zajęć, chociaż nic mi się nie chce i jestem okropnie zmęczony.

****

- Zabiję cię, jeżeli jeszcze raz zaczniesz temat Amy i Iana. – Oświadcza Adrien, kiedy tylko przestępuję próg tego zagraconego mieszkania, rozsyłającego na odległość kilometra, zapach ziół i męczący odór farby.
- Ty mi grozisz? – Odwieszam kurtkę, wpycham do jej kieszeni rękawiczki. Na tym ich poddaszu jest tak zimno, jak na dworze.
- Nie. Obiecuję. – Wyjaśnia ze spokojem i ustawia w kącie kilka białych rulonów. Kiwam powoli głową i obejmując ciało ramionami wchodzę w głąb mieszkania.
- Jak się miewasz? – Pytam, by przerwać ciszę. Adrien jest trudnym partnerem w rozmowie. Zaglądam mu przez ramię, ale nie rozumiem architektonicznych projektów, ani w ogóle rysunku technicznego. Cisza jest ciężka i nieprzenikniona, a na dodatek jest tu tak koszmarnie zimno, że boję się popadnięcia w jakiś dziwny trans. Wzdrygam się, gdy rozdzwania się mój telefon. Ian.
- Możesz do mnie przyjechać? Amy ma strasznie wysoką gorączkę, od dwóch dni stale wymiotuje, pewnie się odwodniła… Dzwoniłem już po karetkę. – Mówi drżącym głosem.
- Zaraz przyjedzie pogotowie. Jedź z nimi i przestań się martwić na zapas. – Proszę, choć czuję, że sam już dygoczę od wewnątrz. Adrien przygląda mi się z zainteresowaniem, a Ian prosi, żebym przyjechał, pociąga nosem, mówi, że jeszcze zadzwoni i rozłącza się.
- Dzwonił Ian. Jest przerażony. Zanim mnie zabijesz za to, że poruszam ten temat, wiedz, że Amy zabrało pogotowie i sądzę, że powinieneś tam pojechać. Jeśli nie dla niego, to dla niej. – Mówię.
- Więc dlaczego nie zadzwonił do mnie? – Adrien jest niewzruszony.
- Wiesz, jaki jest Ian. Dumny i wyniosły. Skoro on nie umie się ugiąć, ty mu pokaż, że jesteś rozsądniejszy. – Chowam telefon, zastanawiając się, czy Sandra nie mówiła mi kiedyś czegoś podobnego. Powoli zaczynam panikować z powodu Amy. Powinienem pogadać o tym z kimś mądrzejszym i mającym na ten temat jakiekolwiek pojęcie, ale Clive jest teraz na rehabilitacji. Niedługo oszaleję!
- Jak Ian ci powie, gdzie ją zabrali, to prześlij mi adres. – Rzuca Adrien. Cieszę się, że tam pojedzie. To im pomoże. Wszystkim.

****

Ian dzwoni po godzinie, informuje mnie, gdzie zabrali Amy i prosi, żebym przyjechał, więc natychmiast dzwonię do Adriena. Mam nadzieję, że chociaż w tych okolicznościach Ian nie będzie robił szumu. Adrien z miejsca pędzi w stronę recepcji i pyta o Amy.
- Kim pan jest? – Niezadowolona, chuda baba w uniformie mierzy go wzrokiem.
- Ojcem.
- Tamten pan jest ojcem. – Niedyskretnie wskazuje palcem na krążącego nerwowo w kółko Iana.
- To skomplikowane… Mogę się z nią zobaczyć? – Prosi.
- Proszę porozmawiać z tamtym panem. – Rzuca od niechcenia kobieta i zaczyna stukać w klawiaturę komputera. Adrien oddycha głęboko i idzie w stronę Iana. Podążam za nim, jak cień.
- Wiadomo już coś? – Pyta nieśmiało Adrien, a Ian nieruchomieje.
- Co ty tu robisz?
- Vincent powiedział mi, że karetka zabrała małą. – Siada na plastikowym krzesełku przy ścianie. Ian patrzy na niego z góry, ubrany w grafitowy garnitur. Zaraz albo wybuchnie, albo się jednak zachowa jak człowiek.
- Jeszcze nic nie wiadomo, ale to podobno raczej nic poważnego. – Wyjaśnia uprzejmie Ian oficjalnym tonem i krzyżuje ramiona. Za nic się nie przyzna, że sobie nie radzi.
- Poczekam z tobą. – Oświadcza Adrien i zakłada nogę na nogę. Ian chyba chce zaprotestować, ale rezygnuje. Zastanawiam się przez moment, czy napewno się nie pozabijają i czy mogę już wrócić do domu.
- Dacie sobie radę? – Upewniam się. Adrien powoli kiwa głową, a Ian nic nie mówi, tylko biegnie w stronę przechodzącego lekarza. Mam nadzieję, że wspólnie jakoś pokonają wszystkie przeciwności. Choćby tak zwyczajnie, po koleżeńsku. Byłoby wspaniale, gdyby po prostu udało im się dogadać. Gdyby Ian pozbył się tej okropnej maski wrednego biurokraty. Opuszczam szpital, pieszo wracam do domu, oddychając mroźnym powietrzem. Święta za niewiele ponad dwa tygodnie. Trzeba by było zacząć cokolwiek organizować. Gdy docieram do mieszkania, Clive zajmuje się trochę nieudolnie, przygotowywaniem obiadu. Jest tak uroczo nieporadny.
- Cześć. – Mówię, podchodząc do niego i obejmując go jedną ręką w pasie.
- Byłeś tak długo u Adriena? Przecież on nie jest zbyt rozmowny.
- Nie. Pojechałem z nim do szpitala. Amy zabrało pogotowie. – Przysiadam na kuchennym blacie.
- Co się stało? Wiedzą już coś? – Pyta Clive i patrzy na mnie wyczekująco. Pewnie sam by postawił diagnozę, a wolę go nie stresować.
- Jeszcze nic nie wiedzą, ale to podobno nic złego. Miała wysoką temperaturę i Ian zwariował z niepokoju. Będzie dzwonił.
- To dobrze.
- Pomóc ci? – Proponuję.
- Nie! Siedzę tu bezczynnie od ponad tygodnia. Nie traktuj mnie jak niepełnosprawnego.
- Powiem Sandy, że mnie odtrącasz. – Oświadczam, na co on tylko wywraca oczami. Wie doskonale, jak bardzo Sandy zależy, żeby nic się między nami nie psuło.

****

Ian dzwoni o siódmej rano, w sobotę. Mówi, że z Amy wszystko w porządku, udało się zbić gorączkę. Natychmiast informuję o tym nerwowego Clive’a.
- Dobrze, że wszystko się unormowało. – Mówi, rozsuwając zasłony.
- Dlaczego nie śpisz? – Pytam. Za oknem jest jeszcze niemal zupełnie ciemno.
- Nie jestem zmęczony, mam za dużo wolnego czasu. Ale ty śpij. Nie przejmuj się mną.
- Dobrze się czujesz?
- Tak. – Kiwa zamaszyście głową. Chyba ma dość moich pytań. Wzdycham, gdy wychodzi z sypialni. Ian obudził mnie telefonem, więc i tak już nie zasnę. Wstaję niechętnie, myję się, ubieram, chociaż wciąż chce mi się spać. Ziewam, wchodząc do kuchni.
- Wracaj do spania. – Prosi Clive, ale potrząsam tylko głową i siadam przy stole.
- Nie chcę ich jednak zapraszać w święta. Zrobiliby tylko jedną wielką aferę. – Mówię, opierając podbródek na dłoni, palcem drugiej ręki rysując wzorki na blacie. Clive wzrusza ramionami. W sumie wszystko mu jedno. Sam się w tym wszystkim gubię, nie mam ochoty się nawet ruszać. Za dużo jest wszystkiego. Nie wiem, co z Prior… A obiecałem sobie, że nie będę się przejmować!
- Co jest? – Clive stawia przede mną kubek z kawą, głaszcze mnie po włosach.
- Nic. Nie wyspałem się. – Odpowiadam. Nie chcę go martwić, bo gdybym zaczął mówić o wszystkim, co mnie w tym momencie trapi, zabrakłoby mi weekendu. A z takich powodów chyba nie dają okolicznościowego urlopu. Rozdzwania się telefon Clive’a.
- Dzwoni matka Prior. – Rzuca zdziwiony. Nieruchomieję, opluwam się kawą.
- Dałeś jej swój numer? – Pytam, a on tylko kiwa głową, jakby to była najzwyklejsza rzecz w świecie. Łażę za nim, kiedy z nią rozmawia, aż w końcu zapędzam go w róg i stojąc obok, starając się nie oddychać, podsłuchuję o czym mówi matka Prior. Jest wzburzona. Podobno dziewczyna wyszła z domu dwa dni temu, razem z dzieckiem i do teraz nie wróciła. Nie ma z nią żadnego kontaktu, policja już jej szuka, ale matka Prior za wszelką cenę chce znaleźć jakiś trop.
- Może Vincent będzie coś wiedział. – Informuje ją Clive, a ja odsuwam się gwałtownie. Mowy nie ma! Nie będę rozmawiał z wiedźmą. Clive przygląda mi się z politowaniem, wciskając w dłoń komórkę.
- Dzień dobry. – Głośno wypuszczam powietrze ustami.
- Czy pan wie, co może się dziać z Prior? Spotykała się z kimś ostatnio?
- Nie. Nie wiem… Widziałem się z nią kilka dni temu. – Mamroczę niepewnie. Ona powiedziała matce o mandacie?
- Tak. I co mówiła?
- Ukradła szminkę w centrum handlowym. Mówiła pani o tym? – Pytam. Po drugiej stronie zapada cisza.
- Nie. I ona dlatego uciekła? Ze strachu?
- Nie wiem. Wiem tylko, że dostała mandat. Chciała, żebym za nią zapłacił, prosiłem, żeby powiedziała o tym pani.
- Dobrze. Powiadomię o tym policję. Tak bardzo się martwię. Mówią, że skoro jest pełnoletnia i tak nie będą jej mogli do niczego zmusić. – Mówi. Nie wiem, jak jeszcze mogę jej pomóc, więc tylko życzę powodzenia i rozłączam się. Chcę iść do kuchni, w której Clive walczy ze śniadaniem, za pomocą jednej ręki, ale jego telefon znów się rozdzwania. Decyduję, że skoro już tam idę, to mogę mu przynieść komórkę. Zabieram więc ją z blatu, spoglądam na wyświetlacz. Spogląda na mnie ze zdjęcia przystojny, uśmiechnięty brunet, podpisany jako „Andrew”, obok imienia pulsuje zielona słuchawka. Nic z tego nie rozumiem… Co prawda Clive nigdy nie mówił mi o swoich znajomych, ale jednak ogarnia mnie jakaś dziwna niepewność. Kim jest ten człowiek? I dlaczego nie mam pojęcia o jego istnieniu?
- Co się dzieje? Dzwonił mój telefon? – Clive wchodzi do pokoju. Szybko chowam jego komórkę za plecami, odrzucając połączenie.
- Tak? Możliwe. Nie słyszałem. Zamyśliłem się. – Uśmiecham się do niego najszczerzej jak potrafię. Przygląda mi się podejrzliwie, ale nic nie mówi, a ja wyjmuję telefon zza pleców i notuję w nauczycielskim kalendarzu numer do tajemniczego Andrew.

Opublikowano Bez kategorii | 35 komentarzy

Rozdział trzydziesty dziewiąty – Zima

- Dlaczego nie chcesz, żeby Jasper trafił do więzienia? – Szepczę, patrząc w błękitne oczy Clive’a, kiedy leżę obok niego w łóżku, w niemal kompletnej ciszy. Wzdycha i odwraca się na wznak.

- A dlaczego ty chcesz, żeby tam trafił?

- Nie wiem… Czułbym się bezpieczniej. Ciebie by to nie uspokoiło? – Nie rozumiem go.

- Przecież to nie jest seryjny morderca.

- Ale jest agresywny. – Upieram się. Clive parska śmiechem.

 - Bez przesady.

- Spróbuj mnie zrozumieć. Nie wiesz, jak bardzo się bałem. – Przytulam się do niego  i patrzę mu w oczy. Całuje mnie w skroń.

- Wierzę ci. – Mówi, a potem dodaje:

- Ale wierzę też, że Jasper już nic ci nie zrobi. Nie jest wariatem, kochanie.

- Ja sądzę, że jest. Przecież ludzie nie atakują innych osób bez powodu. – Stale stoję przy swoim. Nie chcę, żeby po prostu był na wolności.

- Zaatakował mnie, bo chciał cię odzyskać.

- On mnie nigdy nie miał. – Poprawiam. Clive gładzi mnie po policzku.

- Uznał mnie za przeciwnika, ale już wie, że postąpił źle. Rozumie. Wierzę mu, ty też powinieneś.

- W zasadzie nigdy bym nie pomyślał, że ktokolwiek będzie o mnie z kimś walczył. – Uśmiecham się lekko. Clive głaszcze mnie po włosach. Jest tak czuły, kochany, bliski. Nie pytam już, jak się czuje, bo wiem, że go to drażni. Oddycham głęboko, zamykam oczy.

- Kocham cię. – Mówię. Chcę, żeby miał pewność. Nie mogę go nigdy stracić, choćby nie wiem co. Jestem za stary na ciągłe szukanie i zaczynanie wszystkiego od nowa. Może naiwnie, ale pragnę spędzić z nim całe życie. Tak po prostu. Po ludzku. Składa delikatny, wilgotny pocałunek w kąciku moich ust.

****

Próbuję przez nikogo niezauważony zrobić ksero wydruku z forum, wciśnięty w kąt pokoju nauczycielskiego. Wciąż podchodzę do tego wszystkiego stosunkowo sceptycznie. Nie wierzę, że to cokolwiek da. Ale jest cień szansy. Kiedy ktoś wchodzi do pomieszczenia podskakuję i przyciskam kartki do piersi.

- To prawda? – Odzywa się głos. Jestem jeszcze bardziej przerażony, prędko zgarniam oryginał dokumentów.

- Co? – Pytam, spoglądając na stojącą przede mną kobietę. Uczy czegoś artystycznego… Sztuki? Rysunku? W sumie nie wiem, po co. Te dzieciaki i tak mają pustkę w głowach. Jak ona miała na imię?

- To, o czym mówią na korytarzach wszystkie dzieciaki. Że molestujesz Whoopera. – Mówi, ze spokojem, a ja prawie dostaję ataku serca. Jak to? Cała szkoła już wie? To znaczy… Cała szkoła w to wierzy? Oni mnie teraz pogrążą jeszcze bardziej. Będę miał zniszczoną opinię do końca życia. Nie odpowiadam nic, tylko ściskając papiery wychodzę z pokoju nauczycielskiego, pędem kierując się do gabinetu pani dyrektor i starając się na nikogo nie patrzeć. Wymijam ubraną w bordowy kostiumik, tłustą babę z sekretariatu i nie zważając na jej pretensje otwieram z rozmachem drzwi dyrektorskiego gabinetu.

- Muszę pani coś pokazać. – Oświadczam, a dyrektorka spogląda na mnie niepewnie. Rany, myśli, że ją też chcę molestować? Nie czekając na jakiekolwiek słowo z jej strony podaję jej plik papierów. Czyta uważnie, w skupieniu.

- To forum, na którym uczniowie stworzyli cały plan, mający na celu usunięcie mnie z placówki. – Wyjaśniam. Powoli podnosi wzrok, przygląda mi się i odkłada dokumenty na biurko.  Co jest? Mowę jej odjęło?

- Mogę to zatrzymać? – Pyta. Kiwam zamaszyście głową.

- Oczywiście. Mam jeszcze dwa egzemplarze.

- Dobrze. Postaram się skontaktować z matką Christophera. To wszystko? – Upewnia się. Ma ogromny smutek w oczach. Nic więcej nie powie?

- Tak. Pójdę na zajęcia. – Mówię, żegnam się uprzejmie i wracam na korytarz. Dzieciaki stoją oparte o ściany, wysiadują na podłodze i parapetach, zajmują niemal całą przestrzeń. Jakby ich było za dużo, albo jakby się skupili w jednym miejscu. Idę spokojnie w stronę sali, starając się nie słuchać zaczepek i nie potknąć o niczyje nogi. Otwieram drzwi. Wszyscy są już w środku. Jak zwykle nikt nawet nie wyjął zeszytu, ani podręcznika. Nie mam pojęcia, czy którekolwiek z nich zda z tego hiszpańskiego.

- Dzień dobry.  – Mówię, wchodząc do sali. Przebiega przez nią szmer, chichot. Jestem nerwowy. Może to irracjonalne, ale trochę się boję tych nastolatków. Dzieciaki są bardziej podłe, okrutne, bezlitosne, niż dorośli. Wiem to z własnego doświadczenia. W milczeniu oddaję im testy. Jeżeli dyrektorka zauważy, że uczniowie nie robią postępów, wyrzuci mnie stąd? Zaczynam wpadać w paranoję.

- Czego dziś będziemy się uczyć? – Odzywa się urocza blondynka z ostatniej ławki. Uśmiecham się. Dostrzegam w niej sojusznika. Siadam za biurkiem, otwieram podręcznik.

- Doskonale.  Mamy rozdział o pracy. Będziemy więc rozmawiać o tym, kim chcielibyście być w przyszłości, oraz nauczymy się przeprowadzać rozmowę z pracodawcą. – Informuję. Gapią się na mnie bez przekonania.

- Proszę otworzyć zeszyty. – Mówię. O dziwo kilka osób reaguje. Jednak ktoś mnie tu słucha. Tyle dobrego.

****

Kiedy tylko wychodzę ze szkoły z zamiarem szybkiego powrotu do domu i kontrolowania Clive’a, odbieram telefon z obcego numeru.

- Hej, Vincent. To ja, Prior. – Mówi szeptem.

- Gdzie jesteś? Coś się stało? – Wpadam w panikę.

- Jestem w tym nowym centrum handlowym. Wiesz gdzie?

- Wiem. Ale co się stało?

- Czekam na policję. – Wzdycha Prior. Rozumiem jeszcze mniej.

- Jak to?

- Ukradłam jedną rzecz…

- Jak to ukradłaś? Co ukradłaś? Odbiło ci bez reszty?

- Możesz tu przyjechać? Potem mi zrobisz pogadankę o dobrym zachowaniu. – Oświadcza. Nie wiem, co robić. Jestem na nią wściekły, ale jednak nie umiem zostawić jej kompletnie samej. Pewnie też się boi.

- Przyjadę. Zaraz będę. – Mówię tylko. Docieram do tego sklepu w kwadrans, prędko odnajduję pomieszczenie ochrony. Próbuję rozmawiać z kierownikiem, ale nie chce mi nic powiedzieć. Nie mogę się też skontaktować z Prior. Co ona ukradła? I dlaczego? Stoję niecierpliwie, oparty o ścianę. Obserwuję potem, jak do sklepu wchodzi policja. Wysoki, ciemnowłosy funkcjonariusz i drobna, blondwłosa policjantka. Wchodzę do gabinetu szefa ochrony obiektu. Próbuję ukradkiem zajrzeć do środka, ale bezskutecznie, bo zatrzaskują mi drzwi przed nosem. Dzwoni mój telefon. Odbieram prędko.

- Gdzie jesteś? Coś się stało? – Pyta Clive. Martwi się. To urocze.

- W sklepie.

- Po co? Nie mogłeś zadzwonić? Denerwuję się, gdy cię nie ma. – Wzdycha. Czyli jednak boi się, że Jasper mnie skrzywdzi.

- Czekam na Prior. Przyjechała po nią policja.

- Nie może sobie z tym sama poradzić? – Pyta. W sumie ma rację, ale nie mogę poradzić nic na to, że martwię się o innych.

-Byłeś u lekarza? – Pytam.

- Tak. Jutro zdejmą mi gips. – Informuje mnie. Policja wychodzi razem z Prior. Nie wygląda na wystraszoną. Jest raczej pewna siebie, może nawet dumna. Informuję Clive’a, że muszę kończyć i idę za nimi. Czekam przed budynkiem, gdy zabierają ją ze sobą do policyjnego auta. Wychodzi z niego po kwadransie, z rękami w kieszeniach.

- Coś ty zrobiła? – Chwytam ją za łokieć. Nie jest smutna, ani skruszona.

- Ukradłam jedną rzecz. – Rzuca.

- I co? Tylko tyle masz mi do powiedzenia? – Rozkładam ramiona.

- Dostałam mandat. Ktoś musi zapłacić. – Odwraca się do mnie przodem. Wybucham śmiechem. Że co? Niby ja mam zapłacić? Chyba zupełnie jej odbiło.

- Powiedz mamie.

- Nigdy jej nie powiem.

- To ja jej powiem. – Wzruszam ramionami.

- Gdybyś był moim przyjacielem, pożyczyłbyś mi tę kasę. – Mówi stanowczo. Chce, żeby mi było przykro.

- Co ukradłaś?

- Szminkę. – Rzuca, jak gdyby nigdy nic.

- Co? Po co? – Jestem w szoku. Dziewczyna gnie w dłoniach druczek z mandatem.

- Wczoraj  były moje urodziny. Skończyłam osiemnaście lat i wszyscy mają to w dupie. Chciałam sama sobie zrobić prezent! – Podnosi głos. Zbija mnie z tropu. Jak to miała urodziny?

- Wiesz co? Skoro jesteś tak bardzo dorosła, to odpowiadaj za siebie. I sama sobie zarób, by uiścić grzywnę.  – Jestem wyjątkowo stanowczy. Sam sobie się dziwię. Prior jest zszokowana. Liczyła, że jej pomogę, będę się użalać, bez słowa dam jej pieniądze. Ale chyba faktycznie mam dość opiekowania się wszystkimi. Zaczyna padać śnieg, pierwszy w tym roku, ale to ignoruję. Prior wygląda na obrażoną. Trudno. Nic już nie mówi, więc odwracam się i idę na postój taksówek, żeby szybciej wrócić do domu. Kiedy docieram do mieszkania Clive próbuje jedną ręką odkręcić słoik.

- Cześć. Daj to. Zaraz zrobię coś do jedzenia. – Całuję go w policzek i odbieram od niego te suszone pomidory.

- Co z Prior? – Pyta i siada bokiem na krześle. Jest cudowny. Po prostu, bez powodu.

- Ukradła szminkę w centrum handlowym. Chciała ode mnie pieniądze. – Mówię.

- I co?

- Nie dałem jej. Nie chce nic powiedzieć matce, w dodatku od wczoraj jest pełnoletnia. Najwyżej skierują sprawę do sądu. Trudno. Ona nawet tego nie żałuje, więc nie widzę sensu w wyciąganiu jej na siłę. – Wyciągam z szafy garnek, spoglądam na niego przez ramię. Uśmiecha się do mnie, wzdycha.

- Myślałem że skoro dogadała się z matką, wszystko będzie dobrze. Ale może z nią się po prostu tak nie da. – Mówi. Podaję mu kubek z kawą, żeby nie umarł mi z głodu, bo podobno kofeina pobudza.

- Co powiedzieli ci w szpitalu? – Pytam, przyglądam mu się uważnie. Lekko wzrusza ramionami.

- Nic. Jutro zdejmą mi ten gips, potem czeka mnie rehabilitacja. – Unosi dłoń.

- To wszystko? Mówiłeś lekarzowi o zaburzeniach widzenia? – Pytam, a Clive wywraca oczami.

- Jesteś okropny, Vince. Musisz wszystko wiedzieć?

- Też się martwię.

- Nie ma o co. – Kwituje i wypija łyk kawy. Rozlega się pukanie do drzwi. Odrywam się od przygotowywania posiłku, ale Clive stanowczo mówi, że to on pójdzie otworzyć. To jak zwykle Sandra. Uśmiechnięta, ze śniegiem we włosach wchodzi do kuchni.

- Cześć. Co u was? – Siada przy stole.

- W porządku. Jutro zdejmują mu gips. – Mówię, ruchem głowy wskazując Clive’a ruchem głowy.

- A jak tam Zeke? Żyje jeszcze? – Siada naprzeciw niej, przysuwa sobie swój kubek.

- Nie rozmawiałam z nim od tamtego czasu, ale gadałam z tym twoim znajomym. Jeszcze go zaskoczymy.

- Co wy planujecie? – Clive unosi jedną brew, przygląda jej się podejrzliwie.

- Nie mogę zdradzić. Plan jest ściśle tajny. – Odpowiada, a potem z uśmiechem pyta, czy jej też zrobię kawę. Jej brat rzuca, że może ją sobie zrobić sama, na co Sandy oświadcza, że jest gościem i kultura tego wymaga. Przygotowuję ją więc bez szemrania i próbuję ogarnąć sos i makaron. Chyba mam za dużo na głowie. Miotam się dziwnie.

- Pomogę ci. Co robisz? – Sandra staje po chwili za moimi plecami i wyjmuje mi z dłoni drewnianą łyżkę. Odsuwam się chętnie od kuchenki i siadam na zajmowanym wcześniej przez nią krześle. Odechciewa mi się żyć na myśl, że muszę jeszcze przeczytać kolejny rozdział z podręcznika, żeby móc przygotować z niego moich uczniów, którzy wcale nie mają ochoty na naukę. Można się całkiem zniechęcić taką robotą. Sandy miesza w garnku z sosem, dosypuje dziwacznych przypraw, w ilości kilogramowej.

- Dałem te papiery dyrektorce. Mówiła, że zadzwoni do matki Chrisa. – Informuję ich.

- O kim mowa? – Sandra pobrzękuje biżuterią.

- O tym dzieciaku. Mówiłem ci, że chciał mnie poderwać. Teraz razem z matką oskarża mnie o molestowanie  seksualne. – Wyjaśniam.

- Zrobiliście coś z tym? – Upewnia się siostra Clive’a, wyłącza gaz i patrzy na nas wyczekująco.

- Clive znalazł forum jego klasy. Planowali tam, jak mnie wykończyć. – Mówię. Sandra niedowierza. Co na to poradzę?

- Wszystko będzie dobrze. – Pociesza mnie Clive, dotyka mojej dłoni. Jest czuły, uroczy, bardzo mu zależy. I ja to doceniam. Naprawdę doceniam.

 

****

Przez cały czas bacznie obserwuję Clive’a, bo boję się o jego zdrowie. To nie jest normalne, że nagle traci równowagę. Dlaczego nie chce mi nic powiedzieć? Po pracy spotykam się z nim przed budynkiem biblioteki. On wraca ze szpitala, po zdjęciu gipsu, ja ze szkoły. Wygląda dobrze. Stoi przy ścianie, uśmiechnięty, rumiany, mój.

- Jak się czujesz? – Pytam, kiedy kierujemy się na postój taksówek. Jest strasznie zimno, przez całą noc padał śnieg. To dopiero pierwszy tydzień grudnia, a wszędzie widać już natrętne odniesienia do świąt. Co jest nie tak z tymi ludźmi?

- Czuję się dobrze, nic mi nie jest. Nie do końca mam świadomość, że mogę już trochę operować tą ręką, ale to minie. Pojutrze mam rehabilitację.  – Głaszcze mnie ukradkiem po włosach. Wsiadamy do taksówki, spoglądam ukradkiem na poważnego, czarnego kierowcę, kiedy Clive podaje mu adres. Jedziemy w milczeniu. Docieramy po dziesięciu minutach. Siedzimy potem na kanapie, jedząc resztki wczorajszego obiadu i wpatrując się w wirujące za oknem płatki śniegu. Jest tak spokojnie, zwyczajnie, pięknie. Nie mogę powstrzymać parsknięcia śmiechem, kiedy widzę, jak nieudolnie walczy z utrzymaniem widelca w ręku. Jesteśmy tutaj sami, nikt nas nie widzi, nikt nie jest tu w stanie nas zaatakować. W czterech ścianach czuję się bezgranicznie bezpiecznie. U boku człowieka, którego kocham, któremu ufam i na którym mi zależy. Te krótkie, błahe chwile poprawiają mi humor. Wierzę, że może być dobrze, że nie jestem skazany na uciekanie i wieczny lęk przed odrzuceniem. Nikt do mnie nie dzwonił. Nie wiem co z Ianem, Adrienem, nie wiem, jak Prior załatwiła sprawę mandatu. Ale o dziwo wcale mnie to nie martwi. Chyba wolę nie wiedzieć i o tym nie myśleć.

 

****

Na Iana i Amy natykam się, gdy wracam ze szkoły. On jest rozdrażniony, ona smutna. Drepcze za nim, ubrana w biały płaszczyk.

- Cześć. Co się stało? – Pytam.

- Nic się nie stało? Co niby miało się stać? – Ian potrząsa głową.

- Wyglądacie na roztrzęsionych.

- Po prostu się śpieszę. Chodź. – Ciągnie Amy za rączkę. On ma jakieś dziwne metody wychowawcze. Nie umie tego wszystkiego ogarnąć.

- Mogę się zająć małą, jak masz coś do załatwienia. – Mówię. Odrzuca moją propozycję. Trudno, jego sprawa. Ale Amy mi szkoda. Ta mała, biedna, krucha dziewczynka nie wie, o co chodzi. Ian nie powinien tak jej traktować. W końcu zacznie się go bać. Kucam, przytulam ją, starając się nie wywalić na oblodzonym chodniku. Obserwuję potem, jak idą przed siebie i sam idę do domu. Muszę zadzwonić potem do Iana, bo jednak nie jestem niczego pewien. Telefonuję po drodze do Prior, ale się pewnie na mnie obraziła. Mam dosyć zmartwień. Muszę żyć własnym życiem.

Opublikowano Bez kategorii | 17 komentarzy

Rozdział trzydziesty ósmy – Odkrycie prawdy

- Jak się czujesz? – Pytam kontrolnie, a Clive patrzy na mnie z mordem w oczach. To mi nie daje spokoju, po prostu…
- Dobrze. Upadłeś na głowę, Vincent? Nic mi nie jest. – Wzdycha z rezygnacją.
- Nie masz uszkodzonej drugiej dłoni?
- Nie. Przestań nainterpretować. Jedziesz na tę wycieczkę? – Zmienia temat.
- Nie wiem. Muszę najpierw załatwić sprawę z molestowaniem. – Mówię. Jestem absoutnie bezsilny. Clive zamyśla się na moment.
- Czekaj. Jak ten dzieciak się nazywa? – Sięga po laptopa.
- Christopher Whopper. – Odpowiadam.
- Zabawnie. Rymuje się. – Uruchamia komputer. Nadal nie wiem, o co mu chodzi.
- Zaraz coś na niego znajdziemy…. To on? – Pokazuje mi jakieś zdjęcie.
- Tak. – Potwierdzam. Z fotografii uśmiecha się do mnie Chris we własnej osobie. Czekam cierpliwie, aż coś znajdzie.
- Czytaj. – Clive obraca komputer w moją stronę. Jakieś forum, czy coś… Może grupa na Facebooku. Rozpoznaję nazwiska jeszcze kilkorga uczniów. Najzwyczajniej w świecie dyskutują o mnie. W taki sposób, jakby wspólne tworzyli plan, jak mnie zniszczyć i usunąć ze szkoły.
- Wydrukujesz mi to? – Pytam, wciąż nie mogąc uwierzyć w słowa, widziane na ekranie. Nie myślałem, że dzieciaki potrafią być aż tak okrutne.
- Jasne. – Kiwa głową. Jestem zachwycony, czuję się pewniej, bo wydaje mi się, że w końcu mam coś na swoją obronę.
- Mówiłem już kiedyś, że cię kocham?
- Tak. Ale możesz powtórzyć. – Uśmiecha się i podaje mi wydrukowane kartki.
- Kocham cię. – Mówię, wkładając papiery do tekturowej teczki. Clive wyłącza komputer.
- Dostanę coś w zamian?
- A bezinteresowna pomoc?
- W tych czasach nie ma nic za darmo.
- Pójdziesz ze mną w sobotę do klubu? Mark chciał nam kogoś przedstawić…
- O ile Ian znowu nie zrobi afery. – Oświadcza.
- Nie będzie go. Amy wraca do niego w piątek wieczorem, będzie z nią siedział. – Uspokajam go. Wyjmuję z torby testy. Clive wstaje i obejmuje mnie w pasie zdrową ręką. Całuje mnie w kark, więc odchylam głowę w tył i muskam jego ciepłe wargi. Wyswobadzam się z objęć i odwracam do niego przodem.
- Naprawdę nie chcesz, żeby Jasper poszedł siedzieć? – Patrzę mu w oczy, odkładam kartki na stół. Wzrusza ramionami.
- Nie wiem. Uspokoi cię to?
- Nie wiem, do czego on jeszcze jest zdolny. A co, jeśli skrzywdzi jeszcze kogoś? Albo jeśli znowu spróbuje zaatakować ciebie? Nie masz pojęcia jak się wtedy bałem.
- Nie chcę do tego wracać. – Oświadcza i idzie odebrać telefon, rzucając jeszcze:
- Sprawdź to lepiej, bo naprawdę cię wywalą z pracy.

****

W sobotę siedzimy w tym klubie we trójkę: Adrien, Clive i ja. Tkwimy w milczeniu, bo Adrien jest z natury małomówny, a Clive rozmawia ze mną w domu. Z resztą… Jakby to wyglądało, jakbyśmy zaczęli gadać, wyłączając z rozmowy Adriena?
- Oni w ogóle przyjdą? – Odzywa się niespodziewanie, a ja prawie podskakuję w miejscu.
- Mieli być. – Clive wzrusza ramionami i lewą ręką sięga po szklankę. Są. Zwracam na nich uwagę, kiedy zauważam w tłumie faceta w czerwonej marynarce. Dostrzegam, że wlecze go za sobą Mark, a ten mężczyzna i jego ubiór wydają mi się dziwnie znajome. Gdzieś widziałem tego faceta w czerwonym. Zbliżają się do nas. Kurczę, przecież to jest Zeke!
- To jest Zeke? – Pytam szeptem, a Clive przygląda im się przez moment i kiwa głową.
- Faktycznie. – Wybucha śmiechem, wyjmuje z kieszeni telefon, prędko robi zdjęcie. To jest nie do uwierzenia…
- Myślisz, że Sandy doceni mój talent? – Pyta, pokazując mi fotografię.
- Pewnie. To chyba u was rodzinne. – Odpowiadam. Clive chowa komórkę do kieszeni i czekamy aż Mark i Zeke podejdą. Adrien wpatruje się w podłogę.
- Cześć. To jest… – Uśmiecha się od ucha Mark, ale wchodzę mu w słowo:
- Cześć, Zeke!
- To wy się znacie?
- Jasne, że się znamy! – Oświadczam, chyba nawet zbyt entuzjastycznie. Zeke ucieka wzrokiem, odwraca twarz.
- Skąd?
- Zeke spotyka się z moją siostrą. – Wyjaśnia uprzejmie Clive. Facet rozgląda się w kółko nerwowo, szuka drogi ucieczki. Zaraz wykopie dołek i się do niego schowa jak rosomak, czy inny świstak.
- To jest jakiś żart, prawda? Wy żartujecie? Oni żartują? – Mark próbuje spojrzeć mu w oczy, chociaż Zeke ucieka wzrokiem, jak się da. Trzęsie się nerwowo. Nie podejrzewał, że nas tu spotka. Coś jest w tym, że świat jest jednak mały…
- Nie żartujemy. Kilka dni temu Sandra nam go przedstawiła, jako swojego chłopaka. Prawda Zeke? – Pyta Clive, ale tamten w ogóle się nie odzywa i chyba pragnie uciec. Jeszcze nigdy u nikogo nie widziałem takiej paniki.
- Ty się z nią spotykasz, obecnie? – Pyta Mark. Zeke próbuje się wyrwać, ale zaciska palce na jego nadgarstku. W sumie mi go trochę szkoda. Pogubił się…
- Mogę do niej zadzwonić, jak chcesz. – Proponuje nieśmiało Clive, powstrzymując parsknięcie śmiechem. Adrien dopiero teraz podnosi wzrok.
- Tobie… Się psychiatra kłania. – Oświadcza ze spokojem, wskazując palcem na przerażonego faceta.
- Powiedz coś. – Prosi Mark, ale Zeke nawet na niego nie patrzy. A miał być taki sympatyczny wieczór…
- Pójdę już. – Mamrocze niepewnie Zeke, wyrywa rękę z uścisku.
- Stój.
- Pójdę. To nie ma sensu. – Mówi stanowczo i miesza się z tłumem. Gdzieś tam jeszcze miga czerwony punkt.
- Wybacz. To poniekąd nasza wina. – Odzywa się Clive, a Mark macha wzgarliwie ręką i przysuwa sobie stołek. Chyba jest zrezygnowany. A miało być pięknie…
- Trudno. – Wzrusza ramionami, a potem uśmiecha się słabo do Prior, brnącej przez tłum w błękitnym kombinezonie.
- Cześć. Co was tak mało? Znowu ktoś umarł? – Pyta.
- Nie. – Rzucam tylko. Wyglądamy chyba jednak tak, jakbyśmy właśnie wracali z pogrzebu. Rozczarowany Mark, Adrien ze spuszczoną głową i Clive rozmyślający nad czymś intensywnie.
- Co z Michael’em? – Pytam, by przerwać milczenie.
- W porządku. Moja mama z nim siedzi.
- Rozwija się prawidłowo? – Wtrąca się Clive. Prior lekko wzrusza ramionami.
- Chyba tak. Jest bardzo spokojny, cichy. I ma takie inteligentne spojrzenie. Ale to chyba nie po mnie.
- Co robi? W sensie z oczami? – Drąży Clive. Rany, on już się jakiejś choroby doszukuje. Dziecko ma dopiero parę miesięcy!
- Nie wiem. Nie reaguje, prawie w ogóle nie płacze, nie patrzy na mnie, gdy do niego mówię. Tak, jakby się rozgląda… Jakby czegoś szukał.
- Czy on przypadkiem nie cierpi na autyzm?
- Nie wiem. – Prior robi wielkie oczy.
- Skoro błądzi wzrokiem… To tylko hipoteza. Zdiagnozuje ci go psychiatra dziecięcy, za jakieś trzy lata. Ja nim nie jestem, więc… – Clive potrząsa głową i milknie. Znowu rozkłada to sobie w umyśle na czynniki pierwsze.
- Co jest z wami? Jakaś depresja grudniowa, czy jak? – Jęczy Prior.
- Facet, którego przyprowadził tu Mark, jest facetem mojej siotry. – Informuje ją Clive.
- Że jak?
- Zeke, który się ze mną spotyka, równocześnie spotyka, albo spotykał, nie wiem, się z jego siostrą.

****

-Co powiedziałeś matce Prior? Tak dokładnie? – Pytam tuż po przebudzeniu, leżąc obok Clive’a i gapiąc się w sufit, kiedy czyta reportaż o jakiejś epidemii w Afryce.
-Nie śpisz?
-Nie.
- I znowu zaczynasz?
- Ciekawi mnie to. Skoro już wszystko się ułożyło, dlaczego nie możesz mi powiedzieć?
- Bo nie ma o czym. – Składa gazetę i całuje mnie w czoło.
- Przestań mnie traktować jak głupszego od siebie. Dlaczego wszyscy przede mną wszystko ukrywają?
- Bo wyolbrzymiasz? – Wyłazi z łóżka i zabiera złożone w równą kostkę ciuchy.
- Nie wyolbrzymiam. Ja się tylko emocjonalnie angażuję.
- Wyolbrzymiasz, Vince. – Oświadcza z uporem i znika w łazience. Jestem zły. Dlaczego wszyscy nagle nie chcą ze mną gadać. Nie mam nawet pojęcia, co dzieje się z Amy, ani czy Ian kompletnie nie oszalał. Co poradzę, że mnie to nurtuje? Dzwonię do Iana, ale nie odbiera. Martwię się. Chociaż możliwe, że jeszcze śpi, w końcu jest dopiero wpół do ósmej. Clive wyłania się ubrany z łazienki, oświadcza, że mam przestać gnić i przestać dramatyzować, po czym ściąga ze mnie kołdrę. Morduję go wzrokiem, wlokę się do łazienki i wychodzę z niej po pół godzinie, większość z tego czasu poświęcając na gorączkowe rozmyślania. W momencie gdy wchodzę do kuchni ktoś puka do drzwi, więc nie odrywam Clive’a od przygotowywania śniadania i uprzejmie idę otworzyć. Mogłem się spodziewać, że to Sandra. Uśmiecha się do mnie od ucha, ubrana w krzykliwie żółty płaszczyk.
- Nie obudziłam was? No chyba, że wy się nie rozbieracie przed snem, na wypadek jakiejś wojny, czy czegoś… – Przechodzi przez próg, stukając obcasami lakierowanych kozaczków i kręci się w kółko, próbując wyplątać się z szalika. Ona jest niereformowalna.
- Nie. Przed chwilą wstaliśmy.
- Wszystko w porządku? – Pyta.
- Tak, a co ma być?
- Tak pytam. Hej, Clive! Jak tam twoja ręka? Nie dzieje się nic niepokojącego? – Dopytuje nieśmiało, wchodząc do kuchni, a Clive gwałtownie się odwraca i wskazując na mnie nożem pyta:
- Rozmawiałeś z nią?
- Nie!
- Powiedz mu coś. – Jęczy Sandra, patrząc na mnie błagalnie i opada ciężko na krzesło, a Clive tylko wywraca oczami i wraca do krojenia papryki.
- Przestań. Nie mamy po osiem lat.
- Jak ja miałam osiem, to ty miałeś sześć. Nie dodawaj sobie!
- Pokaż jej to zdjęcie. – Rzuca Clive. Sięgam po jego telefon, odnajduję fotografię.
- Jakie zdjęcie? – Sandy unosi jedną brew.
- Masz. – Podaję jej komórkę.
- No… Stoją sobie.
- Jezu, jak ty wolno myślisz. Mama miała rację, że powinnaś iść na normalne studia.
- Ale, że co? No, to jest Zeke…
- A to jest Mark, mój znajomy. I oni podobno są parą. To znaczy, już nie są, bo Mark wie, że Zeke równocześnie spotykał się z tobą. – Wyjaśniam. Sandra spogląda na mnie zdezorientowana.
- Ale jak równocześnie?
- Normalnie.
- I on nas oboje oszukiwał? – Sandy podnosi głos.
- Nie wrzeszcz. Jest niedziela. Niektórzy ludzie o tej porze śpią. – Uspokaja ją Clive, a jego siostra potrzą gwałtownie głową, pobrzękując barwnymi kolczykami.
- Nie. Ja tego tak nie zostawię. Zabiję go, wybiję mu zęby, zmielę je na proszek, wykopię dół o głębokości sześciu metrów, zmieszam te kły z ziemią, zakopię, a resztę ciała porąbię, spalę, przemielę i zakopię w kilku miejscach. – Oświadcza Sandra. A jednak też jest wariatką…
- Daj mi do niego numer. – Wyciąga do mnie rękę.
- Do kogo?
- Do tego twojego kolegi.
- Po co?
- Nie interesuj się za bardzo. Dawaj.
- Dobra. Idę po telefon. – Mamroczę niepewnie i wychodzę z kuchni. Wracam po chwili, odnajduję numer i ostrożnie podaję jej komórkę.
- Nie ugryziesz mnie? – Pytam przezornie.
- Dawaj i nie gadaj! – Wyrywa mi brutalnie telefon, przepisuje numer i agresywnie mi go oddaje. Odzywają się u niej jakieś podejrzane instynkty. Taką wściekłość to należy tępić w zarodku.
- Wiem, że przyszłam przed momentem, ale mnie wkurzyliście, to znaczy, nie wy personalnie i wychodzę. Wiem, gdzie mieszka. Albo nie… Najpierw zadzwonię.
- Nie rób nic głupiego. – Proszę, chociaż wątpię, że coś zdziałam.
- Nie. Ja nie planuję zrobić nic głupiego. Ułożyłam już sobie bardzo dokładny, zmyślny plan i zrealizuję go w stu procentach. – Mówi, zakładając płaszcz, kiedy słucham jej, oparty o kuchenną framugę.
- Ten z morderstwem?
- Nie. Lepszy!

Opublikowano Bez kategorii | 10 komentarzy

Rozdział trzydziesty siódmy – Tajemnice

- Cześć. Co z Ianem? Mówił coś? – Pytam, kiedy wchodzę do mieszkania. Clive wyłania się z kuchni i powoli kręci głową.
- Nie. Wypił kawę i poszedł.
- Tylko tyle? – Jestem naprawdę zdziwiony. Podczas tego porannego najścia był bardziej wylewny.
- Sandra przyjdzie za godzinę. – Informuje Clive, kiedy wyciągam z teczki sprawdziany.
- Tutaj?
- A gdzie? Dzwoniła rano. – Parska śmiechem.
- Dobra. To ja idę do Iana i do Adriena. Zdążę. – Rzucam wszystko. Muszę. Nie spocznę, dopóki się nie dowiem, co z nimi.
- A ja? Siedziałem sam przez pół dnia. – Jęczy i opada na kanapę. Macham wzgardliwie ręką.
- Przez cztery godziny! Ja siedziałem sam przez dziesięć lat. Kwestia przywyczajenia. – Rzucam.
- Będę czekać. Leć. – Uśmiecha się, a ja znowu wypadam na powietrze. Czuć już zbliżająca się zimę. Jest coraz chłodniej. Do mieszkania które dzielą Adrien i Dominic docieram w niecały kwadrans. Drzwi są otwarte, więc wchodzę do środka. W kuchni Dominic grzebie się w jakiejś pokrzywie i w poszukiwaniu Adriena i Amy odsyła mnie do pokoju. Są. Siedzą razem na podłodze i malują coś na ogromnej połaci papieru. To takie urocze. Robią coś razem, chociaż Adrien mówił mi, że tak naprawdę nie kocha Amy. Może coś go ruszyło? Amy jest kompletnie brudna od farby. Gdyby Ian to widział, dostałby apopleksji.
- Cześć. – Mówię. Oboje, jak na komendę spoglądają w moją stronę. Amy podrywa się i chyba planuje mnie przytulić, ale Adrien ją w porę zatrzymuje.
- Hej. Co cię tu sprowadza? – Pyta i wciska jej pędzel, wstając z podłogi.
- Chciałem zobaczyć, jak się bawicie. – Uśmiecham się.
- Super! – Woła entuzjastycznie Amy. Podchodzę bliżej, przechylam głowę. Sprawdzam, co to ma przedstawiać. Ładne nawet, chociaż dziwne. Cieszę się, że tak im dobrze idzie. A właściwie Adrienowi.
- Zostaje tutaj do piątku. – Mówi Adrien. Kiwam głową. Wiem. Mam mu powiedzieć o tym, co wyprawia Ian? Lepiej nie… Amy z zapałem tapla się w farbie. Patrzę na to jeszcze przez moment z błogością, a potem rzucam, że się śpieszę i lecę do Iana. Z nim jest gorzej. Siedzi nieruchomo w fotelu i gapi się w okno, trzymając na kolanach otwartą książkę. Letarg jakiś.
- Hej. – Rzucam niepewnie. Spogląda na mnie i nic nie mówi. No odbiło mu całkiem.
- Jak cię czujesz? – Pytam. Powoli kręci głową.
- Beznadziejnie. Nie umiem sobie znaleźć miejsca. – Mówi. Nie wiem, jak mam mu pomóc, chociaż bardzo chcę.
- Chcesz pogadać? – Pytam.
- Nie. Poczytam sobie.
- Byłem u Adriena. Z Amy wszystko w porządku. – Informuję. Wolę nie dodawać, że świetnie się bawią, bo Iana trafi szlag. Wzrusza lekko ramionami.
- Dobra. Idź już. Zostaw mnie w spokoju. – Prosi. Nie wiem, co robić. Spoglądam na wiszący nad jego głową zegar.
- Idź. Dam sobie radę. – Powtarza. Wiem, że Ian jest na tyle uparty że i tak zmusi mnie do wyjścia. Więc wychodzę i zostawiam go samego, na wszelki wypadek notując w pamięci, by wieczorem zadzwonić.

****

Sandra pojawia się w drzwiach chwilę po tym, jak wracam do mieszkania. Włazi do kuchni i stawia na stole kartonowe pudełko z ciastkami.
- Jak leci? – Pyta i sama zabiera się za jedzenie. Spoglądam na nią znad sprawdzianu.
- Możesz nie pracować, jak masz gościa? – Pyta.
- Nie mam czasu.
- Kompletny brak kultury. Mogę tu jutro też przyjść? Chcę wam kogoś przedstawić. Ma na imię Zeke i…
- Od razu wiadomo, że świr. – Clive powoli kręci głową i upija łyk kawy, a Sandy stuka się wskazującym palcem w czoło.
- Przecież ludzie sami sobie imion nie wybierają.
- Skoro ma tak na imię, to znaczy, że ma nienormalnych rodziców i musiało to na niego przejść w genach. – Odpowiada.
- Przestań sobie jaja ze mnie robić! To jest poważna sprawa. On może być ojcem moich dzieci. – Oświadcza stanowczo Sandra.
- Ile ma lat? Piętnaście, czy siedemdziesiąt?
- Przestań, Clive! – Prosi siostra. Clive się śmieje, a potem nagle traci równowagę. Nie potyka się, upada po prostu nagle, jakby stracił władzę w nogach i w ostatniej chwili chwyta się kuchennej szafki. Patrzymy na to z przerażeniem.
- Co się dzieje? – Pyta Sandra i wstaje z miejsca, ale Clive zatrzymuje ją gestem.
- Nie wiem. Kręci mi się w głowie, widzę podwójnie. Poczekaj chwilę. – Prosi. Tkwi w kucki oparty o szafkę, z zamkniętymi oczami, a Sandy stoi nad nim zdezorientowana. Nie wiem, co robić. Clive otwiera oczy i powoli się podnosi.
- Co się stało? – Pytam. Sandra na wszelki wypadek się cofa i siada z powrotem na krześle.
- Nie wiem. Jakiś dziwny zawrót głowy. Może osłabienie? Już jest w porządku. – Oświadcza i również zajmuje miejsce za stołem, ale zarówno jego siostra jak i ja przyglądamy mu się badawczo.
- Nic mi nie jest. Oszaleliście zupełnie? – Parska śmiechem.
- To nie jest normalne. – Kręcę powoli głową i wracam do sprawdzania testów.
- Dajcie spokój. Mów, Sandy. Kim jest Zeke?
- Nie. Muszę spytać, póki pamiętam… Macie już termin jakiejś rozprawy?
- Myślałem o tym i w sumie chyba nie ma sensu w ogóle kierować tego do sądu. – Oświadcza ze spokojem Clive, a ja tworzę spektakularnego bazgroła po środku arkusza, bo ucieka mi ręka. Jak to nie?
- Dlaczego? – Pyta niewyraźnie Sandra, wpychając do ust ciastko.
- Wie, że źle zrobił i raczej dotarło do niego, że już nie zdobędzie Vincenta. Po co jeszcze łazić po sądach, wykłócać się, niszczyć człowiekowi życie?
- A ty znowu z tym swoim chronieniem życia i godnego bytu? – Jęczy Sandra.
- O co chodzi? – Pytam i na wszelki wypadek odkładam długopis.
- Mówił ci, co się stało, jak miał osiemnaście lat i rzucił go facet? – Pyta Sandy, a Clive wywraca oczami.
- Przestań.
- Nie. Oświadczył, że nie pójdzie na studia i wyjedzie jako wolontariusz do Afryki. Ot tak, żeby pomagać.
- To chyba w porządku, co nie? – Próbuję go bronić.
- Tak. A teraz by go tu nie byłoby i nie byłby lekarzem, tylko grzebałby kijem w kupie słonia. – Sandy stuka palcem w stół, w rytm wypowiadanych słów.
- Ale jestem. Więc daruj sobie.
- I pójdziesz do tego sądu i powiesz, co zaszło!
- Ty mi grozisz?
- Jestem starsza i mam prawo.

****

Sandy i Zeke pojawiają się w samo południe, gdy wracam z pracy. Facet jest sympatyczny, kulturalny, nie za młody i nie za stary. Nie ma dziwnej fryzury, nie wygląda na ćpuna, ani niedorozwoja i nie śpiewa religijnych pieśni. Rozmawia z nami normalnie, chyba ma poczucie humoru. Przyjazny jest. I tyle. Prawie zupełnie zapominam o wczorajszym, nagłym upadku Clive’a. A może ataku? Sam nie wiem, jak to nazwać, a jeśli czegoś nie rozumiem, to mnie niepokoi.
- Jak się czujesz? – Pytam, kiedy siedzimy wieczorem przy kolacji.
- Dobrze. Co z tobą? Jesteś w jakiejś zmowie z Sandrą? – Potrząsa głową z niedowierzaniem. Nie wiem, co o tym myśleć, bo Clive nie chce mi nic powiedzieć. Albo naprawdę nic mu nie jest… Nie wiedzieć czemu wydaje mi się, że coś ukrywa. Ale może to dlatego, że ciągle wynajduję problemy. Nie wyobrażam sobie, co by było, gdybym go teraz miał stracić.

****

Kiedy w czwartek rano pani dyrektor wzywa mnie do swojego gabinetu spodziewam się, że znowu chce rozmawiać o wycieczce. Okazuje się jednak, że temat konwersacji dotyczyć będzie czego innego. W środku, oprócz dyrektorki siedzą Chris i jakaś chuda kobieta z długim nosem, zapewne jego matka. Kiedy staję w drzwiach, patrzą na mnie jak na seryjnego mordercę. Nie! Teraz stracę pracę. Pani dyrektor prosi, bym usiał, a potem mówi, że matka Chrisa przyszła do niej z nietypową sprawę.
- Czy to prawda, że pan molestuje Christophera? – Pyta. Tracę równowagę, powstrzymuję się, by nie wybuchnąć śmiechem. Ja? Kiedy? Gdzie?
- Nie. – Oświadczam, bo co jeszcze mogę dodać? Patrzę na Chrisa.
- Kłamie! – Wrzeszczy wysokim głosem matka chłopaka.
- Mają państwo na to jakieś dowody? – Pytam. Kobieta wstaje z miejsca.
- Ja to skieruję do sądu!
- Proszę się uspokoić. Spokój jest wskazany. – Prosi pani dyrektor, a ja czuję się, jak w jakiejś dziwnej farsie. Nie wiem, co mógłbym zrobić. Jestem przekonany, że zdołają mnie wrobić. Dzieciaki są wredne, mściwe, pomysłowe. Potrafią krzywdzić.
- Opowiedz o tym. – Matka Chrisa głaszcze go po głowie, jak małe dziecko. Rozpuszczony dzieciar!
- Nie mogę. – Jęczy dziwnie Chris. Aha… Czyli ja mu zrobiłem aż taką krzywdę, że nie może o tym mówić? Nie, no ja go zaraz zabiję i będą mieć pretekst, żeby mnie podać do sądu. Pani dyrektor też chyba im nie wierzy, ale nie może bagatelizować takich oskarżeń. Mówi, że skoro nie mam nic do powiedzienia mogę wrócić na lekcję, a potem wrócimy do tej sprawy. Matka Chrisa coś jeszcze za mną woła, ale nie słyszę. Oni mnie zniszczą. Jestem tego pewien.

****

- Nic się nie stanie. Dyrekcja im nie uwierzy. Ani sąd. Przecież nic na ciebie nie mają. – Pociesza mnie Clive, gdy wracam do domu. Nie byłbym tego taki pewien… Ale chcę mu wierzyć. Obserwuję jak wyciąga z szafy szklankę, napełnia ją wodą, a potem, w ułamku sekundy szklanka upada na ziemię i roztrzaskuje się w drobny mak. Milczymy obaj, patrząc na to z przerażeniem.
- Co się stało? – Pytam.
- Szklanka wyślizgnęła mi się z dłoni. – Mówi spokojnie i pochyla się, by posprzątać.
- Zostaw. Widziałem, że zadrżała ci ręka. – Wstaję. Dlaczego on coś przede mną ukrywa?
- Ścierpła mi dłoń. Na moment. Posprzątam. – Upiera się. Nie wiem, co mam zrobić, jak mogę mu pomóc.
- Przestań. – Proszę, kucając naprzeciw niego, zbierając większe kawałki szkła. Clive podnosi się powoli, oddycha spokojnie. Chcę wierzyć, że to kwestia jakiegoś osłabienia. Patrzę na niego ze smutkiem, z dołu.
- Nie patrz na mnie, jak na oszusta. – Mówi głośno, z pretensą w głosie. Czuję, że ma jakąś tajemnicę. W końcu jest lekarzem, musi coś podejrzewać. Dlaczego udaje? Wyrzucam szkło, wycieram podłogę i wychodzę bez słowa. Gubię się we własnych domysłach i przerażają nawet mnie samego. Nie umiem przejść obok tego obojętnie. Dzieje się coś złego. Tylko nie wiem co.

****

- Dlaczego uważasz, że on coś ukrywa? Może to naprawdę nie jest nic złego? – Mark wzrusza ramionami, kiedy pojawiam się u niego kolejnego dnia. Muszę z kimś tym pogadać, a nie chcę martwić Sandy.
- Nie wiem. Boję się.
- Więc dlaczego teraz z nim nie siedzisz?
- Za dużo o tym myślę, kiedy jestem blisko. – Wyjaśniam.
- Nie mam pojęcia, jak ci pomóc. – Wzdycha. Sam nie wiem co z tym zrobić, więc nie mogę wymagać od niego rozwiązywania moich problemów. Gubię się, chyba popadam w paranoję. Tworzę najczarniejsze, najbardziej przerażające scenariusze, a potem wmawiam sobie, że to nie może być prawa. Wczoraj Clive nie miał już żadnych niepokojących objawów. Albo ja po prostu nic nie zauważyłem… Znowu nic nie wiem. Milczenie doskwiera, więc zmieniam temat:
- Z kim się spotykasz?
- Z nikim się nie spotykam.
- Pisałeś do kogoś w sobotę. Przez kilka godzin. – Odpowiadam. Mark uśmiecha się lekko.
- Poznaję dopiero takiego jednego faceta. – Mówi. Wykazuję podejrzane, chyba zbyt entuzjastyczne zainteresowanie.
- Kto to? – Pytam. Mark wywraca oczami. Chce z tego robić tajemnicę? Dlaczego? Przecież spotkanie kogoś to fantastyczna sprawa!
- Poznacie go może w sobotę… Widzimy się w ogóle w sobotę?
- Nie wiem. Ian i Adrien są skonfliktowani, bo walczą o Amy. To znaczy, nie walczą, ale Ian tak sądzi. To skomplikowane.
- Co się stało?
- Adrien wziął Amy na parę dni i Ian sądzi, że on chce mu ją odebrać. – Wyjaśniam. Mark nic z tego nie rozumie. Ja też nie rozumiem. Rzadko rozumiem Iana i sposób w jaki postępuje. Jestem zmęczony tym wszystkim. Tym pobiciem, dziwnymi zachowaniami Clive’a, oskarżeniem o molestowanie, wizją wycieczki i ustawianiem życia Iana i Adriena. Łatwo można się pogubić, utonąć w tym całkiem I mnie to przerasta.

Opublikowano Bez kategorii | 13 komentarzy

Rozdział trzydziesty szósty – Amy

- Co powiedziałeś matce Prior? – Pytam nieśmiało, spoglądając na Clive’a zza kuchennej framugi i chowając się, zanim zdąży mnie zabić wzrokiem. Ta sprawa nurtuje mnie od wczoraj i nie spocznę, dopóki się nie dowiem. Przecież w dwadzieścia minut nie da się komuś zupełnie wyprać mózgu!
- Nie odczepisz się? – Pojawia się niespodziewanie w drzwiach. On się definitywnie jakoś teleportuje! Ludzie się tak bezszelestnie nie przemieszczają.
- Nie. – Odpowiadam szczerze i wracam do przygotowywania obiadu. Clive siada na blacie i patrzy na mnie przez chwilę.
- Gadałem z nią w sumie o wszystkim. – Mówi pokrętnie. Ja chcę właśnie wiedzieć o czym konkretnie! I czy naprawdę coś się udało zmienić.
- O czym? – Dopytuję. Milczy, więc sam się odzywam w końcu, żeby przerwać ciszę.
- Adrien dzwonił… Ma jakąś sprawę. Pytał, czy może tu jutro wpaść. – Przypominam sobie. Clive wzrusza ramionami.
- Może.
- W porządku. Napiszę.
- Mogę wrócić do pracy? – Pyta cicho. Od ilu dni jest w domu? Trzech? Bez przesady.
- Nie. To zwolnienie jednak o czymś świadczy. – Włączam płytę indukcyjną, a on zeskakuje z blatu.
- O tym, że Sandra zmusiła ich, żeby je wystawili?
- Nie. Masz siedzieć w domu. W ogóle widziałeś kiedyś lekarza bez ręki?
- Mam rękę.
- Wiesz, o czym mówię. To był skrót myślowy. – Wymijam go sprawnie i przechodzę do salonu, gdzie czeka na mnie sterta wypracowań, napisanych koślawym pismem moich ograniczonych intelektualnie licealistów.
– I wierzę głęboko w to, że gdzieś jest jakiś lekarz bez ręki. – Informuje mnie Clive, licząc pewnie, że się wzruszę i zgodzę na to, żeby poleciał do tego szpitala i siedział tam do usranej śmierci. Nie ma mowy.

****

Kiedy po skończonych zajęciach pani dyrektor wzywa mnie do swojego gabinetu, węszę coś strasznego. Jakiś spisek, albo śmierć, albo wywalenie z pracy, lub oskarżenie o molestowanie przez tego gówniarza, który nosi spodnie z krokiem w kolanach. Odstawiam dziennik i odwieszam klucze na miejsce, zastanawiając się potem przez chwilę, czy zwianie byłoby bardzo nie na miejscu i czy prędko by się wydało. Kiedy przechodzę przez sekretariat okupowany przez wyjątkowo otyłą i wyjątkowo niesympatyczną babę po pięćdziesiątce, wiem, że nie ma już odwrotu. Pukam do drzwi z tabliczką i wchodzę do środka, za zgodą.
- Wzywała mnie pani. – Mamroczę niepewnie i przysiadam ostrożnie na wyściełanym krześle, naprzeciw jej biurka, w głowie układając teoretyczny plan ucieczki.
- Tak. Mam do pana prośbę. Zgodziłby się pan pojechać z klasą na dwudniową wycieczkę? – Pyta. Zbiła mnie z tropu! Wycieczkę? Kiedy? Z kim? Przecież oni mnie na tej wycieczce zabiją i zakopią.
- Z którą klasą? – Pytam, w sumie nie wiedzieć po co. Wszyscy tu są tak samo patologiczni i przerażający.
- Drugą. Miał pan z nimi przed chwilą zajęcia. – Pani Dyrektor uśmiecha się ciepło, chociaż w jej oczach wciąż widać smutek i wieczne zmęczenie. No i jak ja mam jej odmówić? Nerwowo wyłamuję palce pod biurkiem. Przecież ja się nie nadaję na wyjazdy z bandą recydywistów i przyszyłych gwałcicieli.
- Mogę dać pani znać… Potem? – Pytam, bo patrzy na mnie wyczekująco. Kiwa głową, a ja znów gapię się na wiszące za nią zdjęcia martwych uczniów.
- Oczywiście. Namyśli się pan do przyszłego tygodnia? – Obraca w dłoniach żółty ołówek.
- Z pewnością. – Odpowiadam i wstaję. Wolę nawet nie myśleć o tym, że może chcieć ode mnie czegoś jeszcze. To nie na moje nerwy. Żegnam się z nią uprzejmie i wychodzę, mijając wepchniętego za biurko walenia w garsonce, a potem wypadam na korytarz, na którym roi się od psycholi i szkolnych, nieletnich terrorystów.

****

W sprawie tego, czy mogę przez godzinę zająć się Amy, Ian dzwoni akurat, gdy wychodzę ze szkoły. Pytam Clive’a o zdanie, bo w końcu to jest jego mieszkanie, nie moje, ale potem nie informuję Iana o tym, że w tym czasie będzie u nas Adrien. Pewnie znowu na mnie napadnie, powie, że robię to specjalnie. Ale przecież Amy chyba powinna widywać Adriena… Sam się w tym wszystkim gubię i im bliżej jestem mieszkania, tym większa ogarnia mnie niepewność. Zatrzymuję się na moment przed szybą wystawową sklepu z zabawkami i dochodzę do wniosku, że skoro odbiło mi do reszty, wcale nie zaszkodzi tego pogłębić. Kupuję wielkiego, białego, pluszowego misia, dochodząc do wniosku, że Amy kiedyś oszaleje od układania klocków i idę z nim do domu. Nie mam jak operować kluczem, więc pukam i drzwi otwiera Clive.
- To dla mnie? – Pyta z mieszaniną radości, zdziwienia i lekkiego wstrętu.
- Nie. Dla Amy. – Rzucam i przepycham się do środka, razem z niedźwiedziem, bo Clive blokuje mi przejście.
- Sympatyczny jesteś.
- Leć na dół, kup sobie. Jeszcze jeden został.-Odpowiadam, a on wywraca oczami i przez moment mi się przygląda.
- Adrien przyprowadzi Amy? – Zdaje się, że nic nie rozumie. Odwieszam płaszcz i wchodzę do pokoju.
- Ian przyprowadzi Amy. I natknie się na Adriena. Nie wiem co mam robić, ale nie potrafię mu odmówić… Z resztą jemu się nie da odmówić. Jest tak okrutnie męczący, że w końcu bym się i tak zgodził. – Mówię i sadowię pluszaka na kanapie. Clive patrzy na mnie, jak na świra.
- Oni cię zabiją. – Oświadcza ze spokojem.
- A ciebie zabije Prior.
- Wiem.-Kiwa głową. Spoglądam na zegar wiszący nad jego głową.
- Adrien tu zaraz będzie.-Wzdycham.
-To wygląda tak, jakbyś celowo ich konfrontował.-Stwierdza Clive, idąc za mną do kuchni. Sam już dawno do tego dotarłem.
-Wiem. Ian znów tak pomyśli, zacznie świrować, a potem o tym zapomni i… Tak w kółko.- Wypijam łyk wody i idę otworzyć drzwi, obawiając się trochę, że jednak Ian dotarł tu pierwszy. Na szczęście w drzwiach stoi ponury, rozczochrany Adrien, z ołówkiem wystającym z kieszeni i pyta, czy może wejść. Siedzi potem na kanapie, obok pluszowego misia, nie pytając nawet o to, skąd zabawka się tu wzięła i wypytuje Clive’a o działanie jakiegoś zielska, którego plantację planuje założyć Dominic. Ja w tym czasie zerkam co moment na zegar i próbuję zakląć los, czekając aż pojawi się tu Ian. Zrywam się z miejsca, gdy rozlega się dzwonek do drzwi. Otwieram pośpiesznie.
- Cześć. – Uśmiecham się do niego i macham do Amy, wlokącej za sobą różowy plecak.
- Może zostać na godzinę? Góra półtorej. Muszę ogarnąć parę spraw… – Zaczyna Ian, a Amy wchodzi do mieszkania i wymija mnie, nie zwracając uwagi na Iana, wołającego, że ma zdjąć buty i kurtkę, po czym pędzi do salonu. Jeny, zaraz nastąpi armagedon. Pierwsza hałas robi Amy, entuzjastycznie wołająca Adriena. Ian nieruchomieje, milknie, patrzy na mnie jak na zbrodniarza wojennego i mknie w głąb mieszkania, kompletnie ignorując obowiązek pozbycia się wierzchniej odzieży.
- Właśnie…. Ian, Adrien tu jest. On był umówiony wcześniej i teraz, gdzy zadzwoniłeś… Chciałem posiedsieć z Amy, bo to żaden problem.-Próbuję odruchowo jakoś to sprostować, zanim Ian wyjdzie z siebie.
- Mogłeś mi powiedzieć, że masz gościa, że nie masz możliwości zajęcia się Amy. – Mówi spokojnie, gapiąc się w ścianę i nie wyrażając absolutnie żadnych emocji.
- Ale właśnie mam możliwość.
- Nie masz! O co chodzi? Chcesz przeciągnąć Amy na jego stronę, chcesz, żebyśmy o nią walczyli? Dlaczego ci tak bardzo zależy na tym, żeby mnie nieustannie narażać na stres? – Odwraca się gwałtownie przodem do mnie. Nie wiem, jak zareagować, więc dopadam do pluszowego misia, zajmującego miejsce obok Adriena i mówię:
- Patrz, kupiłem dla niej misia. Amy, kupiłem dla ciebie misia. W prezencie. Cieszysz się?
- Maskotki zbierają kurz, roztocza i drobnoustroje. – Oświadcza stanowczo Ian. Liczę w myślach do dziesięciu, bo naprawdę nie wiem, jak mam mu przemówić do rozumu. Istnieje cokolwiek, co zmieni jego tok myślenia? Co go uspokoi? Amy wyciąga rączki po zabawkę, obejmuje niedźwiadka, przyciskając się bokiem do zdezorientowanego Adriena i patrzy ze smutkiem na Iana. Wpatruje się w nią przez chwilę z zaciśniętymi szczękami, a potem wyciąga rękę i oświadcza stanowczo:
- Idziemy.
- Masz jakąś sprawę… – Zaczynam, ale potrząsa głową.
- Załatwię to kiedy indziej. Idziemy!
- A miś? – Pytam nieśmiało, bo Amy jest zbyt zagubiona, by się odezwać.
- Daj to! – Ian bierze pluszaka pod pachę i pogania małą w kierunku przedpokoju. I wtedy dzieje się coś strasznego i niebywałego: Amy się zapiera i stojąc uparcie w jednym miejscu zaczyna płakać. Właściwie wyć histerycznie.
- Co się stało? – Pytam jako pierwszy, bo nikt się nie odzywa, a Amy jest bliska utraty tchu. Kucam przed nią, kiedy stoi tu taka biedna, bezradna, zasmarkana i jest mi jej niezmiernie żal. Ona pewnie z tego, co gada Ian, rozumie jeszcze mniej, niż ja.
- Nie chcę. – Oświadcza tylko stanowczo, dla polepszenia efektu tupiąc nogą, a ja spoglądam na Iana, gapiącego się na nas z góry, z wyrzutem.
- Może ten… Może zostać ze mną przez parę dni. – Proponuje Adrien. Wiem, że robi to tylko po to, żeby Amy przestała się drzeć i żeby nastała znowu względna cisza i harmonia.
- Zgadzasz się? – Pytam. Ian nerwowo przytupuje, zwężają mu się źrenice, ale w końcu kapituluje:
- Dobra. Ale tylko do piątku. Podaj mi adres. Przywiozę rzeczy.
- A mogę misia? – Amy odchyla głowę w tył, by na niego spojrzeć, a Ian, zrezygnowany kompletnie podaje jej go bez słowa i wychodzi, bez żadnego pożegnania. Teraz coś w nim pękło. Nigdy nie był rozdzielony z Amy na tak długo… A co, jeśli mu od tego nagle odbije? Amy zdaje się być tym niewzruszona. Uradowana rzuca się na Adriena z rozbiegu, a ja notuję w myślach, żeby zadzwonić wieczorem do Iana i upewnić się, że nie próbował popełnić samobójstwa, waląc się w czaszkę niezwykle cennym, starożytnym posążkiem. Clive nie odzywa się w ogóle, bo chyba uznał, że nie ma sensu się wtrącać.

****

- Dyrekcja chce, żebym jechał z klasą na wycieczkę. – Mówię, kiedy siedzę w pościeli obok Clive’a, studiującego z zapałem artykuł pod tytułem: „Obcy w moim oku”.
- To jedź. W czym rzecz? – Pyta, nie odrywając wzroku od treści. Wzdycham ciężko.
- Te dzieciaki są straszne. Nie chcę jechać, ale boję się odmówić. Ona sądzi, że to dla nich szansa. Wiesz, pochodzą z biednych dzielnic, patologicznych rodzin, a tak zobaczyłyby…. To coś, co można zobaczyć tam, gdzie mają pojechać.
- Daj spokój. Dzieciaki, to dzieciaki. Jedź. Zrobisz im przyjemność. – Odpowiada. Wpadające przez okno światło księżyca tańczy na jego twarzy.
- Tak myślisz? A co, jak mnie zabiją? Utopią, na przykład? – Drążę temat.
- Przecież na takich wycieczkach zawsze jest drugi opiekun.
- Pewnie pojedzie pięć osób i wystarczę im tylko ja… Żeby mnie ukatrupić.
- Ale ty masz paskudne podejście, Vincent. – Stwierdza stanowczo i zamyka gazetę. O! Będzie mi teraz prawił morały.
- Dobra. Daj spokój. Gadałem z Adrienem. – Zmieniam temat, dając mu do zrozumienia, że ma się odczepić. Ile mogę o tym słuchać?
- I?
- Podobno daje radę. Ian przywiózł tylko rzeczy małej. Nadal jest dziwnie zdenerwowany i wygląda, jakby chciał kogoś zabić. Tak mi mówił Adrien.
- Przejdzie mu. W końcu tu chodzi o Amy, a nie o niego. – Clive ponownie wertuje prasę, szukając oka z którego wyłazi glista. Nie jestem tego tak pewien, jak on. Ian nieczęsto się tak zachowuje. To nie w jego stylu i naprawdę się martwię, że coś sobie zrobi, zwłaszcza, że nie odbiera ode mnie telefonu. Ian jest kulturalny, grzeczny i poukładany, ale dość impulsywny, więc mogło mu coś odbić. A to już naprawdę będzie moja wina!

****

Tajemnicze zniknięcie Iana ze świata wyjaśnia się dwa dni później, kiedy cały i zdrowy staje w drzwiach mieszkania, które Clive wspaniałomyślnie ze mną dzieli, o dość nietypowej porze.
-I an? Co ty tu robisz? Jest szósta rano. – Patrzę na niego, jak na idiotę, próbując się rozbudzić, bo do końca nie wiem, co się dzieje.
- Kto rano wstaje…-Uśmiecha się szeroko i rozkłada bezradnie ramiona. Przesuwam się, by wpuścić go do środka.
- Co się stało? Rany, Ian. Przecież ty jesteś kompletnie pijany. – Wyciągam rękę, by nie upadł, kiedy zamykam za nim drzwi. Próbuję sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz widziałem go w takim stanie i uświadamiam sobie że nigdy, ale to nigdy, nie zdażyło mu się upić. Czyli naprawdę świat się kończy…
- On mi ją zabierze. – Jęczy Ian, gestykulując dziwacznie.
- Kto? – Pytam i spoglądam na zdziwionego Clive’a, który pojawił się w drzwiach sypialni.
- Amy…
- Adrien ma ci odebrać Amy? Co ty? Ian! To niemożliwe. – Mówię, bo sam nie wiem, co powiedzieć, a muszę go jakoś uspokoić, bo zachowuje się dziwnie i może zacząć hałasować. Lokuję go na kanapie. Chwieje się w przód i w tył, a potem nieruchomieje ze wzrokiem utkwionym w podłodze.
- On mi ją… Chce odebrać! – Mówi stanowczo. Za dużo czasu spędził sam i snuł jakieś niedorzeczne teorie. Teraz całkiem oszaleje…
- Przecież Amy wróci do ciebie w weekend. Wiesz co… Jedź do domu…- Zaczynam, ale widzę jak Clive potrząsa głową.
- Zostań tu, prześpij się. Pogadamy rano.-Mówię stanowczo, a Ian potrząsa głową i wygląda, jakby był gotów do popełnienia najgorszej zbrodni w historii naszej planety. A jak on coś w nocy zrobi? Sobie, albo co gorsza komuś innemu?
- Zostaw go. Idziemy spać. O której musisz być w szkole? – Clive przywołuje mnie gestem.
- O jedenastej.
- No to masz jeszcze dwie godziny snu przed sobą. – Uśmiecha się i otwiera przede mną drzwi sypialni. Z troską wpatruję się jeszcze przez chwilę w Iana. Nie mam pojęcia, o co mu znowu chodzi. Chyba go to przerasta. Wracam pod kołdrę i próbuję zasnąć, starając się uspokoić myśli. W końcu mi się udaje, ale budzi mnie dzwonek do drzwi. Na początku myślę, że tylko mi się wydaje i otwieram oczy dopiero, gdy rozlega się drugi raz. Co jest? Oni wszyscy oszaleli do reszty? Wstaję, żeby nie obudzić Iana i przysięgam sobie, że jak to Adrien, to go zabiję. Okazuje się jednak, że w drzwiach stoi Prior trzymająca nosidełko ze śpiącym smacznie Michaelem, w środku.
- Cześć. Obudziłam cię? – Pyta niepewnie.
- Nie ty pierwsza, dziś. Co się stało? Cieszę się, że wróciłaś…
- To ty zadzwoniłeś po karetkę? Powiedzieli mi, że jakiś dziwny gość, który powiedział, że mnie nie zna.
- Bardzo śmieszne. Co jest? – Dopytuję. Wiem, że i tak nie mam już po co podejmować próby zaśnięcia, ale wizja przygarnięcia pod nie swój dach jeszcze jednej osoby, w dodatku z dzieckiem, wcale mnie nie kusi.
- Ja w sumie nie przyszłam do ciebie. – Informuje.
- A do kogo?
- Do Clive’a. Gdzie on jest? – Wpycha mi nosidełko i krzyżuje ramiona. No, a nie mówiłem, że go zabije?
- Czekaj. Zawołam go, dobra? Tylko nie rób hałasu, bo Ian tu jest. – Oddaję jej dziecko i odsuwam się na bezpieczną odległość.
- A co Ian tu robi?
- Nie chcesz wiedzieć. – Potrząsam głową i wywlekam biednego, zaspanego Clive’a z sypialni. Prior morduje go zwrokiem, a on uśmiecha się serdecznie i woła:
- Cześć, Prior. Jak się czujesz? Rozmawiałaś z mamą?
- Rozmawiałam. Czego jej nagadałeś? – Pyta, a ja próbuję ogarnąć ich wszystkich, zerkając to na Michaela, to na Clive’a, na Prior i na Iana, leżącego na kanapie twarzą do dołu, z ręką na podłodze.
- Nic szczególnego. Wszystko już dobrze? – Pyta Clive, wciąż nieco zaspany.
- Ja cię kocham normalnie! – Woła zbyt głośno jak na tę porę Prior i rzuca się na niego w podskokach, próbując mu chyba przy okazji uszkodzić drugą dłoń. Dziewczyna buja się z boku na bok, ściskając przerażonego Clive’a w objęciach.
- Dzięki. – Dodaje, kiedy się od niego odsuwa i zabiera ode mnie niemowlę.
- Czyli wszystko w porządku? – Pytam, a Prior w odpowiedzi zamaszyście macha głową.
- Dobrze. Przewietrzyłam małego, więc lecę, bo o ósmej mam indywidualne.
- Masz indywidualne nauczanie?
- Aha. Matka załatwiła, jak mnie nie było. Trzymajcie się. I pozdrówcie Iana, chociaż nie wiem, czemu go tu trzymacie. Idę. – Oświadcza i znika za drzwiami, a Clive rozkłada bezradnie ramiona i potrząsa głową.
- Ty jej musiałeś coś nagadać.
- Nic takiego. Idź. Umyj się, ubierz się. Musisz iść do pracy. Zrobię kawę. Obudzić Iana?
- Jak chcesz. Ale może znowu jęczeć, jak się przebudzi. – Kieruję się do łazienki.
- To lepiej niech odeśpi.
- Dasz sobie z nim radę, jak pójdę do szkoły? – Upewniam się.
- Zabił już kogoś w przeszłości?
-Nie żartuj!

Opublikowano Bez kategorii | 37 komentarzy

Rozdział trzydziesty piąty – Konflikt

-Nie jestem głodny-Jęczy Clive.
-Jedz.-Patrzę na niego wyczekująco.
-Mogę sam?
-Nie umiesz używać lewej ręki. Otwieraj usta.-Rozkazuję. Wiem, że go to denerwuje, bo jest cholernie samodzielny. Wygląda teraz tak uroczo i bezbronnie.
-Otwieraj, albo powiem o wszystkim Sandy.-Grożę.
-Zdrajca.-Wyciąga rękę po widelec. Trzyma go dziwnie, koślawo, niepewnie. Drży mu w dłoni. Powstrzymuję śmiech, a on morduje mnie wzrokiem.
Wiszisz?-Pytam. Kapituluje i oddaje mi widelec. Jest tak niesamowicie niewinny w tym momencie. Je makaron, który udało mi się w niego wmusić i przerywa milczenie.
-Powiesz mi, gdzie mieszka matka Prior?-Pyta i ociera kącik ust kciukiem zdrowej ręki. Znowu zaczyna? Liczyłem, że już o tym zapomniał. Dlaczego jest taki?
-Po co?-Podsuwam mu widelec, ale potrząsa głową.
-Chciałbym z nią porozmawiać.
-Mówiłem ci, że to nic nie da.
-Chciałbym spróbować.-Upiera się. Nie dojdę z nim do kompromisu.
-Nie dasz za wygraną?
-Może coś zdziałam.
-Jesteś obcym człowiekiem. Z resztą, co jej powiesz?
-Dziecko jest z nią?
-Mówiłem, że nie wiem. Trzeba było ci o tym nie mówić-Odstawiam talerz i sięgam po dzwoniący telefon. Wychodzę do kuchni, by odebrać, zostawiam go samego.
-Cześć.-Woła Sandra po drugiej stronie.
-Hej.
-Jak się sprawuje nasz pacjent?
-Nie możesz sama zadzwonić do niego?-Podglądam go zza framugi. Jest doskonały nawet teraz, kiedy siedzi po turecku na kanapie, rozczochrany i ubrany w za szeroki, szary sweter.
-Nie powiedziałby mi prawdy. Mów, co z nim.-Ponagla Sandra.
-Nie chce jeść.
-Powiedz, że mu nakopię do dupy.-Prosi. Podskakuję, kiedy Clive nagle zjawia się za moimi plecami.
-Donosiciel. Oddawaj.-Odbiera mi telefon, nim mam czas, by zaprotestować.
-Wszystko słyszałem. Nie wierz mu, wyolbrzymia.-Mówi do telefonu i mruga do mnie jednym okiem. Idę po talerz z resztką obiadu i czekam, aż skończy gadać.
-Sandra jutro tu przyjedzie.-Informuje mnie.
-W porządku.-Wzruszam ramionami, wsuwam telefon do kieszeni.
-Nie masz nic przeciwko?
-Nie. Była tutaj nawet wtedy, gdy byłeś w szpitalu. Nie chciała, żebym siedział sam.-Mówię. Clive odpowiada uśmiechem.
-Pojadę jutro po rzeczy.-Informuję. Rozchmurza się bardziej.
-Nie powiedziałem, że sprzedam mieszkanie.-Próbuję ostudzić jego entuzjazm. Po prostu wielu przedmiotów mi brakuje.
-Więc… Podaj mi ten adres.-Krzyżuje ramiona.
-Miałeś odpoczywać, jesteś poobijany.
-Podaj.-Powtarza.
-Chcesz tam jechać teraz? Ta kobieta jest nieobliczalna.-Ostrzegam.
-Vince.
-Dobra. Wezwij taksówkę. Mogę chociaż jechać z tobą?

****

Kiedy stajemy przed drzwiami mieszkania matki Prior, wpadam w panikę. Pamiętam moje pierwsze i ostatnie spotkanie z nią. Clive puka, ja się odsuwam, tak na wszelki wypadek. Matka Prior pojawia się po chwili, rozczochrana, nieumalowana, ubrana w wielki, zielony golf i ogrodniczki.
-Słucham?-Mówi. Clive uśmiecha się od ucha do ucha, jak ci treserzy dzikich zwierząt, pożarci przez lwy. Też się uśmiechali, a teraz są strawieni.
-Nazywam się Clive White. Jestem lekarzem. Chciałbym z panią porozmawiać o Prior.
-Skąd o niej wiesz? I dlaczego mam ci wierzyć?-Kobieta krzyżuje ramiona, potrząsa głową, zerka w moją stronę.
-Nie musi pani.-Clive wzrusza ramionami. Matka Prior przygląda mu się uważnie. Wiem, że gdzieś w głębi duszy się martwi.
-Trudno. Niech pan wejdzie.-Macha ręką i wpuszcza go do mieszkania, zatrzaskując mi drzwi przed nosem. Ona go teraz pożre i przetrawi! Co mam zrobić? Podsłuchiwać? To bez sensu. Wychodzę więc z bloku i czekam na niego, krążąc w kółko, jak ci rolnicy, którzy wydeptali kręgi w zbożu, a potem gadali w mediach, że widzieli latające spodki. Clive zjawia się po jakimś kwadransie. Zadowolony i nienadgryziony.
-Jak było?-Pytam.
-Dobrze.
-Co jej powiedziałeś?
-Nie interesuj się tak, Vince. Jesteś upierdliwy i natrętny.-Wywraca oczami. Kurde… A jak on ją tam po cichu zamordował?
-Ale myślisz, że coś do niej dotarło?
-Idziesz dziś wieczorem do klubu? Chodziliście tam co sobotę…-Zmienia temat.
-Co ty się taki rozrywkowy nagle zrobiłeś?-Spoglądam na niego podejrzliwie.
-Mówiłeś, że od śmierci Davida kontakt się wam powoli urywa. Więc… Może by ich obdzwonić?-Proponuje. Wzruszam ramionami. Może to i jest jakaś myśl, ale boję się, co znowu odwali Ian.
-W porządku. Zaraz napiszę.-Mówię i wyciągam z kieszeni telefon. Nie chcę się z nim spierać, a może faktycznie ma to jakiś sens. Chyba zbyt dużo we mnie z konformisty… A potem powoli dociera to do mnie samego i informuję go:
-Prior cię zabije.

****

O dziwo zjawili się wszyscy, choć wątpiłem w to, że zdołają przyjść. Pojawił się nawet nieproszony Dominic. Ian jak zwykle tkwi nieruchomo i patrzy na niego wzrokiem seryjnego mordercy. Nadal nie rozumiem do końca o co mu chodzi. Co mu zrobił ten facet? Skoro Ian ma tak bardzo dość Adriena, to po jaką cholerę czepia się Dominica?
-Znowu go tu przyprowadziłeś, żeby mnie sprowokować? Tylko o to ci chodzi?-Wybucha Ian. Wiedziałem, że w końcu zacznie…
-Weź się puknij. Albo poproś, żeby ktoś cię puknął… Tirem najlepiej.-Mamrocze Adrien, a Ian aż się zapowietrza.
-Właśnie. Robisz się nudny i wkurzający, Ian.-Dodaje Mark, nie odrywając wzroku od telefonu.
-Ja?-Jest oburzony.
-Tak. Skoro nie jesteście razem od… Od dawna… To weź to olej.-Wzdycha Mark. Ian wstaje.
-Musisz stale wydziwiać? Daj spokój. Siadaj.-Proszę. Dominic obserwujący to wszystko z przerażeniem dopiero teraz przemawia.
-Przestańcie się kłócić. To bezsensowne.-Mówi cichym, spokojnym, śpiewnym głosem. Założę się, że w podobnym tonie przemawiał Jezus do swoich uczniów, w chwili gdy przemieniał wodę w wino, by zrobić z nich grupę anonimowych alkoholików.
-Nie odzywaj się! W ogóle!-Ian wskazuje na niego palcem. O co mu właściwie chodzi?
-O co ci chodzi?-Pytam.
Jak to, o co?
-No… Ogólnie, o co.-Wzruszam ramionami i patrzę na niego wyczekująco. Chyba udało mi się zbić go z tropu.
-O… O zasady jakieś!
-Jakie? Bo nadal nie rozumiem. A Adrien i tak już ci tłumaczył, że oni tylko razem mieszkają.-Mówię. Ian wzdycha, siada na miejscu, z uniesioną głową i wzrokiem utkwionym w jakimś, tylko sobie znanym, punkcie. Założę się, że myśli teraz nad czymś intensywnie i w najmniej spodziewanym momencie wyskoczy z kolejnym, nie trzymającym się kupy argumentem.
-Z kim korespondujesz?-Zwracam się ciekawsko do Marka. Wszyscy, jak na komendę spoglądają w jego stronę.
-Jeny… Z takim jednym… Człowiekiem.
-Z kim?-Ożywia się Ian, poruszając się nagle, gwałtownie, jakby mu ktoś wymienił baterię.
-To jeszcze nie jest nic pewnego. Dajcie mi spokój.-Jęczy Mark, a Dominic się uśmiecha, jakby właśnie złamał kody szyfrujące Enigmy, bo wszyscy się uspokoili. Do końca spotkania z Marka nie udaje nam się wyciągnąć nic więcej, ale przynajmniej Ian już nie wariuje.

****

Sandy zjawia się niespodziewanie wcześnie, przed ósmą pukając już do drzwi.
-Cześć.-Uśmiecha się rumiana i rozczochrana, kiedy wpuszczam ją do środka.
-Jest niedziela.-Sugeruję szeptem, ale Sandra chyba mnie nie słucha, lecąc pędem w głąb mieszkania w poszukiwaniu Clive’a i stukaniem obcasów na bank budząc wszystkich sąsiadów. Rezygnuję więc z dalszej dyskusji i zamykam drzwi, by potem odnaleźć ich oboje w kuchni.
-Co u was?-Pyta głośno siostra Clive’a, siadając gwałtownie na krześle i pobrzękując przy tym kilogramem złotej biżuterii.
-W porządku.-Wzruszam lekko ramionami. Clive odwraca się od kuchenki i rzuca:
-Vincent się wprowadza. Na stałe.
-Tutaj?-Sandy pochyla się w moją stronę. Przeraża mnie ta rodzina.
-Nie do końca. To znaczy tutaj, ale nie do końca się wprowadzam.
-Nie rozumiem.-Sandy potrząsa głową i czeka na wyjaśnienia.
-Po prostu chcę zabrać stamtąd kilka rzeczy…
-Nie chce sprzedać mieszkania. Powiedz mu, że bez sensu jest opłacać lokal niezamieszkały.
-Właśnie! Nic nie zrozumiałam z ostatniej części ostatniego zdania, ale właśnie! On ma rację. Skoro tam nie bywasz, nie mieszkasz, nie ma cię, po prostu, to po co się przywiązywać?-Pyta. Nie umiem im tego wyjaśnić. Przywykłem do miejsca.
-Może macie rację. Pomyślę o tym.-Mówię na odczepnego.
-Mama się o mnie martwi.-Wzdycha Sandra i zabiera mi sprzed nosa kubek z kawą.
-Dlaczego?
-No… Bo się, że się nie rozmnożę, a jeśli już to w wieku, w którym się rozmnażać nie powinnam, bo nie umiem się z nikim związać na stałe.-Oświadcza. Clive macha wzgardliwie ręką.
-Daj spokój. Jeszcze masz czas.
-A kiedy wy przyjdziecie, żeby powiedzieć…
-O czym?
-Nie udawaj idioty, Clive! Przecież już wtedy, gdy się wyprowadził na ten kawał czasu, zauważyłam, że on ma jakiś podejrzany pierścionek, który nie wygląda na pierścień szkolny, ani pamiątkę po babci nieboszczce.-Wywraca oczami. Czyli ona o wszystkim wie?
-Hej! Ale nie powiedziałaś nikomu?-Pyta Clive z przerażeniem.
-Nie. Tylko, jeżeli sami w najbliższym czasie nie przyjedziecie i o tym nie powiecie rodzicom, to coś we mnie pękie, przeleje się i wyleje. I powiem o wszystkim.-Rozkłada bezradnie ramiona.
-Kiedy to było?-Pyta i upija łyk mojej kawy.
-Wtedy… Gdy pojechaliśmy do tego lasu.-Odpowiada wymijająco Clive i stawia przede mną drugą kawę. Sandy przygląda mu się przez moment, jakby liczyła na więcej szczegółów.
-Dobra. A jak się czujesz?-Zmienia temat i wraca do poprzednio zajmowanej pozycji, przestając mu się wyczekująco przyglądać.
-W porządku.

Opublikowano Bez kategorii | 3 komentarzy

Rozdział trzydziesty czwarty – Dźwięki ciszy

Stojąc obok Prior i pilnując, żeby mi nie uciekła, dzwonię po karetkę. Udaję, że jej nie znam i nie wiem, co jej jest. Mam serdecznie dość niańczenia wszystkich wokół. Pogotowie ją zabiera, a ja wracam do domu. Potem podpytam kogo trzeba. Wykręcam numer Adriena.
-Cześć, co słychać?
-Byłeś u mnie wczoraj.-Mamrocze niepewnie. Pewnie ma mnie za kompletnego wariata.
-Wiem. Chciałem tylko z kimś pogadać. Wszystko gra?
-Tak.-Odpowiada, jak zwykle niezbyt wyczerpująco.
-Roz…-Zaczynam, ale Adrien wchodzi mi w słowo:
-Ty masz jakieś patologiczne podejście do życia.
-Patologiczne?
-Patologiczne. Może nie tak patologiczne jak David, ale… Patologiczne.
-Chciałem powiedzieć, że rozmawiałem z siostrą Clive’a i że wszystko z nim w porządku. Co wy wszyscy jesteście tacy drażliwi?
-Super. Cieszę się.-Oświadcza beznamiętnie Adrien. Co jest z nimi nie tak?
-Dobra. Trzymaj się. Kończę, bo nie mogę znaleźć klucza.-Rozłączam się i wpycham telefon do kieszeni. Wchodzę do mieszkania Clive’a, z błogą świadomością, że już za jakiś czas tu wróci. To przecież bardzo przyjemna myśl.

****

W szpitalu zjawiam się zaraz po lekcjach. Dzień w szkole minął spokojnie. Nikt nie próbował mnie zabić, ani poderwać… Sandy uparła się, że mnie przywiezie, chociaż przecież dotarłbym sam. Kiedy podążam długim, jasnym korytarzem w stronę sali w której mam ujrzeć Clive’a, wciąż trochę się niepokoję. Niepewność jest przerażająca. Kiedy stoję w drzwiach, Sandra wpycha mnie do środka, pobrzękując biżuterią.
-Cześć.-Uśmiecham się do niego i zamykam po cichu drzwi.
-Hej.-Szemrze dziwnie, a kiedy patrzę na niego z przerażeniem dodaje:
-Jestem przeziębiony.
-Jak się czujesz?-Pytam, stając nad nim i badawczo mu się przyglądając. Po chwili kucam obok łóżka, bo nie chcę patrzeć na niego z góry. Wzrusza lekko ramionami.
-Najważniejsze, że nie jestem połamany i nie mam uszkodzonych narządów wewnętrznych.
-Sandy już mi mówiła.-Głaszczę go po ręce. Uśmiecha się słabo.
-Niewiele pamiętam…-Kręci powoli głową, spogląda przez moment w sufit.
-Wiem.-Wpatruję się w niego z troską. Wydaje mi się teraz tak kruchy, bezbronny. Walczę ze sobą, by się nie rozkleić. Drzwi otwierają się gwałtownie i staje w nich Sandra.
-Wyłazisz za dwa dni, przez dwa tygodnie zostajesz w domu, a ja o wszystkim jestem informowana.-Oświadcza. Clive wzdycha i salutuje.
-A tamtego faceta już odwieźli do aresztu.-Dodaje jego siostra, jak gdyby nigdy nic.
-Naprawdę?-Wstaję. Kiwa głową i przygląda nam się przez chwilę.
-Dobra, idę już. A wy sobie dalej uprawiajcie tę niewypowiedzianą formę perwersji.-Mruga jednym okiem i znika za drzwiami.
-Też pójdę. Musisz odpocząć.-Oświadczam. Jest mi go szkoda i nie chcę go w żaden sposób obciążać.
-Ty tam wtedy byłeś?-Pyta. Kiwam głową.
-Tak. Odpoczywaj. Wpadnę jutro, z Sandrą.
-Dziękuję.
-Za co?
-Za to… Że mnie uratowałeś.-Odpowiada.
-Trzymaj się. I pamiętaj, że cię kocham.

****

Jestem spokojny. Widziałem Clive’a, wiem, co mu jest i jestem pewien, że sobie poradzimy. Najważniejsze jest to, że będzie przy mnie. To bardzo uspokajające. Nieświadomość jest najgorsza. Wolę wiedzieć, na czym stoję, co mnie czeka. Stałość oczyszcza, daje nadzieję, usypia gonitwę myśli. Wiem, czego mogę się spodziewać, mogę cokolwiek zaplanować. Za oknem jest już kompletnie ciemno, a ja mimo uczucia wyciszenia, nie jestem w stanie zasnąć. Może dlatego, że miałem okazję ujrzeć Clive’a? Myślę o nim intensywniej, niż kiedykolwiek. Wydaje mi się, że wizja utraty w jakiś sposób mnie do niego zbliżyła. Bardziej go rozumiem, nie wydaje mi się już nieugięty, daleki, niezniszczalny. To wspaniałe uczucie.

****

-Gdzie Amy?-Pytam, kiedy zaglądam do Iana. Mieszkanie jest jeszcze bardziej chłodne i puste niż zazwyczaj.
-U mojej matki.-Odpowiada krótko i nalewa wody do czajnika.
-A co z przedszkolem?
-Nikt się nie stanie, jak przez jeden dzień jej tam nie będzie. Coś się wymyśli. Potrzebuję trochę czasu dla siebie.-Oświadcza stanowczo Ian i mam wrażenie, że zaraz mnie jeszcze zaatkuje. Im wszystkim obija, czy to ja się jakoś dziwnie uspokoiłem?
-Co u ciebie… Słychać?-Pyta i patrzy na mnie wyczekująco, jak prezes oczekujący efektów pracy.
-Dobrze. Wyjątkowo dobrze.-Uśmiecham się i liczę, że to odwzajemni, ale wciąż jest niewzruszony.
-To dobrze.
-A co z…
-Przestań. Czy ty musisz się tak bez przerwy wtrącać i grzebać w nie swoich sprawach? Błagam.-Ian opada ciężko na fotel. Teraz to już odstawia melodramat!
-Prior jest w szpitalu. Znowu zaczęła brać.-Informuję go ze spokojem. Ian wywraca oczami i wzdycha.
-To było do przewidzenia.
-Nie można nic z tym zrobić? A co będzie z małym?
-Daj spokój. Niech wszyscy się sami zajmą swoimi problemami.-Ian macha wzgardliwie ręką
-Nie martwi cię to?
-Nie mam na to wpływu.-Wzrusza ramionami.  A ja nie mam już sił, by mu cokolwiek tłumaczyć.
-Ja tak nie umiem.-Siadam w sąsiednim fotelu.
-Wiem, zauważyłem.

****

Kiedy po tych kilku, nieznośnych dniach, Clive wraca do domu, jestem wniebowzięty. Po raz pierwszy w życiu to ja czuję się odpowiedzialny za niego i w specyficzny sposób ta świadomość dodaje mi skrzydeł. Siedzi spokojnie na tej skórzanej kanapie, a ja gapię się na niego bez ustanku.
-Przestań. Znowu na mnie patrzysz.-Wzdycha i lewą ręką przewraca strony książki.
-Już prawie grudzień…-Szepczę. Za oknem szumi wiatr.
-Wiem.
-Mogę tu zorganizować wigilię?-Pytam. Clive spogląda na mnie niepewnie.
-Skoro teraz nie zdemolowałeś mieszkania pod moją nieobecność, to chyba mogę ci zaufać.
-Pytam poważnie! Odkąd David umarł prawie się wszyscy nie widujemy. Chciałbym, żeby to wróciło.
-Nie mam nic przeciwko.-Wraca do lektury. Jest niesamowity i tak szaleńczo otwarty.
-To jednak twoje mieszkanie.
-Jeśli mowa o mieszkaniach… Kiedy sprzedasz swoje?-Pyta. Znowu! Znowu mnie terroryzuje i zamęcza pytaniami. Wzdycham.
-Nie wiem. Nie jestem na to gotów.
-Czyli chcesz zwiać?-Unosi jedną brew.
-Pomyślę o tym.
-Wystarczy przywieźć resztę rzeczy, a potem… Sprzedać to mieszkanie.-Tłumaczy mi cierpliwie, jakby miał mnie za idiotę. Wiem, tylko nie potrafię rozstać się z tym miejscem. Podobno do miejsc i przedmiotów nie warto się przywiązywać, ale w praktyce to wcale takie łatwe nie jest.
-Prior znowu ćpa.-Rzucam.
-Naprawdę?
-Tak. Znalazłem ją jednego wieczora, gdy wracałem ze szkoły.
-Gdzie ona teraz jest?
-W szpitalu chyba.
-Jej matka o tym wie?
-Nie mam pojęcia. Może zadzwonili do niej z przychodzi.-Wzruszam ramionami. Clive zamyka książkę i potrząsa głową.
-Trzeba z nią pogadać.
-Z kim? Z matką Prior? Z nią się nie da gadać.
-Trzeba! Nie wiem… Może moja mama z nią porozmawia?
-Zabawne. Powie, że nasyłasz na nią jakąś obcą, nawiedzoną babę i będzie po sprawie.-Stwierdzam. Clive się zamyśla. Wiem, że chciałby to jakoś rozwiązać. Mogłem o niczym nie mówić, bo dręczy go to bardziej niż mnie.

Opublikowano Bez kategorii | 3 komentarzy

Rozdział trzydziesty trzeci – Rozterki

-Widziałem się z Ianem.-Rzuca Adrien, pochylony nad zarzuconym papierami blatem, kiedy odwiedzam go po pracy. Kiwam głową, bo nie wiem, jak to skomentować.
-I?-Ponaglam. Nie odpowiada, więc próbuję ponownie:
-Rozmawialiście?
-Tak.
-I?
-I nic.-Odpowiada. Nie ma sposobu, żeby się z nim normalnie porozumieć. Facet jest nie do przejścia. Milczę przez kolejne dziesięć minut, zastanawiając się, czy zdołałbym stąd uciec tak, żeby tego nie zauważył, aż w końcu wzdycha i się odzywa:
-A co u Ciebie?
-U mnie?-Pytam uradowany. W końcu będę mógł przerzucić część tego przytłaczającego przerażenia na kogoś innego.
-Clive jest w szpitalu.
-Dlaczego?-Pyta Adrien tym samym, beznamiętnym tonem, w ogóle na mnie nie patrząc.
-Pobił go… Taki jeden facet. Znał mnie i… Nie chciał mi dać spokoju.-Nie wiem, jak mam mu to lepiej wytłumaczyć.
-Zgłosiliście to na policję?
-Tak. Jutro muszę się stawić na przesłuchanie. Oni i tak wiedzą kto to i gdzie jest, bo też trafił do szpitala.
-To dobrze. Będzie sprawa w sądzie, może uda wam się go wsadzić za kratki.
-Nie chcę tego. To znaczy, chcę, żeby go jakoś ukarali, ale nie mam ochoty na łażenie po sądach i powtarzanie tego wszystkiego na okrągło. Mam dość po prostu. Jakaś kompletna paranoja.-Jęczę ostentacyjnie i siadam na blacie, naprzeciw Adriena.
-Ochłoń.-Oświadcza spokojnie w tym samym momencie, w którym do mieszkania wchodzi Dominic, wnosząc ze sobą zapach jakiegoś zielska, jakby go świeżo wyjęli ze środka dzikich, zalesionych terenów.
-Cześć.-Uśmiecha się ciepło i znika w sąsiednim pomieszczeniu, niosąc karton z jakimiś ulotkami.
-O co chodzi?-Wskazuję w tamtą stronę ruchem głowy, kiedy zamykają się drzwi pokoju.
-Walczą o życie jakiejś jaszczurki, czy ropuchy… Sam nie wiem. W każdym razie ktoś chce tam zbudować elektrownię, gdzie te żaby bytują. Tam w sensie… Gdzie bytują. Tam gdzie bytują, to oni chcą budować.
-Będziesz jeszcze… Rozmawiać z Ianem?-Pytam. Robię się natrętny.
-Nie wiem. Nie mam po co.-Adrien odkłada ołówek i idzie w głąb pokoju, więc drepczę za nim.
-Dlaczego?-Pytam. Wzrusza ramionami, więc kapituluję.
-Dobra. Pójdę już. Pojadę… Zobaczę, jak się czuje Mark.-Kieruję się do drzwi.
-Właśnie! Jason z nim zerwał. Pogadaj z nim o tym, doradź mu jakoś. Ja nie jestem w tym zbyt dobry.
-W porządku. Porozmawiam. Trzymaj się.-Uśmiecham się i wychodzę. Adrien nie odpowiada.

****

Kiedy wieczorem wracam do domu, znowu zaczyna padać, a ja nadal nie mam żadnej informacji na temat Clive’a i jego stanu. Mark wbrew pozorom nie wydawał się wcale szczególnie rozbity. Był nad wyraz spokojny, porozmawiał ze mną, pocieszył mnie nieudolnie i wcale się nad sobą nie użalał, a to do niego nie podobne. Siedząc po turecku na łóżku Clive’a wykręcam numer Sandry, kompletnie ignorując to, że może właśnie robić zdjęcia na najbardziej spadzistym krańcu jakiegoś szczytu i zaraz poleci w dół kilkaset metrów, by zderzyć się z dnem mrocznego kanionu. Odbiera po trzecim sygnale.
-Halo?
-Cześć, nie przeszkadzam?-Upewniam się.
-Nie.
-Wiadomo już coś?-Pytam i staram się ze stresu nie obgryzać paznokci.
-Nie. Nie martw się. Zadzwonię, jak będzie przytomny i będziemy mieć jakieś wyniki. Daj spokój…-Szepcze. Wiem, że chce mnie desperacko pocieszyć, ale to wcale nie działa.
-Rozmawiałeś już z policją?-Pyta po dłuższej chwili.
-Jutro rano mam się stawić…
-To śpij już.-Wchodzi mi w słowo, a potem kończy połączenie. Oddycham głęboko i odkładam telefon. Znowu jestem kompletnie sam. W zasadzie byłem sam przez większą część mojego życia i dopóki nie dotarło do mnie, że bycie samemu wcale nie jest super, to mi to szczególnie nie przeszkadzało. A teraz przeszkadza. I to perfidnie. Nie umiem sobie wyobrazić swojego życia bez ludzi, do których jednak, chcąc nie chcąc się przywiązałem. Jak się można nie przywiązywać? Musiałbym mieć mentalność Davida.

****

-Przestań wreszcie ingerować w moje życie!-Ian wymija mnie i stawia przed Amy talerz z zupą.
-Jesteś okrutny. Skoro rozmawialiście, to może…
-Daj mi spokój. Zajmij się własnymi problemami. Nie masz swojego życia?-Warczy, bardziej agresywnie. Kapituluję. Wygląda na to, że ani Adrien, ani Ian nie są skłonni do współpracy. Liczyłem, że chociaż w jakimś stopniu udac mi się coś naprawić, a dzięki temu choć na chwilę zapomnę o tym, że nie mam żadnych wieści na temat Clive’a. Poddaję się i siadam przy stole naprzeciw Amy, niechętnie grzebiącej w kremie z marchwi.
-Fajnie jest w przedszkolu?-Pytam. Amy otwiera usta, ale Ian wychyla się zza framugi i oświadcza stanowczo:
-Nie przerywaj jej, jak je! A ty nie gadaj przy jedzeniu!
-Dobra.-Szepczę, wstaję od stołu i wychodzę z kuchni. Przecież nie będę się jej przyglądać, jak je!
-Co u Ciebie w ogóle? Jak sobie radzisz?-Opieram się ramieniem o framugę i patrzę, jak Ian z zapałem poleruje jakąś mosiężną figurkę.
-Dobrze. Wszystko się poukładało i udaje mi się planować dni tak, by mieć czas na pracę, zdołać Amy zawieźć, oraz odebrać z przedszkola i by mieć dla niej wolną chwilę, aby nie poczuła się odrzucona.-Odpowiada ze spokojem. Super… Myślałem, że chociaż coś jest nie tak, żeby móc stworzyć nadzieję, że Adrien jest mu potrzebny.
-A co… Ze ślubem?-Pytam niepewnie. Ian odstawia figurkę i bierze się za wycieranie ramki ze zdjęciem roześmianej Amy, siedzącej na stercie jesiennych liści.
-Jakim ślubem?-Marszczy brwi.
-Waszym. Skoro to już definitywnie koniec, to chyba powinniście to jakoś… Sądowo unieważnić. Przecież Adrien oddałby ci małą. Z tym by nie było problemu.-Wzruszam ramionami i siadam w fotelu, za jego plecami. Nic nie mówi, tylko starannie, metodycznie wyciera szkło.
-Pomyślę o tym w wolnej chwili.-Rzuca, żebym się odczepił, ale moja chora wyobraźnia w połączeniu z nadzieją od razu zaczynają mi podpowiadać, że niepewność słyszalna w jego głosie może jednak o czymś świadczyć.

****

Kiedy ktoś puka do drzwi mieszkania Clive’a, nie jestem pewien, czy otworzyć. Otwieram dopiero, gdy Sandra przysyła wiadomość, że czeka pod drzwiami.
-Cześć.-Uśmiecha się, wsparta na ramieniu jakiegoś dziwnego faceta, z długimi, rudymi dredami, odzianego w skórzaną kurtkę.
-Cześć.-Wpuszczam ją do mieszkania, razem z tym obcym mężczyzną, który potencjalnie może być przecież seryjnym mordercą.
-Kto to?-Pytam, by przerwać niezręczną ciszę i siadam na brzegu kanapy, patrząc na nich wyczekująco. Sandy uśmiecha się od ucha do ucha.
-To jest Sufjan, poznaliśmy się jakiś czas temu, przez portal randkowy.-Oświadcza. Zastanawiam się, kiedy skończył się ostatni jej związek i jakim cudem zdołała już poznać kogoś nowego, ale rozmyślania przerywa mi jej głos:
-Poznajcie się. To jest Sufjan. Pracuje jako konserwator zabytków, a w wolnych chwilach rzeźbi w mydle. A to Vincent, partner mojego brata.-Przedstawia nas sobie. Przygarbiony Sufjan gwałtownie się prostuje, patrzy najpierw na mnie, potem na nią i konspiracyjnym szeptem mówi:
-Nic mi o tym nie mówiłaś!
-O czym?
-O tym!-Celuje we mnie palcem. Odruchowo wstaję.
-Mówiłam ci, że mam brata.-Sandra wzrusza lekko ramionami. Widać, że nic z tego nie rozumie, tak samo jak ja.
-Ale nie mówiłaś, że… Nie, to niemożliwe! Boże! Jak to tak?!-Sufjan zaczyna histeryzować, unosi ręce do głowy, mamrocze coś pod nosem i rzuca dookoła przerażone spojrzenia. Mam wrażenie, że zaraz zacznie biegać po ścianach, jak jakaś opętana laska z filmu o egzorcyzmach. O co chodzi?
-To jest niezgodne z tym, co zapisano w Piśmie Świętym! To się nie godzi! To jest obrzydliwość i nie potrafię zrozumieć, jak mogłaś to zataić!-Podnosi głos.
-Ale co? To, że mój brat jest gejem? Myślałam, że to bez znaczenia. A Vincent jest fantastycznym facetem, liczyłam, że się poznacie, potem zostaniesz częścią naszej rodziny…
-O nie, nie, nie.-Potrząsa głową i cofa się o krok, jakbym miał go pogryźć. Sandra zaczyna się denerwować. Opiera ręce na biodrach, staje obok mnie i mrozi go wzrokiem.
-Dawaj telefon.-Wyciąga rękę.
-Po co?-Pyta i spogląda na mnie niepewnie.
-Dawaj!
-Co robisz?
-Usuwam mój numer z twojego telefonu, na wypadek gdybyś chciał do mnie zadzwonić, żeby mi powiedzieć na przykład o Bogu, czy czymś tam.
-Ale dlaczego? Przecież wszystko może się jeszcze naprawić! Znam taką fantastyczną kobietę… Jest znajomą mojej matki i ona prowadzi takie sesje, które naprawdę skutecznie to leczą i…-Zaczyna opowiadać z pasją facet, a Sandra z impetem ciska jego komórką o ścianę. Spogląda na nią jak na wariatkę, zbiera z podłogi rozsypane części. Potrząsa głową.
-Wspomnisz moje słowa.-Mamrocze i kieruje się w stronę wyjścia.
-Ty! I pamiętaj, że ja pamiętam, jak wyglądasz! I dopóki nie wyjmiesz głowy z dupy, będę cię obrzydzać każdej potencjalnej partnerce!-Woła za nim Sandra, a on ze spokojem opuszcza mieszkanie. Stoimy przez chwilę w milczeniu – wzburzona Sandy i zdezorientowany ja.
-Przykro mi, że znowu ci nie wyszło. To chyba pośrednio moja wina.-Wzdycham.
-Niech spada. Może w końcu znajdę kogoś normalnego, komu nie będzie przeszkadzać fotografia, mój brat, ani to, że nie lubię z kimś spać w jednym łóżku, a przy tym nie będzie maniakiem religijnym, złodziejem, ani innym popaprańcem.-Macha wzgardliwie ręką i idzie do kuchni, więc robię to samo.
-Nie przywiązałaś się do niego?-Pytam i siadam przy stole.
-Co ty?! Dopiero go poznawałam… To znaczy, był fajny, rzeźbił fajne zwierzątka z mydła i miał przyjemny głos, ale nic poza tym. Nie będę płakać, jeśli to masz na myśli.-Wyjmuje z lodówki warzywa i dzbanek z bulionem.
-Nie masz własnego jedzenia?-Pytam, bo zaczynam się w tym gubić.
-Mam. Ale postanowiłam tu wpaść i posiedzieć do wieczora, żeby dotrzymać ci towarzystwa.
-Naprawdę?-Jęczę.
-Nie cieszysz się? Chłopie! Ja cię ratuję od nieuchronnej depresji! Musisz mieć jakieś towarzystwo. Czekaj! Wiem! Może pójdziemy do kina.-Uśmiecha się i klaszcze w dłonie. Ona mnie wykończy!
-Nie chcę iść z tobą do kina.
-A co jest ze mną nie tak?-Pyta oburzona.
-W sensie… W ogóle nie chcę iść do kina.-Wzdycham.
-To co chcesz robić? Może pogadamy? Nie zostawię cię tu tak samego.
-A może ja właśnie chcę być sam?
-Nie możesz, bo za dużo myślisz.-Potrząsa głową, a potem stawia przede mną deskę do krojenia, kładzie na niej nóż, zasypuje mnie warzywami i rozkazuje:
-Krój! I żebym cię nie przyłapała na myśleniu!

****

-Clive odzyskał przytomność…-Mówi Sandra, kiedy odbieram od niej telefon kolejnego wieczora.
-I co z nim?-Pytam, niemal upuszczając aktówkę i wpadając na idącego z naprzeciwka faceta.
-Mówię przecież! Wtrącasz się. Nic strasznego. Nie ma uszkodzonych żadnego narządu wewnętrznego. Jest jedynie poobijany, ma wybite trzy palce i nie pamięta ostatnich kilku dni. Samego wypadku, ani tego, co było potem, ale podobno to minie i wspomnienia wrócą. Wtedy przesłucha go policja.-Informuje mnie. Jestem uradowany.
-Kiedy mogę się z nim zobaczyć?
-Jutro? Dzisiaj była tam mama i go trochę wyeksploatowała.-Sandy parska śmiechem.
-Kiedy go wypuszczą?
-Za tydzień, jak się upewnią, że wszystko gra. No i przez dwa tygodnie będzie musiał siedzieć w domu, bo ma gips na trzech palcach prawej ręki. I błagam, nie pozwól mu wrócić wcześniej do pracy, bo wiem, że zrobi wszystko, żeby nie siedzieć bezczynnie.
-Postaram się.-Odpowiadam i staram się nie okazywać szczególnie swojej radości, zwłaszcza, że nie jestem w mieszkaniu, a na ulicy otacza mnie mnóstwo ludzi. Mogliby to niewłaściwie zrozumieć… Odruchowo zerkam czasami na mijane osoby. Kiedy dostrzegam Prior opartą o ścianę jednego z budynków, początkowo nie zwracam na to uwagi, zaabsorbowany rewelacjami przekazywanymi mi przez Sandrę. Kiedy jestem bliżej dostrzegam, że jest zupełnie zamroczona, gada coś do siebie i śmieje się co chwila, głośno i niekontrolowanie. Patrzę na nią przerażony i informuję Sandy, że oddzwonię rano. Próbuję nawiązać kontakt z Prior. Najpierw się śmieje, a potem wymachuje na oślep rękami, kiedy próbuję spojrzeć jej w oczy. Jest zupełnie naćpana. Niemal do nieprzytomności. Nie wie, co się z nią dzieje i mnie nie poznaje. A przecież była na odwyku! Przecież ma syna, miała wrócić do szkoły i zacząć żyć od nowa…

Opublikowano Bez kategorii | 5 komentarzy

Rozdział trzydziesty drugi – Więź

Kiedy Clive otwiera drzwi, mierzę go wzrokiem. Uśmiecha się słabo. Nie wiem, co powiedzieć. Boję się, że się rozpłaczę, albo popadnę w kompletną histerię.
-Wejdź.-Szepcze. Przestępuję próg, patrząc mu w oczy.
-Kupiłem kwiaty bo… Chciałem cię przeprosić. Wiem, że zachowywałem się jak egoistyczny dupek i teraz to rozumiem.-Mamroczę nieskładnie.
-Nie ma za co.-Odpowiada. Natychmiast chcę się tłumaczyć, ale boję się, że naprawdę wybuchnę, padnę na podłogę i odegram scenę, wyjętą żywcem z jakiejś brazylijskiej telenoweli. Patrzy na mnie w skupieniu, czeka chyba, aż coś powiem.
-Obaj nawaliliśmy.-Stwierdza i wyciąga dłoń, by dotknąć mojego policzka. Oddycham gwałtownie. Dopiero teraz uświadamiam sobie, że tylko się oszukiwałem. Że tak bardzo mi go brakowało.
-Mogę?-Pyta, przesuwa kciukiem po mojej dolnej wardze. Kiwam głową, nie mogę oddychać. Tęskniłem za nim. Zaciskam palce na łodyżkach kwiatów, obejmując jedną ręką jego plecy, kiedy ujmuje moją twarz w dłonie i koniuszkiem języka rozsuwa wargi. Całuje mnie głęboko, gwałtownie, zachłannie. Kiedy się ode mnie odrywa nie mogę złapać oddechu.
-Jak się czujesz?-Pyta. Patrzę mu w oczy.
-Dobrze.
-A co z…-Odsuwa się o krok. Wzruszam lekko ramionami.
-Pogodziłem się z tym.
-To dobrze.-Uśmiecha się słabo.
-Tęskniłem. Kocham cię.-Dodaje.
-Wiem. Sandra mówiła, że odchodziłeś od zmysłów.-Robię unik, kiedy się nade mną pochyla.
-Więc to ona cię tu przysłała?-Wywraca oczami. Odrywam plecy od ściany, wymijam go.
-I dobrze! Sam byłem zbyt dumny. Nie spodziewałem się nawet że tak łatwo pójdzie. Że mi po prostu wybaczysz.
-Nic nie zrobiłeś. Ja przesadziłem. Chciałem do ciebie zadzwonić, błagać, żebyś wrócił.-Idzie za mną. Kieruję się do kuchni i odruchowo zaglądam do lodówki. Pusto, nie licząc słoika z jakimiś resztkami konfitury. Zostawiam kwiaty na stole.
-Nie gadajmy o tym. Zacznijmy od zera. No… Może nie całkiem od zera.-Uśmiecham się. Jestem zszokowany i uradowany całą tą sytuacją. Znów jest przy mnie. Ze mną. Razem.
-Masz pierścionek.-Ujmuje moją dłoń. Potwierdzam skinieniem.
-A co z tobą? Czy przez te dwa miesiące… Widywałeś się z kimś?-Pytam nieśmiało. Potrząsa gwałtownie głową.
-Za kogo mnie masz?-Patrzy na mnie z przerażeniem, cofając się o krok i siadając na kuchennym blacie. Wzruszam ramionami.
-Tylko pytam!
-Wrócisz?
-Tutaj? Nie wiem.
-Przecież nic się nie stało. Nikt nikogo nie zdradził, nie strzelaliśmy do siebie, nie chciałem cię wyrzucić przez okno… Po prostu puściły nam nerwy. Ale już jest dobrze. Więc?-Pyta. Parskam śmiechem. Chcę wrócić.
-Wrócę. Ale jeszcze nie dziś. Muszę się oswoić z sytuacją.-Stwierdzam.
-Pójdziemy gdzieś?-Proponuje.
-Jutro sobota… Możemy.-Mówię, opierając się plecami o szafkę.Staje przede mną, elektryzuje mnie spojrzeniem.
-Dokąd?-Przysuwa się bliżej, próbuje mnie pocałować, ale robię unik.
-Wymyśl coś!-Wołam i chcę wyjść z kuchni, ale obejmuje mnie w pasie i przyciąga do siebie. Czuję ciepło i zapach jego ciała. To obezwładnia. Paraliżuje. Plącze zmysły.

****

-Witaj w domu.-Śmieje się Clive, wpychając mnie do swojego mieszkania.
-Tutaj jest przyjemniej niż w moim mieszkaniu. Chyba się przyzwyczaiłem.-Rzucam. Jutro mija rok od naszego pierwszego spotkania. Powinienem coś zaplanować. Jakoś mu się odwdzięczyć za to wszystko. Za to, że po prostu jest.
-Wciąż w to nie wierzę. Wszystko… Szybko poszło.-Opadam na kanapę, zakładam nogę na nogę. Uśmiecha się do mnie. Jest zniewalający. I mój. To chyba najistotniejsze. Jeszcze kilka dni temu wydawało mi się, że wszystko straciłem.
-Jeden dzieciak ze szkoły mnie… Jakby molestuje.-Rzucam. Clive zdziwiony unosi brwi.
-Uczeń cię molestuje?
-Próbuje mnie poderwać.-Wzdycham. Clive wydaje się być tym wszystkim rozbawiony. Siada obok mnie.
-Serio?
-Nie. Tak tylko żartuję.-Wywracam oczami.
-I co planujesz z tym zrobić?-Pyta. Rozkładam bezradnie ramiona.
-Przecież go nie zabiję.
-A jakby to zgłosić dyrekcji?
-Jemu uwierzą, nie mnie. Mówiłem to już twojej siostrze.
-A co z twoimi znajomymi? Coś się zmieniło przez ten czas?
-Nie wiem. Nawet z nikim nie gadałem i trochę się obwiniam.-Ściszam głos.
-Możesz tu zostać? Tylko dziś.

****

Kręcę się niespokojnie po kuchni, oczekując powrotu Clive’a. Nie jestem dobry w organizowaniu niczego, nawet własnego życia, a co dopiero kolacji na dwie osoby. Słyszę zgrzyt klucza w zamku i dźwięk otwieranych drzwi. Clive najpierw kieruje kroki do łazienki. Dopiero potem zaczyna szukać mnie.
-Cześć. Co to? Kolacja?-Staje za moimi plecami obejmuje mnie w pasie. Omiatam stół wzrokiem po raz kolejny. Wiem… Wino. Ja się chyba naprawdę starzeję… Żeby o tym zapomnieć?
-Tak… Tylko nie kupiłem wina.-Wzdycham i rozglądam się dookoła, szukając alternatywy.
-Zaczekaj na mnie. Zaraz wrócę.
-Nie przesadzaj. Dopiero wróciłeś z pracy!
-Pojadę samochodem, nie będzie mnie pięć minut. Przysięgam.-Oświadcza i opuszcza kuchnię. Brakuje mi argumentów, by dalej protestować. Kiedy znika za drzwiami podchodzę do okna. Uwielbiam obserwować go, kiedy nie jest tego świadom. Mogę bezkarnie się mu przyglądać. Jest już ciemno, parking przed blokiem oświetla pojedyncza latarnia. Widzę go, jak wychodzi z bloku, pochylony, chowa coś do kieszeni. A potem z zaułka pomiędzy budynkami wyłania się jakaś postać. Nie widzę wyraźnie kto, ale dostrzegam doskonale, jak uderza Clive’a w tył głowy, jakimś podłużnym przedmiotem. Potem Clive upada ogłuszony na ziemię. Jestem przerażony. Stoję przez kilka sekund bez ruchu, zastanawiając się, jak to możliwe, a potem, chwytając w biegu płaszcz i telefon, pośpiesznie zakładając buty, wypadam na ulicę, trzaskając drzwiami mieszkania. Są. Clive leży bezwładnie na chodniku, na boku, a nad nim stoi jego oprawca, wysoki, ubrany w zwyczajny, czarny płaszcz. Podchodzę do niego bezszelestnie i uderzam go oburącz w plecy. Zaskoczony traci równowagę. Trzymany przedmiot, jak się okazuje kij baseballowy, wypada mu z rąk i z głuchym łoskotem uderza o beton. Podnoszę go i uderzam nim napastnika w nogi. Upada na kolana z cichym, zduszonym jękiem. W tej chwili kompletnie nie myślę o konsekwencjach. Mam gdzieś to, czy oskarży mnie o napaść. Chcę tylko, żeby Clive z tego wyszedł.
-Popieprzyło Cię?-Jęczy tamten mężczyzna, przyciskając otwartą dłoń do lewego kolana. Spoglądam na niego i dopiero teraz rozpoznaję w nim Jaspera. Nigdy bym się tego nie spodziewał… Wszystkiego, ale nie tego! Czego on chce od Clive’a? Pewnie nie widział, że obaj tu mieszkamy… Musiał mnie śledzić i chciał skrzywdzić Clive’a, żebym do niego wrócił. Patrzy mi w oczy. Jest wściekły. Klękam obok Clive’a, sprawdzam, czy oddycha.
-W czym on jest lepszy ode mnie?-Pyta Jasper, półleżąc na chodniku, w bladym świetle latarni. Nie wiem, co robić.
-Zamknij się!
-W czym?-Powtarza. Jestem tak zdenerwowany, że chyba byłbym gotów go zabić, gdyby tylko wystarczająco mnie sprowokował.
-Jeszcze jedno słowo…-Przyciskam kolanem kij do ziemi, by nie mógł go dosięgnąć i spoglądam na Clive’a. Nie wiem, czy mogę go ruszać, ale boję się, że się wyziębi. Ostrożnie podnoszę go z ziemi. Spogląda na mnie przez moment zamglonym wzrokiem. Proszę go, by coś powiedział, staram się gorączkowo, by nie utracił przytomności, ale odpływa. Obejmując go jedną ręką, wyciągam z jego kieszeni telefon i wzywam policję i pogotowie. Głaszczę go po plecach i kołyszę w ramionach. Oddycha, ale jego oddech jest świszczący i nierówny. Jasper porusza się na chodniku, próbuje wstać. Wrzeszczę na niego. Mam ochotę płakać i rozszarpać go na strzępy. Jeszcze nigdy nikogo aż tak nienawidziłem. W budynku zapala się światło. Mam gdzieś ile osób nas teraz widzi i mam gdzieś to, komu o tym doniosą. Chcę tylko, żeby Clive przeżył. I na zawsze był przy mnie. To jest najważniejsze. W głowie odliczam sekundy i minuty, czekając na przyjazd karetki i policji. Obserwuję potem, jak zabierają Clive’a, pomagają mi wstać z ziemi. Jeden policjant rozmawia ze mną, drugi z Jasperem, opierającym się o radiowóz. Zabierają Clive’a i zabierają Jaspera, a ja tkwię nieruchomo na środku podwórka. Nie poruszam się, więc gaśnie latarnia nad moją głową. Nie wiem, co robić. Dzwonię do Sandry. Pyta, do którego szpitala zabrali Clive’a, mówi, że mam czekać, że pojedzie po matkę, a potem po mnie. Prosi, żebym nie robił głupstw, wrócił do domu i czekał na nią. Nie chcę czekać. Z każdą sekundą jestem bardziej przerażony. Nie przeżyję bez niego.

****

-To moja wina.-Szepczę, siedząc z Sandrą i jej matką na zimnym, szpitalnym korytarzu. Zaraz zwariuję, jak nie uzyskamy żadnych informacji.
-Daj spokój.-Sandy opiera się o ścianę naprzeciw i wpatruje się we mnie przez chwilę.
-Ty wiesz kim był ten facet?-Pyta. Kiwam głową.
-Wsadzimy go do pierdla.-Oświadcza stanowczo i zaczyna chodzić w kółko, wyłamując palce.
-Jedź do domu. Zadzwonimy, jak coś będzie wiadomo.-Matka Clive’a głaszcze mnie po plecach. Dlaczego oni wszyscy są dla mnie tacy dobrzy? Nie wiem, co mam zrobić. Po raz kolejny gubię się kompletnie. Chciałbym tu tkwić i czekać, chociaż doskonale wiem, że nie mam po co. I tak nikt by mi niczego nie powiedział…
-Odwiozę cię.-Proponuje Sandy i pogania mnie gestem. Wstaję niechętnie i wlokę się za nią do auta, chociaż doskonale wiem, że i tak już nie zasnę tej nocy. Jedziemy w milczeniu niemal pustymi ulicami. Nie chcę z nikim rozmawiać. Po raz kolejny nie wiem, co miałbym powiedzieć. Muszę to sam przetrawić, przemyśleć, nastawić się jakoś. Wysiadam więc w milczeniu pod budynkiem w którym mieszka Clive i uśmiecham się do niej słabo na pożegnanie. Nie wiem, czy chcę tutaj być. Może powinienem wrócić do siebie. Tam nie ma nic, co by mi o nim stale przypominało. Oddycham głęboko i ruszam przed siebie, więc czuła na ruch latarnia rozbłyskuje światłem.

****

Wtulam twarz w jego poduszkę, oddycham głęboko. Nie. Nie powinienem tego robić. To tak, jakby on już umarł. Odwracam się gwałtownie na wznak. Wiem, że tej nocy nie zasnę, bo po prostu muszę się dowiedzieć, co z nim. W głowie rodzą mi się najczarniejsze scenariusze. To przerażające. Nie mogę go stracić. Wstaję i błądzę bez celu po mieszkaniu. Jest środek nocy. Sprzątam przygotowaną kolację i wyrzucam sobie to, że w ogóle ją zrobiłem, choć wiem, że to bez sensu. Nikt oprócz Jaspera, nie jest temu winien. Targają mną sprzeczne emocje. Zaczyna padać deszcz, zegar wybija drugą w nocy. Staję w oknie i gapię się w ciemność. Panikuję, a myśli w mojej głowie gonią jedna drugą i rozpędzają się coraz bardziej. Wielkie krople deszczu uderzają o szybę i spływają po niej, wijąc się i rozpryskując na parapecie.

Opublikowano Bez kategorii | 2 komentarzy

Rozdział trzydziesty pierwszy – Skołowanie

Clive wybucha po kolejnych trzech tygodniach. Od prawie miesiąca trwa rok szkolny, a ja nadal nie stanąłem na nogi. Nie umiem się z tym pogodzić. Wszyscy mają mnie w dupie, a ja mam w dupie wszystkich i wszystko. Wiem, że Clive chce się do mnie zbliżyć, że jestem mu potrzebny, ale nie potrafię się z tego wygrzebać. Wchodzi do mieszkania, trzaska z hukiem drzwiami, a ja nerwowo podskakuję zwinięty na kanapie. Staje naprzeciw mnie i upuszcza na podłogę torbę z zakupami, żeby zwrócić moją uwagę. Tłucze się coś szklanego. Podnoszę powoli głowę i patrzę na niego nierozumiejącym wzrokiem.
-O co chodzi, Clive?
-Mam tego dość! Minęło już wystarczająco dużo czasu, żebyś chociaż próbował wrócić do normalności. Nie masz pięciu lat, a świat się nie zatrzymał. Ja nie zamierzam cię hodować! Nie chcę cię utrzymywać, biegać dookoła ciebie i skamleć o jakiekoliwek zainteresowanie, bo ty myślisz tylko o sobie i swoim pieprzonym, wielkim żalu!-Oświadcza.
-Co…
-Jesteś moim partnerem…. Przepraszam, w zasadzie narzeczonym! A nie dzieckiem. Nie wiązałem się z tobą po to, żebyś stale mnie od siebie odsuwał i zachwowywał się jak zwyczajny, egoistyczny cham, któremu się wydaje, że jego problem jest jedyny i największy na świecie. Naprawdę cierpliwie to znosiłem, ale nie zamierzam być z facetem, którego obchodzę mniej niż człowiek, który nie żyje!
-Zrywasz ze mną? Jak na jakimś cholernym, szkolnym obozie? To ja się zachowuję niedojrzale?-Wstaję. Coraz bardziej mnie denerwuje. Rozumiem go, ale on mógłby też spróbować zrozumieć mnie. Ja po prostu nie potrafię ot tak się z tego otrząsnąć. Chyba nawet nie wyszedłem ze wstępnego szoku po śmierci Dave’a!
-Mógłbyś się chociaż postarać z tego wyjść. A tobie w ogóle nie zależy. Wolisz tkwić w bezruchu i udawać wielkiego cierpiętnika, bo tak jest wygodniej. Nie żyjemy w minionej epoce, nie ma czasu na żałobę. Musisz żyć, pracować… Masz mnie, masz przyjaciół. A teraz, przez ten swój bezsensowny smutek, wszystkich nas masz gdzieś.-Odpowiada, nie patrząc na mnie i nerwowym, agresywnym gestem podnosi z podłogi papierową torbę i kilka produktów, które z niej wypadły. Idę za nim. Jestem tak wściekły, że naprawdę nie wiem, czy jest sens dalej to ciągnąć. Rozumiem, że może nie zachowuję się wobec niego fair, ale to nie powód, żeby robić taką dziką awanturę.
-O co ci chodzi?
-Po prostu mam dość. Moja cierpliwość się wyczerpała. Naprawdę nauczyłem się ciebie akceptować, tolerowałem twoje dziwaczne, pseudo-filozoficzne, depresyjne przemyślenia… Ale tego dłużej nie zniosę. To dla mnie zbyt wiele. Nie chcę nawet na to patrzeć.-Odpowiada, stojąc do mnie plecami. Wzdycham, potrząsam z niedowierzaniem głową.
-Jeśli tak bardzo ci przeszkadzam, to mogę wrócić do siebie.-Proponuję.
-Doskonale.-Odpowiada szybko. Patrzę na niego z przerażeniem. Nie spodziewałem się takiej odpowiedzi. Myślałem, że spróbuje to odkręcić i wszystko wróci do normy, ale jak nie, to nie. Proszę bardzo! Clive stoi w drzwiach kuchni, kiedy agresywnie, na siłę upycham w walizce swoje rzeczy. Jestem na niego wściekły. Nie dlatego, że mnie wyprasza, ale dlatego, że zburzył moją spokojną stagnację.
Kiedy jestem już przy drzwiach spoglądam jeszcze na niego przez chwilę, licząc, że powie choćby słowo, ale on stoi tylko spokojnie, nieruchomo w progu kuchni.
-Łap!-Rzucam w jego stronę kluczem i wychodzę, trzaskając drzwiami.

*****

Dopiero teraz wiem, że naprawdę jestem sam. I że zachowałem się jak zwyczajny, durny egoista. Kiedy siedzę w ciemności i wpatruję się w okno przychodzi otrzeźwienie. Uświadamiam sobie, że potrzebuję Clive’a. Że bez niego będzie mi jeszcze trudniej się z tego podnieść. Rano dzwonił Ian, ale nie powiedziałam mu, że zerwałem z Clive’em. Nie chcę go martwić. To nie miałoby sensu. Mam pracę, mam mieszkanie… Jakoś z tego wybrnę. Muszę. Siedzę zagubiony za biurkiem i nawet nie zwracam uwagi na moich uczniów. Już nic nie ma sensu. Kiedy zajęcia się kończą, planuję jak zwykle, milczący i przygarbiony opuścić budynek i snuć się do końca dnia po mieszkaniu, jak cień, bez kontaktu z kimkolwiek, myśląc tylko o tym, że Dave nie żyje. Mam właśnie odwrócić się w stronę tablicy, zetrzeć z niej temat lekcji i opuścić salę, kiedy zauważam, że w drzwiach ktoś stoi. Uczeń. Kojarzę go. Taki… Zwyczajny chłopak. W sumie trochę świr, jak większość tutaj, ale niespecjalnie szkodliwy. Jak on miał na imię? Chris?
-Słucham?-Pytam zachęcająco, bo wydaje mi się, że nie zamierza się sam odezwać.
-Pan jest gejem, prawda?-Pyta, przechylając głowę na jeden bok, a czarna grzywka opada mu na oczy. Ogarnia mnie panika. I co mam powiedzieć? Jak zaprzeczę zacznie drążyć, rozpowiadać plotki… Ale przecież nie potwierdzę! Co robić?
-Jeśli masz jakiś problem z własną seksualnością udaj się do pani pedagog.-Oświadczam. Chłopak mierzy mnie wzrokiem i oświadcza pewnym głosem:
-Wiem, że pan jest.
-Opuść salę. Już po dzwonku.-Wskazuję ręką drzwi. Kiedy dzieciak odchodzi korytarzem wzdycham ciężko i sam kieruję się do wyjścia. I co teraz? Przecież nie powiem dyrektorce, że uczeń mnie molestuje. I tak nie uwierzy.

*****

Trzy tygodnie później budzi mnie pukanie do drzwi. Już zapomniałem, jak to jest przebywać z ludźmi, nie licząc dzieciaków ze szkoły. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz rozmawiałem z moim facetem. I chyba za tym nie tęsknię. Otwieram. Stoi przede mną roześmiana Sandra.
-Cześć.
-Co ty tu robisz?-Pytam z przerażeniem. Wchodzi do mieszkania i odwiesza płaszcz.
-Wpadłam w odwiedziny.
-Clive cię przysłał?
-Nie. Ale rozmawiałam z nim. Powiedział mi o tym. On cię kocha, bez ciebie jest nieszczęśliwy.-Popycha mnie i wchodzi za mną do kuchni.
-Więc dlaczego sam mi tego nie powie?
-A ty do niego zadzwoniłeś?
-Nie.
-Kochasz go?
-Co to za przesłuchanie.
-Powiedz.
-Kocham, ale… Może tak będzie lepiej? Poboli i przestanie.-Sandra coraz bardziej mąci mi w głowie.
-Nie. To byłoby takie tragiczne. Jak narodziny i śmierć w jednym odcinku „Ostrego dyżuru”!-Jęczy. Parskam śmiechem.
-Nie znasz takiego powiedzenia, powtarzanego stale w popularnych piosenkach, że jeśli kogoś kochasz, musisz pozwolić mu odejść?-Pytam.
-Bzdury! Jeśli kogoś kochasz musisz go do siebie przykuć ciężkimi łańcuchami! Wiem coś o tym. Kilkoro mi uciekło. Jak długo nie jesteście razem?
-Prawie dwa miesiące.-Rzucam.
-I tak dobrze ci się bez niego żyje?-Pyta, odchylając się w tył na krześle.
-Nie. Nie wiem. Mam gorsze problemy.
-Jakie? Twój przyjaciel nie żyje. Nie ma go, nie ożywisz go głupim uporem.
-Nie o to chodzi. Jeden dzieciak ze szkoły próbuje mnie poderwać.-Wzdycham i sam siadam naprzeciw niej. Otwiera usta zszokowana.
-Nieletni?
-Nieletni.
-Musisz to komuś zgłosić.
-Uwierzą jemu, nie mnie. To… Co Clive ci jeszcze nagadał?-Pytam.
-Więc się zgadzasz? Porozmawiasz z nim? On tak do szaleństwa tęskni…
-Nie powiedziałem ostatniego słowa.
-Spróbuj. Pokaż mu, że jesteś mądrzejszy i dojrzalszy. Że masz odwagę wyciągnąć dłoń na zgodę. Razem pokonacie wszelkie przeciwności.-Oświadcza, przesadnie podekscytowana. Prycham.
-Przestań. Brzmisz jak kaznodzieja.
-Wierz mi, znam mojego brata. I znałam wszystkich jego facetów. Na żadnym nie zależało mu tak bardzo, jak na tobie.
-Problem w tym, że mu jedynie zależy.
-On cię kocha. Co mam zrobić… Co oboje mamy zrobić, żebyś to zrozumiał?

Opublikowano Bez kategorii | 3 komentarzy

Rozdział trzydziesty – Żałoba

-Jestem zmęczony. – Wzdycham, kiedy Clive zamyka za nami drzwi. Jest druga w nocy, padam z nóg i kręci mi się w głowie.
-Chodź do mnie.-Clive chwyta mnie za nadgarstek, kiedy zapalam światło i planuję przemknąć do łazienki. Rany, czy on musi tak mi wszystko komplikować? Chcę spać! Odwraca mnie w swoją stronę i przyciąga bliżej. Wygląda olśniewająco w słabym świetle niewielkiej żarówki. Patrzę mu w oczy, kiedy jego smukłe palce obejmują mój kark.
-Otwierasz się. – Uśmiecha się i delikatnie, czule mnie całuje. O tak późnej porze już nie myślę. Jestem jak w amoku. Gwałtownie odwzajemniam pocałunek, błądząc dłońmi po jego plecach. Oddycham nerwowo i pomagam mu mnie rozebrać, unosząc ręce nad głowę. W tej chwili nie myślę o problemach. Nie chcę o nich myśleć… Leżymy potem nadzy, w plątaninie kończyn, zwróceni do siebie twarzami, w milczeniu. Pamiętam doskonale wszystko… Delikatne, słodkie pocałunki, długie, smukłe palce błądzące po moim ciele, usta zostawiające na skórze mokre ślady, język zanurzający się w pępku.
-Kocham Cię.-Szepcze, obejmując mnie udem i ramieniem. Odgarnia mi z czoła mokre włosy.
-Naprawdę powinniśmy już spać. Rozleguluje nam się zegar biologiczny.-Szepczę nieśmiało. Patrzy mi w oczy i oblizuje usta. Uwielbiam go. To pewnie cholernie niedojrzałe. Ale tak właśnie jest.
-Dziękuję.-Szepczę. Clive wzdycha ostentacyjnie i odwraca się na wznak.
-Błagam, tylko nie to. Znowu cię wzięło na jakieś głębokie przemyślenia, które doprowadzą do tego, że tylko będę się zamartwiać przez kolejny tydzień? Dobranoc.
-Nie. Naprawdę. Wiem, że dziękowałem ci już kilka razy, ale… Wydaje mi się, że bez ciebie nie udałoby mi się przejść przez to wszystko.
-Przez co?
-Utrata pracy, choroba Dave’a, włamanie, prześladowanie ze strony Jaspera. Już bym się kompletnie załamał i od dawna mieszkałbym w pokoju bez klamek.
-Przesadzasz.
-Więc chyba nie znasz mnie tak dobrze, jak ci się wydaje.-Odpowiadam. Milczy przez chwilę, a potem spogląda w moją stronę i pyta, zupełnie poważnie:
-Chcesz mieć dziecko?
-Nie wiem. Nigdy o tym nie myślałem.-Odpowiadam zaskoczony.
-A gdybyś miał powiedzieć, co czujesz w tej chwili, chciałbyś?-Drąży. A to podobno ja jestem upierdliwy i w nocy dyskutuję na poważne tematy! Nie wiem. Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Geje rzadko decydują się na dziecko. Ludzie tego nie akceptują. Ale czy ja bym tego chciał? W sumie… Miło byłoby wiedzieć, że pozostanie po tobie ktoś, a nie tylko to metafizyczne „coś” w sensie pamięci i innych bzdur.
-Jak sobie to wyobrażasz?-Szepczę. Wtula się we mnie i głaszcze mnie po włosach.
-Zwyczajnie. Poradzilibyśmy sobie. Najpierw musielibyśmy gdzieś się wyprowadzić. Gdzieś, gdzie nikt nas nie zna…
-Na księżyc?
-Do większego mieszkania. Albo jakiś domek jednorodzinny.
-Z ogródkiem.
-Z ogródkiem.-Potwierdza. Sam nie wiem, czy on to mówi zupełnie poważnie, czy snuje tylko takie irracjonalne marzenia.
-Ten pomysł nie jest zły.-Uśmiecham się. Chciałbym czasami stąd uciec. Zmienić wszystko, zostawić przeszłość za sobą, ale brakuje mi odwagi.

****

Budzę się w czułych, ciepłych objęciach. Kocham go i jestem z nim szczęśliwy, ale bez względu na to, co zrobi, nie umiem nie martwić się stanem zdrowia Dave’a. To silniejsze ode mnie. Clive unosi powieki i przyciąga mnie bliżej siebie. Czuję na skórze jego ciepły oddech.
-Cześć. Pięknie wyglądasz.-Szepcze. Rozdzwania się mój telefon. Wyciągam po niego rękę, ale Clive chwyta mnie za nadgarstek.
-Daj spokój.-Jęczy i próbuje
-Przestań. A jeśli to coś ważnego?-Wyswobadzam się z jego objęć i spoglądam na wyświetlacz. Nieznany numer… Odbieram, okazuje się, że dzwonią ze szpitala. Coś nie tak z Davidem. Pani po drugiej stronie prosi, bym przyjechał, bo tylko ja jestem do tego upoważniony. Clive patrzy na mnie przerażony i zdezorientowany. Wstaję, zbierając swoje ubrania.
-Co się stało?-Clive klęczy nagi, niezgrabnie okryty kołdrą i wpatruje się we mnie z niezrozumieniem.
-Wezwij mi taksówkę. Coś nie tak z Davidem.
-Hej, Vincent! Zaczekaj. Mogę cię zawieźć…-Gorączkowo zaczyna się ubierać. Wiem, że boi się tego, jak zareaguję na to, co czeka w szpitalu. Czy w ogóle wrócę do domu? Czy od razu skoczę z jakiegoś mostu?
-Nie. Pojadę sam. Tak będzie lepiej.

****

Przez pierwsze pół godziny tkwiłem na szpitalnym korytarzu kompletnie sam. Adrien wpadł potem, jak zwykle zdezorientowany, wyglądający, jakby wyrwano go ze snu, Ian pojawił się kilka minut potem, nienaganny, milczący. Obaj zostali wezwani tu przeze mnie. Może jestem samolubny, ale nie chciałem cierpieć w pojedynkę. I denerwować się bez sensu. Zamieram, kiedy widzę zmierzającego w moją stronę tego farbowanego na czarno lekarza. Kiedy oficjalnym tonem wygłasza formułkę o tym, że mój przyjaciel nie żyje, że zrobił wszystko co w jego mocy i że mu przykro, a potem odchodzi korytarzem, mój świat staje w miejscu. Nie wiem, co ze sobą zrobić. Tkwię nieruchomo, bo wydaje mi się, że przy najmniejszym ruchu rozpadnę się na kawałki. Siadam ostrożnie na tym plastikowym krzesełku pod ścianą, ukrywam twarz w dłoniach. Nawet nie wiem, jak powinienem zareagować. Obraz rozmazuje mi się przed oczami, dygoczę.
-Nie martwcie się ceremonią pogrzebową. Wszystko załatwię.-Oświadcza głośno i stanowczo Ian. Jak zwykle jest gdzieś ponad tym. Adrien milczy, z dłonią przyciśniętą do ust. Ian spogląda przez chwilę w jego stronę:
-I uczesz się chociaż raz przy okazji tego pogrzebu. Wyglądasz jak pomylony.-Wyciąga z kieszeni komórkę. Adrien nie odpowiada, nawet nie patrzy w jego stronę, kiedy tamten, z telefonem przy uchu wypada ze szpitala.
-Trzymaj się. Wszystko będzie dobrze.-Szepcze Adrien. Powoli podnoszę głowę. Patrzy mi w oczy ze smutkiem i niekłamaną troską. Jakoś trudno mi w to wierzyć. Adrien po chwili też znika, odchodząc długim, jasnym korytarzem, a ja nawet nie jestem w stanie się podnieść. Przechodząca pielęgniarka pyta, czy wszystko w porządku. Zbywam ją skinieniem głowy. Kiedy wstaję kręci mi się w głowie. Wciąż nie do końca rozumiem co się ze mną dzieje. Idę do szpitalnej łazienki, obmywam twarz zimną wodą, a potem wychodzę na zewnątrz i wzywam taksówkę. Ciepłe, letnie powietrze trochę mnie otrzeźwia. Siedzę pod drzewem, skulony na zielonej, drewnianej ławce i naprawdę w tej chwili nie umiem powiedzieć, co będzie dalej z moim życiem. Jestem kompletnie skołowany, wciąż nie do końca to do mnie dociera. Po prostu nie umiem uwierzyć.

****

Kiedy wracam do mieszkania, Clive stoi przerażony w drzwiach kuchni. Zamykam za sobą drzwi mieszkania, mechanicznymi ruchami zdejmuję buty, wpatruję się w podłogę. Nie wiem, co zrobić, boję się, że się rozsypię. Staram się oddychać.
-Dave nie żyje.-Mówię nie swoim, dziwnie zachrypniętym głosem.
-Wiem, skarbie. Wiem. Tak mi przykro.-Szepcze i podchodzi do mnie. Obejmuje mnie ostrożnie, a ja wpadam w jego ramiona i kurczowo wbijam palce w materiał jego koszuli. Gdybym teraz miał stracić jeszcze jego nie przeżyłbym jednego dnia. Bliskość i ciepło jego ciała dają mi ukojenie. Głaszcze mnie po plecach, kołysze lekko w objęciach.
-Spokojnie.-Szepcze mi do ucha i całuje mnie w czubek głowy. Nie umiem wydusić z siebie słowa. Jestem w kompletnej rozsypce. Przez cały ten czas próbowałem się na to jakoś przygotować, nie sądziłem, że aż tak się załamię. Przecież David nie był nawet moją rodziną.
-Vince, wiem że to boli, że cierpisz i tęsknisz, ale uspokój się.-Mówi ze smutkiem. Wiem, że jest mu mnie żal.
-Miałem tylko jego.
-Masz innych przyjaciół. I mnie. Razem sobie poradzimy. Tylko musisz się otworzyć. Oddychaj spokojnie, skarbie.-Obejmuje mnie mocniej. Jestem w rozsypce. Bez Clive’a bym tego nie przetrwał. Dygoczę nerwowo, mam ochotę płakać. Co z tego, że to niemęskie, niedojrzałe? Nie wiem, kiedy wrócę do normalności. Mam tylko nadzieję, że z każdym dniem będzie lepiej. Clive obejmując mnie silnie zaprowadza mnie do pokoju i lokuje na kanapie. Podciągam kolana pod brodę. Jest mi gorąco ze stresu i kręci mi się w głowie.
-Mogę coś dla ciebie zrobić?-Pyta, dotykając mojej dłoni. Kręcę głową. Nie chcę o tym rozmawiać. Nic nie chcę.
-Przyniosę wodę.-Mówi i wychodzi z pomieszczenia. Wpatruję się tępo w ścianę. Najokrutniejszy koszmar. Ból, żal, pustka.
-Potrzebujesz jeszcze czegoś?-Słyszę spokojny głos Clive’a. Powoli kręcę głową.
-Jak się czujesz?-Usilnie próbuje nawiązać ze mną kontakt. Chcę być sam. Chcę zniknąć.
-Kochanie, odezwij się do mnie.-Prosi. Milczę uparcie. Nie mogę, nie chcę, nie potrafię. Zbyt dużo myślę o tym, że David nie żyje. Że już nie będę mógł z nim pogadać, ani go zobaczyć. Że po prostu go nie ma.
-Hej.-Szepcze Clive i próbuje mnie objąć. Odsuwam się. Nie chcę. Wiem, że jego też to boli, ale nie chcę, by tu był. W sumie nie wiem, czego chcę. Ale na pewno wiem, czego nie chcę. Przysuwa się mimo to i głaszcze mnie po włosach. Nie umiem pogodzić się z tym, że Dave’a nie ma i że to nie jest sen.

****

-Gotowy?-Clive stoi obok mnie i ze smutkiem patrzy w oczy mojego lustrzanego odbicia.
-Tak.
-Jeśli nie chcesz tam jechać, to naprawdę nie musimy…
-Jedźmy. Chcę. Nie mogę… Się nie pożegnać.-Wzdycham. Tak naprawdę sam nie wiem, czy chcę w tym uczestniczyć. Mimo to pozwalam się wsadzić do auta, czekam cierpliwie, gdy Clive kupuje kwiaty, a potem wysiadam na cmentarzu, przed małą, nieprzyjazną kapliczką. Dopiero teraz dociera do mnie to, że David naprawdę nie żyje. Kiedy widzę trumnę wszystko, cały żal wraca. Jesteśmy tu tylko my: Clive, Ian, Adrien, Mark i ja… Pięć osób. Nie ma żadnego z jego współpracowników, dalszej rodziny.Clive siedzi obok mnie, w ostatniej ławce, kiedy nerwowo ściskam w dłoni kwiaty. Na podwyższeniu wyrasta wysoki, wiotki, ubrany na czarno mężczyzna i zaczyna wygłaszać jakąś mowę, o tym, że David był sprawiedliwy, kochający… Staram się go nie słuchać, bo boję się, że całkiem pęknę i już się nie pozbieram. Z apatii wyrywa mnie głos Adriena:
-Kto napisał te bzdury? Ian?-Woła, rozgląda się po naszych twarzach i wstaje z ławki. Wchodzi na podwyższenie i mówi coś do zszokowanego mistrza ceremonii, wciskając mu jego plik kartek. A potem staje przed mikrofonem, splata ręce za plecami i patrzy na nas z obawą.  
-Nie jestem zbyt dobry… W mówieniu. Ale …. Wszyscy doskonale wiemy, że David wcale taki nie był. Nie był sprawiedliwy, kochający, odważny i nie ratował ludzi z pożarów, czy kogo tam jeszcze… Był okrutny, wulgarny, chamski… I za to go wszyscy kochaliśmy. Bo był… Nasz.- Adrien wzrusza ramionami, przebiega wzrokiem po naszych twarzach, jakby szukał aprobaty, albo podpowiedzi. Palce Clive’a zaciskają się na mojej dłoni.
-Więc… Powinniśmy go chyba zapamiętać takim, jakim był, a nie takim, jakim powinien być według moralnej większości.-Dodaje Adrien, wbija wzrok w ziemię. Stoimy potem wszyscy w ciasnym, maleńkim tłumie i obserwujemy, jak trumna z ciałem Dave’a jest powoli opuszczana w dół. Teraz jeszcze bardziej odczuwam to, że go nie ma, że już nie wróci. Nie płaczę, nie panikuję. Nie mam już sił. Jestem tylko przerażony i wydaje mi się, że to tylko fikcja, sen, że nic nie dzieje się naprawdę.

Opublikowano Bez kategorii | 3 komentarzy

Rozdział dwudziesty dziewiąty – Wyjście

-Cześć!-Wołam, przestępując próg mieszkania Iana i odrazu kierując się w stronę Prior. Wygląda naprawdę dobrze. Tylko trochę zabawnie, kiedy stoi obok wózka z niemowlakiem. Widać, że sama jest jeszcze dzieckiem. Jakkolwiek by na to nie patrzeć. Pochylam się nad wózkiem i spoglądam na maleńką, różową, bezbronną istotkę, która śpi spokojnie z zaciśniętymi piąstkami.
-Jak ma na imię?-Uśmiecham się.
-Michael.-Odpowiada Prior, bujając metodycznie wózkiem.
-Ślicznie. Dajesz sobie radę?-Pytam. Wzrusza lekko ramionami.
-Matka trochę mi pomaga.
-To świetnie. Wszystko dobrze, terapia poskutkowała?-Drążę. Nic nie poradzę na to, że muszę zawsze wszystko wiedzieć.
-Nie wiem. Czas pokaże.
-A gdzie Amy?-Podnoszę się i spoglądam na Iana.
-U mojej matki. Nie umiem pogodzić pracy z opieką nad małą. Niedługo pójdzie do przedszkola i wszystko się unormuje.-Unosi do ust kubek z kawą.
-A Mitch? On nie może z nią posiedzieć?
-Nie jesteśmy już razem.-Oświadcza ze spokojem. Od razu wstępuje we mnie nowa nadzieja na pogodzenie go z Adrienem, ale tłumię ją w zarodku. To bez sensu. Miałem się odwalić.
-Dlaczego?-Pytam tylko. Ian wzrusza ramionami, a potem oświadcza ze smutkiem:
-Ma żonę, dwójkę dzieci, psa i domek nad morzem.
-Naprawdę?-Jestem w szoku. Prior przestaje bujać wózkiem i patrzymy na niego w skupieniu. Ian wywraca oczami. Ma nas chyba za idiotów.
-Naprawdę.
-I udawał przez…
-Nie gadajmy o tym!-Wstaje. Rozumiem jego żal. Nie wiem, jak ja bym postąpił w takiej sytuacji. Nie wiem co zrobić i co powiedzieć, więc ponownie pochylam się nad wózkiem i patrzę na niemowlę, które mimo wszystko jest jakieś obce. Prior jest jego matką, ale jakby nie patrzeć było nieplanowane i… Nie wiadomo do końca kim jest jego ojciec. Trochę to niesmaczne. Prostuję się, wzdrygam i uśmiecham ciepło do Prior, starając się, by wyglądało to naturalnie.

****

Stoję przed szybą, za którą leży nieprzytomny Dave i wpatruję się w niego od kilkudziesięciu minut. Jest tak odległy, kruchy, jakby niematerialny. Leży tam śmiertelnie blady, wychudzony, niemal zapadnięty i zlewa się z białą, szpitalną pościelą. Waży niewiele ponad trzydzieści kilogramów. Popodłączali go do specjalistycznej aparatury. Clive powiedział mi, że jeśli przez dwa tygodnie nie będzie poprawy, po prostu go odłączą. I tak nie ma nikogo, kto miałby prawne możliwości, by decydować o jego losie. Zaciskam usta, by nie płakać i odsuwam się od szyby izolatki. Zbiegam w dół po schodach, jakby nieudolnie próbując uciec od problemu i wracam do mieszkania Clive’a. Ciągle boję się wrócić do siebie. Mam wrażenie, że tam wszystko będzie przypominać mi o Davidzie. A wiem, że jest z nim źle. Zamykam za sobą drzwi, odwieszam klucze na niewielki, drewniany haczyk utkwiony w ścianie. Nie wiem, co mam robić. Przez moment stoję nieruchomo, a potem wybucham histerycznym płaczem. Jak tak dalej pójdzie, to mnie zamkną w psychiatryku. Dlaczego wszystko musi mi się walić? Osuwam się na podłogę i siedzę pod ścianę, wciśnięty między szafkę i doniczkę z jakąś palmą. Nie jestem w stanie normalnie funkcjonować i muszę po prostu cierpliwie czekać, aż minie etap wstępnego przerażenia i histerycznego szlochu. Wtedy będę mógł spokojnie wstać i przez moment nie myśleć o tym wszystkim.

****

-Która godzina? Nie chcę się spóźnić.-Mówię, wpadając do kuchni i jedną ręką wiążąc krawat.
-Masz pół godziny. Zdążysz.-Clive całuje mnie w skroń i napełnia czajnik wodą. Potrząsam głową. Wolę się nie spóźnić.
-Dobra, pójdę już.
-Śniadanie!-Woła i wręcza mi pudełko.
-Dzięki, doktor Quinn.*
-Wolałbym Doogiego Howsera.*
-Nie zasłużyłeś.- Trzymaj się. -Mówię z uśmiechem. Jest cudowny. I mój.
-Kocham Cię!-Woła, kiedy znikam za drzwiami. Gdy wypadam na świeże, ożeźwiające powietrze widzę dwie, starsze kobiety. Dyskutują głośno, chyba chcą, żebym wszystko słyszał.
-Mówię pani, oni razem mieszkają. Ja nie wiem… To wstydu trzeba nie mieć.-Mówi niższa, z małym pieskiem na smyczy. Wiem, że chodzi im o mnie i o Clive’a, bo ta druga spogląda na mnie z wyższością i dozą odrazy.
-Obrzydliwość. – Rzuca. Zamykam oczy i staram się zachować spokój. Najbardziej boją się tego, że wszystko rozpowiedzą, że potem obaj stracimy pracę. W końcu kto by chciał, żeby pedał uczył, albo co gorsza leczył jego dziecko?
-To wszystko wina tego bezstresowego wychowania. Potem się takim we łbach przewraca!-Babka aż się zapowietrza. Wsuwam ręce do kieszeni i mknę na przystanek. Nie chcę dłużej tego słuchać, nie chcę się przejmować.

****

-Kochanie, to tylko dwie emerytki. Co mogą nam zrobić?-Wzdycha Clive, odbierając ode mnie pusty talerz.
-Mogą rozpowiedzieć.
-Dramatyzujesz
-Ty naprawdę nie wiesz, jacy są ludzie, czy tylko udajesz?-Pytam zaczepnie. Przygląda mi się przez moment, a potem wzdycha i wywraca oczami.
-Pójdziesz ze mną jutro wieczorem do klubu?-Pochyla się nade mną. Odchylam w tył głowę, by na niego spojrzeć. Celowo zmienia temat.
-Nie jestem w nastroju.-Rzucam tylko
-Proszę… Musisz wyluzować.-Szepcze i kuca obok mnie.
-Nie.-Nawet na niego nie patrzę.
-Ładnie proszę. Vincent.-Zaczyna mnie brać na litość. Morduję go wzrokiem i ostatecznie się zgadzam, chociaż nie mam ochoty na jakiekolwiek wyjścia. Chciałbym tu siedzieć i pogrążać się w rozpaczy.
-Kocham Cię. Obdzwonię twoich znajomych.-Uśmiecha się, wstaje i delikatnie mnie całuje. Jestem smutny i rozgoryczony. Mam dość wszystkiego. Nie mam na nic sił. Wszystko mi się pieprzy. Czuję jeszcze, jak dłoń Clive’a przesuwa się po moim ramieniu, a potem wychodzi z kuchni, a ja ciężko wzdycham. Może faktycznie ma rację?

****

-Myślisz że ten ślub to dobry pomysł?-Pytam, kiedy Clive składa wyprane ubrania. Spogląda na mnie zdezorientowany.
-Nie chcesz tego?
-Po prostu… Milk***, Shepard****… Oni wszyscy walczyli przez tak wiele lat, żeby ludzie w jakikolwiek sposób nas zaakceptowali, a my teraz praktycznie pchamy się pod nóż. To nie jest nadużycie?-Wzruszam lekko ramionami. Nadal nie wiem, co o tym myśleć. Clive zamyka kolanem szafę, uśmiecha się, całuje mnie krótko i rzuca:
-Wydaje mi się, że Milk i Shepard byliby z nas cholernie dumni. Uwierz mi.
-Chciałbym.-Wzdycham.
-Powiedz mi, jeżeli nie chcesz tego ślubu i jeśli…
-Nie wiem. Tylko spytałem.-Potrząsam głową, bo on znów zaczyna drążyć. Przez chwilę przygląda mi się uważnie. Przestaje dopiero wtedy, kiedy ktoś dzwoni do drzwi.
-Zapraszaliśmy kogoś?-Pyta, unosząc jedną brew. Wzruszam ramionami. Pewnie znowu Sandra.
-Cześć!-Słyszę jej wysoki, nadmiernie radosny głos, kiedy Clive idzie otworzyć.
-Co tu robisz?
-Wpadałam w odwiedziny. Chciałam wam pokazać, co sobie kupiłam.-Oświadcza z dumą, stając na środku pokoju i skutecznie zasłaniając mi telewizor. Clive siada obok mnie i obaj patrzymy na nią bez specjalnego zainteresowania. Zamaszystym ruchem ściąga czerwoną marynarkę i staje przed nami w fioletowym t-shircie z wielkim logo PFLAG*****.
-Urocze. I co w związku?-Pyta Clive.
-Cała nasza rodzina ma takie koszulki.-Oświadcza z dumą jego siostra. Nadal nie rozumiemy.
-Rozdawali za darmo z jakieś fundacji…
-Przestań! Chcemy pokazać całej populacji, jak bardzo nam zależy. A co u was? Wszystko gra?-Uśmiecha się od ucha do ucha.
-Tak. Właśnie mieliśmy wychodzić.-Clive wstaje, a ja podnoszę się niechętnie chwilę potem. Myślałem, że zapomniał.
-Gdzie idziecie?-Sandra wkłada z powrotem marynarkę.
-Nie interesuj się.
-Mogę pójść z wami?-Nalega.
-Sandy!-Clive podnosi głos i lustruje wzrokiem zawartość szafy. Siostra zawisa na jego ramieniu i patrząc mu głęboko w oczy pyta piskliwie:
-Mogę?
-To podobno młodsze rodzeństwo wszędzie się podczepia.
-Czyli mogę?
-Może?-Clive spogląda na mnie przez ramię. Jestem w takim stanie, że w każdej kwestii jest mi wszystko jedno.
-Jasne.

****

-Zatańczmy.-Proponuje Clive, kiedy siedzę obok niego, w klubie, na barowym stołku i gapię się na bąbelki błądzące w szklance z piwem. Nie mam sił, ani ochoty.
-Skarbie.-Mruczy i opiera czoło o moją skroń. Przeklinam go w duchu. Siedzimy tu w towarzystwie Sandy, od godziny, a ja z każdą sekundą coraz bardziej mam dość.
-Idźcie. Ja się porozglądam…. Boże, jaka tu panuje niesamowita atmosfera. Nie jak w normalnym klubie…-Sandra potrząsa głową i błądzi wzrokiem po postaciach obecnych tu osób.
-Sugerujesz że jest nienormalny?-Clive prostuje się gwałtownie.
-Przestań się zachowywać jak te konserwatywne pedały z telewizji, które wszędzie doszukują się oznak dyskryminacji. Przecież wszyscy wiemy, że taki nie jesteś.-Sandra sięga po moją szklankę. Mam dość tego miejsca i tej miałkiej dyskusji.
-Chcę wrócić do domu.-Oświadczam stanowczo. Clive obejmuje mnie ramieniem i wtula twarz we wgłębienie mojej szyi.
-Proszę. Tylko jeden taniec. Musisz się oderwać.
-A może ja się nie chcę „odrywać”?-Wywracam oczami.
-Idź.-Sandra uderza mnie otwartą dłonią w udo i ponagla ruchem głowy. Clive uśmiecha się, wstaje i ciągnąc mnie na siłę za sobą, wciąga mnie w tłum rozgrzanych, ocierających się o siebie ciał. Kołyszę się w jego objęciach, muzyka huczy mi w głowie. Silna dłoń Clive’a obejmuje mnie w pasie, patrzy mi w oczy, przyciąga mocno, bliżej siebie. Nie chcę przed nim uciekać. Za bardzo go kocham, by udawać niewzruszonego. Bezwiednie odwzajemniam pocałunek, kiedy jego ciepłe wargi dotykają moich ust. Całujemy się w wirujących, barwnych światłach i wszystkie moje problemy na moment znikają. Myślę tylko o nim. O jego dotyku, zapachu, elektryzującej bliskości. Wszystko jest dobrze. W tej surrealistycznej dla mnie chwili nie ma znaczenia nic, poza nim. Poza mężczyzną, którego kocham nad życie.

****

Z klubu wychodzimy we trójkę, grubo po pierwszej w nocy. Nie przepadam za chodzeniem gdziekolwiek w nocy, bo mam wrażenie, że wtedy ze swoich kryjówek wychodzą najgorsze miejskie szumowiny. I nie myliłem się. Nie przechodzimy kilku kroków, kiedy jakiś przygarbiony facet z butelką piwa w dłoni mierzy nas wzrokiem. Clive akurat poprawia kołnierz mojego płaszcza. Mamrocze coś pod nosem i pluje pod nogi. W Clive’a wstępuje szaleństwo.
-O co panu chodzi? W czym tkwi pański problem? Czym my się niby od pana różnimy?-Atakuje go, nim mam czas na reakcję. Wiem, że robi to, bo jest lekko wstawiony. Normalnie nawet nie próbowałby go prowokować. Facet zieje nienawiścią. Robi ruch w naszą stronę, więc cofam się o krok, ciągnąc Clive’a za sobą. W tej samej chwili Sandra wypada spomiędzy nas i dosłownie rzuca się na tego mężczyznę. Patrzymy z przerażeniem na tę niewysoką, ubraną w żółty płaszczyk brunetkę, która jednym ruchem przygważdża do ściany postawnego faceta.
-Co ci pozwala oceniać innych? Bóg? Jakaś porąbana religia?-Pyta Sandy, nieudolnie próbując zajrzeć mu w oczy. Jest w nie mniejszym szoku niż my.
-Odwal się! Żyjemy w wolnym kraju, mogę robić i mówić, co chcę.-Oświadcza stanowczo i odpycha Sandrę od siebie. Prawie upada w moje ramiona. To sprawia, że jeszcze bardziej się wścieka. To chyba jakaś ich rodzinna przypadłość. Nie lepiej i rozsądniej zrobić unik?
-Nie wiesz jak być człowiekiem, a co dopiero, jak być chrześcijaninem!-Wrzeszczy Sandy i próbuje mi się wyrwać.
-Hej, zejdź z niego.-Proszę i na wszelki wypadek się odsuwam, kiedy tamten człowiek nas wymija. Siostra Clive’a próbuje jeszcze za nim pobiec, ale ją przytrzymuję.
-Odbiło ci?-Warczy, kiedy puszczam jej ramiona.
-To tobie odbiło.-Oświadczam ze spokojem i spoglądam na Clive’a. Dlaczego w ogóle się nie udziela? Sandra potrząsa głową z niezrozumieniem.
-Czy wam w ogóle nie zależy?! Wolicie się ukrywać do końca życia i udawać, że nie istniejecie?! Dlaczego czegoś nie zrobicie?!-Wrzeszczy histerycznie. Odbija jej!
-Nie wiń nas za to, co robi cała społeczność.-Wzdycha Clive i niepewnie obejmuje mnie ramieniem.
-Wezwijcie taksówkę, jedźcie do domu. Ja też muszę już wracać do siebie. Jutro o dwunastej mam sesję, a takie spontaniczne wypady, to jednak nie dla mnie. Chociaż było ciekawie.-Wsuwa ręce do kieszeni płaszcza, wbija wzrok w ziemię. Ma do mnie o coś żal?
-Masz do nas pretensje o to, że się nie umiemy postawić? Że, jak to ujęłaś, nie walczymy?! Że nie reagujemy agresją na agresję?!-Pytam. Sandy przez moment milczy, a potem oświadcza głośno i stanowczo:
-Tak. Bo…
-Ta rozmowa jest bezcelowa. Wszyscy musimy się wyspać. Rano do ciebie zadzwonię.-Clive wchodzi jej w słowo i wyciąga telefon, by wezwać taksówkę.
-Nie! Wam po prostu nie zależy!
-Daj spokój.
-Nie zależy wam! Macie to gdzieś. Przyzwyczailiście się do wegetacji i teraz wegetujecie i zamierzacie wegetować do końca życia. A tak nie może być. Ludzie, obudźcie się.-Jęczy i opiera się o ścianę najbliższego budynku. Zaczynam w pamięci liczyć ile ona dziś wypiła.
-Daj spokój. Jutro zadzwonię, jak wytrzeźwiejesz.

*Dr Quinn  – amerykański serial telewizyjny utrzymany w konwencji westernu. Opowiada o przygodach młodej lekarki, która zdecydowała się otworzyć własną praktykę w miasteczku Colorado Springs. Serial oprócz wątku obyczajowo-przygodowego, porusza liczne tematy społeczne, jak alkoholizm, narkotyki, rasizm, równouprawnienie, tolerancja

**Doggie Howsler (Doogie Howser, M.D.) – amerykański serial telewizyjny, w którym Neil Patrick Harris zagrał rolę nastoletniego lekarza.

***Harvey Milk (1930-1978) -  amerykański polityk, pierwszy mężczyzna otwarcie przyznający się do swojej homoseksualnej orientacji wybrany do Rady Miasta San Francisco. Milk piastował swoje stanowisko przez 11 miesięcy, podczas których z jego inicjatywy podjęto uchwały zakazujące dyskryminacji gejów i lesbijek w San Francisco. W listopadzie 1978 Harvey Milk i burmistrz miasta zostali zastrzeleni przez innego członka Rady. 12 sierpnia 2009 roku został pośmiertnie odznaczony Medalem Wolności przez prezydenta Baracka Obamę.

**** Matthew Shepard (1976-1998) – amerykański student Uniwersytetu Wyoming skatowany na śmierć. 7 października 1998 Shepard był w barze uniwersyteckim w Laramie. Dwaj mężczyźni wywabili Sheparda z baru i wywieźli w odludne tereny. Tam, po przywiązaniu do ogrodzenia, Shepard był bity i torturowany. Oprawcy pozostawili go związanego na ogrodzeniu, by umarł. 18 godzin po uprowadzeniu Sheparda znalazł przypadkowo przejeżdżający rowerzysta. Zmarł cztery dni później w szpitalu, nie odzyskawszy przytomności. Miał 21 lat. Jego śmierć jest jednym z najszerzej komentowanych i najbardziej wymownych przypadków tzw. Zbrodnii nienawiści (zbrodnia nienawiści – akt przemocy werbalnej lub fizycznej, wynikający z antyspołecznych uprzedzeń).

*****PFLAG (Parents, family and friends for lesbians and gays) – społeczno-polityczna organizacja z USA zrzeszająca członków rodzin i przyjaciół gejów, lesbijek, osób biseksualnych i transpłciowych z siecią ponad 350 oddziałów w Stanach Zjednoczonych, Puerto Rico i 11 innych krajach. Jej początki sięgają 1972 roku, kiedy po pobiciu syna, jawnego geja, jego matka Jeanne Manford napisała list i rozpoczęła medialną batalię o potrzebie wsparcia mniejszości seksualnych przez ich najbliższych i oburzania się na bierność policji i władz.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Rozdział dwudziesty ósmy – Wieści

-Mam dla ciebie coś jeszcze.-Szepcze Clive, stając za moimi plecami, kiedy uspokoiwszy dziki pęd w głowie, próbuję przygotować jakiś posiłek. Nieruchomieję, bo pomału zaczynam obawiać się tego, na co Clive potrafi wpaść. Ujmuje moją dłoń i zamyka w niej coś chłodnego, niewielkiego, metalowego. Klucz? Wyswobadzam się z jego objęć i odsuwam od kuchenki. Unoszę dłoń. Klucz.
-Do mojego mieszkania.-Uśmiecha się Clive, siadając na jednym z tych drewnianych, niewygodnych krzeseł.
-Proponujesz mi… Wspólne mieszkanie?-Pytam. Wzrusza ramionami.
-Jeśli chcesz, możesz ze mną zamieszkać. Jeśli nie jesteś gotów, możesz po prostu wpadać w każdej chwili.-Wyjaśnia. Nie wiem, co powiedzieć, więc nic nie mówię i po prostu wsuwam klucz do kieszeni. Za bardzo wiruje mi w głowie i wciąż jestem w szoku wynikłym z zaręczyn. To dla mnie chyba za dużo. Za dużo, jak na tak krótki okres czasu. Poza tym, jak on to sobie wszystko wyobraża?! Czy to ja jestem zbyt zapobiegawczy?
-Przemyślę to, dobrze?-Rzucam i wracam do mieszania drewnianą łyżką w niewielkim, czerwonym garnuszku w kwiatki.
-Nie chciałem cię denerwować.
-Nie! Jestem lekko skołowany.-Mówię, spoglądając na niego przez ramię, a potem dodaję ze śmiechem:
-I nie do końca trzeźwy.
-Witaj w klubie.-Parska Clive i patrzy mi w oczy, półleżąc na stole, kiedy spoglądam na niego przelotnie, odstawiam garnek i otwieram pierwszą z brzegu szafkę w poszukiwaniu jakichkolwiek talerzy. Nie lubię, kiedy ktoś na mnie patrzy przez dłuższy czas. Krępuje mnie to.
-Przestań, proszę.-Szepczę, stawiając przed nim ceramiczny, równie kwiecisty co garnek talerz, znaleziony w górnej szafce.
-Dziękuję. O co chodzi?
-Przyglądasz mi się. Nie lubię tego. Zawsze, kiedy gapi się na mnie ktoś obcy mam wrażenie, że zgłębi mój umysł i znajdzie pretekst, żeby rzucić się na mnie z nożem.-Wyjaśniam nieskładnie i siadam naprzeciw niego.
-Nie masz się o co martwić. I tak obraz mi się nico rozmywa.-Parska urywanym śmiechem. To wszystko wydaje mi się nie być do końca realne, ale to z pewnością wina alkoholu. Muszę ochłonąć. Niepewnie grzebię w talerzu, bo promile krążące w krwiobiegu sprawiają, że żołądek podchodzi mi do gardła. Na palcu lśni złota obrączka, a to napawa mnie dodatkowym lękiem. Dlaczego on tak miesza w moim życiu?

****

Siedem dni w głuszy mija zadziwiająco szybko i nie odczuwam szczególnie upływu tego czasu. Wydawało mi się, że umrę tu z nudów i z tęsknoty za domem, ale wcale nie było źle. Siedzę teraz obok Clive’a, w jego samochodzie i podziwiam mijane za oknem widoki. Zostawiamy za sobą mały, uroczy domek i zielony, pachnący świeżością las. Zerkam na siedzącego za kierownicą Clive’a i posyłam mu uśmiech. Jest fantastycznie. Może i mam jak zwykle jakieś zastrzeżenia, ale i tak uważam, że ten czas był niesamowity. Udało mi się choć odrobinę oderwać. Nikt do mnie nie telefonował… To znaczy pewnie telefonował, ale bez skutku. I to mi się podoba. Jeszcze raz zerkam w stronę Clive’a, któremu wiatr rozwiewa włosy.
-Kocham cię.-Szepczę. Mam chyba histeryczną potrzebę zatrzymania go przy sobie. Dlatego stale to powtarzam. Szukam zapewnień z jego strony. Nie odpowiada. Nie wiem, czy mnie słyszał. Jest w nim coś doskonałego. Pewnie widzę jakiś zaburzony obraz, ale tak go postrzegam. Jako moją prywatną doskonałość.

****

Mogę chyba powiedzieć, że jestem wypoczęty i nawet… Ba! Naprawdę szczęśliwy. Po raz pierwszy od dawna po prostu wchodzę po schodach, zamiast wlec się smętnie, niczym sezon meksykańskiej telenoweli. Uśmiecham się do siebie, opieram walizkę o ścianę i wyciągam z kieszeni klucz. Logicznie rzecz biorąc wkładam do zamka, próbuję przekręcić. Nic. Zaczynam tradycyjnie wpadać w panikę. Co się dzieje? Przecież płacę regularnie czynsz, nikt nie mógł wymienić zamków. Wyciągam klucz, kucam, przyglądam się drzwiom. Wstaję z powrotem, naciskam klamkę i popycham je kolanem. Otwierają się z oporem i opadają żałośnie, przekrzywiając się na jedną stronę. Zawias jest zepsuty… Fantastycznie. Stoję w progu i mam ochotę płakać, wrzeszczeć i walić głową w ścianę, jednocześnie. Ktoś się włamał! W mieszkaniu panuje okropny bałagan i kompletnie nie wiem co zrobić. Rozsądek podpowiada mi, żeby zadzwonić na policję, ale kończyny odmawiają posłuszeństwa. Jak to możliwe, że sąsiedzi nic nie usłyszeli? Wypadam z mieszkania, pukam do ich drzwi. Nikt nie odpowiada. Nie ma ich, pewnie już od jakiegoś czasu. W końcu mamy lato. Nikt nie lubi siedzieć w mieszkaniu przy takiej pogodzie. Dzwonię na policję i czekam na funkcjonariuszy, siedząc na progu, z podkulonymi nogami i próbując nie zostać zabitym przez uszkodzone drzwi. Kiedy się zjawiają wstaję pośpieszeni i odpowiadam na ich pytania. Nie wydają się być szczególnie zainteresowani i przejęci, a nawet mam wrażenie, że zwyczajnie mają mnie gdzieś i uważają za paranoika. Pytają tylko, czy mam alarm, czy kręcił tu się ostatnio ktoś podejrzany i ile osób w ostatnim czasie przewinęło się przez mój dom.
-Czy coś zginęło?-Pyta niższy policjant.
-Nie wiem.
-Nie sprawdził pan?-Unosi brwi.
-Myślałem, że panowie…-Zaczynam, ale milknę, bo czuję się zamordowany wzrokiem.
-Dobrze. Skontaktujemy się z panem, jak coś się rozjaśni w sprawie.-Wyłażą niezgrabnie przez zniszczone drzwi.
-I to wszystko?-Dreptam niepewnie za nimi, bo jestem lekko skołowany. Po co ja ich tu wezwałem, skoro mają gdzieś mnie i moją sprawę?
-Tak.
-Nie zbieracie żadnych… Nie wiem… Dowodów?
-To nie morderstwo, człowieku.-Mamrocze wyższy policjant i chowa notes do wewnętrznej kieszeni. Widać, zaczynam ich denerwować.
-Czyli mogę posprzątać ten bałagan, wstawić nowe drzwi i zwyczajnie tu mieszkać?-Upewniam się, choć przyznaję, że jestem zaskoczony. Wyższy funkcjonariusz wzrusza ramionami.
-I proszę sprawdzić, czy nic nie zginęło. Aha. Nie otrzyma pan odszkodowania za rzeczy, których posiadania pan nie udowodni.-Dodaje, a potem żegnają się ze mną skinieniem głowy i już ich nie ma. A ja stoję przerażony, załamany i zagubiony w progu swojego mieszkania, dopóki drzwi całkiem nie wypadają z zawiasu i nie upadają z łoskotem pod moje nogi.

****

Clive od razu zaproponował mi, żebym zamontował jedynie nowe drzwi i zamieszkał z nim, bo włamywacz może wrócić. Sam szczerze w to wątpię i zaczynam podejrzewać, że to on kogoś wynajął, aby zdemolował moje mieszkanie, żeby potem mnie tu ściągnąć. Ale to i tak całkiem miłe.
-Dziękuję za wszystko. Za pomoc w zamontowaniu nowych drzwi i za to, że mogę tu mieszkać. Trochę mi głupio… Za parę dni zrobię porządek, zamontuję alarm. Nie martw się.-Szepczę.
-Masz jakiegoś podejrzanego? Kto mógł to zrobić?-Pyta, przekładając swoje rzeczy na dwie górne półki i robiąc mi tym samym miejsce w szafie. Czuję się niezręcznie. Jak intruz. Zwaliłem mu się z dnia na dzień na głowę, a on udaje, że wszystko jest w porządku. Albo naprawdę ma w sobie jakieś niesamowite pokłady empatii.
-Coś zginęło?-Pyta i przesuwa się, kiedy staję obok szafy i odpinam zamek w walizce.
-W zasadzie nie. Przynajmniej nic wartościowego.-Wzruszam ramionami. Wydawało mi się, że zginęło kilka moich prywatnych rzeczy. Ale to przecież irracjonalne. Cholera! To wszystko jest irracjonalne. Dlaczego mnie to spotyka?
-To po co to włamanie?
-Mnie się pytasz?
-Myślisz, że ktoś mógł chcieć się zemścić? Masz, nie wiem, wrogów?-Clive siada na tej swojej skórzanej, śliskiej, zimnej kanapie i czeka cierpliwie na moją odpowiedź. Olśniewa mnie w połowie składania drugiej pary spodni. Wiem! Jasper.
-Jasper.-Szepczę.
-Kto?
-Jasper. Ten facet, z którym widziałem się parę razy, zanim poznałem ciebie. Mówiłem ci o nim. On ma na moim punkcie chyba lekką obsesję. Ostatnio się nie pokazywał i myślałem, że wszystko ucichło.-Odpowiadam. Spoglądam w oczy Clive’a. Wiem, że jest mu mnie żal.
-Nie możesz tam wrócić.
-Nie mogę tu mieszkać. To moje mieszkanie, utrzymuję je.
-Możesz je sprzedać.-Proponuje. Teraz już chyba kompletnie oszalał. Mam ryzykować, żeby potem zostać z niczym, kiedy w jakimś momencie po prostu się rozstaniemy? Nie ma mowy.
-Nie. Nie ma mowy o sprzedaży, ani o wynajmie. Tam są moje rzeczy, część mojego życia.-Zamykam szafę i zapinam z powrotem zamek czarnej torby.
-Rzeczy można przewieźć tutaj. Żaden problem.-Rzuca, jak gdyby nigdy nic, a we mnie się gotuje.
-Nie rozumiesz, że może ja po prostu nie chcę z tobą mieszkać? Nie chcę tutaj mieszkać?-Wybucham. Wiem, że będzie mu przykro, ale mam to gdzieś. Nie pozwolę ustawiać mojego życia pod jego dyktanto. Wystarczająco wiele rzeczy się pieprzy, a on tylko dodatkowo wprowadza zamieszanie. Zrobię jakiś mały remont, sprzątnę bałagan, pozbędę się starych rupieci, zamontuję alarm i podwójny zamek i wszystko będzie dobrze. Nie muszę od razu robić rewolucji, sprzedawać jednej trzeciej mojego życia i wprowadzać się z dnia na dzień. Nie chcę! Odruchowo zaczynam się tłumaczyć, kiedy widzę cień smutku w jego błękitnych oczach.
-Ja… Zrozum. Naprawdę cię kocham, ale to dla mnie zbyt wiele. Najpierw te zaręczyny, potem włamanie, a teraz jeszcze miałbym rzucić to, na co pracowałem od zawsze i wprowadzić się tutaj, bo ty tego chcesz? To znaczy… Nie zrozum mnie źle. Lubię twoje mieszkanie. Jest urocze, klimatyczne, mogę spędzić tu noc, ale…
-Nie podoba ci się?
-Podoba mi się, Clive! Tylko nie mogę tu zamieszkać. Może za bardzo przywiązałem się do tamtego miejsca?-Szukam sensownego wyjaśnienia.
-Do miejsc nie warto się przywiązywać.-Potrząsa głową. Nie cierpię tego, jak bardzo jest uparty. Zrobi wszystko, żebym uległ. Drań.
-To dzieje się zbyt szybko. Muszę sobie wszystko poukładać. Daj mi spokój, proszę.

****
Chcąc nie chcąc zostaję w mieszkaniu Clive’a. On ma jeszcze tydzień urlopu i spędza ten czas z nosem w medycznych wydawnictwach, a ja krążę po mieście i szukam speca, który zamontuje mi alarm nowej generacji i podwójny zamek w drzwiach. Wtedy wreszcie będę mógł wrócić do siebie! Idę powoli rozgrzaną słońcem parkową alejką i zastanawiam się, czy naprawdę tego chcę. Wczoraj byłem przeciwny wspólnemu zamieszkaniu, zbyt krótko się znamy. Ale teraz, kiedy pomyślę sobie, że mam się sam budzić, sam spędzać całe dnie, sam łazić na zakupy i jeść samotnie wszystkie posiłki, gapiąc się w okno, czuję dziwne, nieprzyjemne ukłucie. Wyciągam z kieszeni klucz do jego mieszkania, obracam go w palcach. Może to nie jest do końca rozsądne, ale warto spróbować. W końcu jesteśmy dorośli.
-Cześć.-Słyszę. Cholera jasna, Jasper! A już się łudziłem, że zmiotło go z powierzchni Ziemi. Zastanawiam się, czy jak zwykle udać głuchego i uciec, czy dla odmiany udać odważnego i się odezwać. Kurczę… A co, jeśli to naprawdę on obrabował moje mieszkanie? Odwracam się, idę przez moment tyłem i patrzę na niego, a potem odwracam się z powrotem i przyśpieszam. Nie wygląda niebezpiecznie. I to jest najdziwniejsze. Nie wiem, czy za mną idzie, ale i tak czuję niepokój. Może nawet to on uważa mnie za świra? Dlatego, że uciekam. Może on mnie nie rozumie? W sumie go nie znam. Nie mam pojęcia, co tkwi w jego psychice. Wracam do domu Clive’a, sprawdzając stale, czy Jasper nie idzie za mną. Wchodzę do mieszkania i z westchnięciem zamykam za sobą drzwi.
-Dlaczego nie było cię tak długo? Zaczynałem się martwić.-Clive staje w drzwiach kuchni.
-Udało mi się znaleźć specjalistę, który zamontuje mi w drzwiach dodatkowy zamek, a w mieszkaniu alarm. Ale to dopiero za dwa dni.-Oświadczam. Nie chcę wdawać się w szczegóły mojego spotkania z Jasperem. Znowu zacznie bredzić o policji, a przecież nic się stało.
-Czyli, jak zamontujesz alarm… Chcesz wrócić do siebie?-Pyta nieśmiało. Sam nie wiem.
-Pomyślę o tym potem, dobrze?-Proponuję. Muszę wszystko sobie poukładać.
-W porządku.-Kiwa głową, ale chyba i tak wie lepiej. To nie moja wina, że przywiązałem się do miejsca, w którym tkwię jedną trzecią życia! Rozdzwania się mój telefon. Ian.
-Myślałem, że ze mną nie rozmawiasz, bo knuję…
-Prior rodzi.-Wchodzi mi w słowo. Co?
-Co?
-Prior rodzi!
-Gdzie? Teraz? Przecież to za wcześnie! Jej matka o tym wie?-Pytam. Jestem kompletnie zdezorientowany. Clive spogląda na mnie z ciekawością.
-Tak. Jeśli wszystko będzie dobrze, wypuszczą ją za trzy dni, razem z dzieckiem. I wróci do domu.-Ian zachowuje swój wieczny, nieskalany niczym spokój.
-Skończyła terapię?
-Nie wiem. Może robi postępy? Albo będzie po prostu chodzić na wizyty do psychiatry? Przecież siedzi tam już od ponad siedmiu miesięcy.-Odpowiada. W sumie ma rację. Mam nadzieję, że pobyt w zakładzie zamkniętym naprawdę coś zaradził.
-Dziecko już się urodziło?
-Nie mam pojęcia. Jej matka nie chciała współpracować.-Wzdycha.
-A co… Z nami?-Szepczę.
-Nie ma żadnych „nas”.
-Wiesz, o co mi chodzi. Nadal się na mnie gniewasz?
-Tak. Ale obiecaj, że nigdy więcej tego nie zrobisz. Przestań się mieszać w moje życie. W nasze. I moje, i Adriena.-Oświadcza tonem nieznoszącym sprzeciwu. Wiem, że ma rację, ale mi naprawdę na nich zależy. Może po prostu za bardzo.
-Ok. Ja… Zależy mi na was. Nie mam rodziny, mam tylko was.-Szepczę.
-Przestań. Brzmisz melodramatycznie.

****

-Clive mi się oświadczył.-Mamroczę, pchając przed sobą wózek z Davidem. Wygląda fatalnie. Jest wychudzony, blady, przeraźliwie smutny.
-Co?-Pyta rozkojarzony. Wiem, że myśli o sobie, o przyszłości, o śmierci. Jakby temu nie zaprzeczał.
-Oświadczył mi się.
-I ty to przyjąłeś?-Pyta, a potem zanosi się głośnym, okropnym kaszlem.
-Byłem pijany.-Wyjaśniam. Jest piękna pogoda, słońce grzeje niemiłosiernie, ludzie szukają chłodu gdzie popadnie i dziwnie się czuję ze świadomością, że Dave dygocze z zimna. Orientuję się, że coś jest nie tak, kiedy przez dłuższy czas ani się nie odzywa, ani nie kaszle. Zatrzymuję wózek i z przerażeniem stwierdzam, że David stracił przytomność i głowa zwisa mu bezwładnie w lewą stronę. Wpadam w panikę, pochylam się nad nim, dzwonię po karetkę i nieudolnie próbując się z nim porozumieć, sprawdzam równocześnie, czy oddycha. Kucam przy wózku i tkwię tak nieruchomo przez paręnaście minut, czekając na pogotowie i odtwarzając w głowie wszelkie możliwe scenariusze. Co ja zrobię, jeśli on umrze? Nadal sobie tego nie umiem wyobrazić. Kurde! A jak to ja go zabiłem? To znaczy, ta wiadomość o zaręczynach? Karetka zjawia się chwilę potem. Nie wiem ile czasu minęłu. Wpadłem w ogromną panikę. Opowiadam co się stało, a uprzejma sanitariuszka podaje mi adres szpitala, który i tak doskonale znam i ambulans odjeżdża. Stąd jest zawsze najbliżej tylko do jednej placówki medycznej. Wgapiam się w chodnik i nie wiem, co zrobić. Zostawili mnie samego, z pustym wózkiem, na środku ulicy, obok przejścia dla pieszych. Ktoś potrąca mnie ramieniem i mamrocze coś pod nosem. Odsuwam wózek, ale nic nie mówię. Jestem przerażony. Po kilkunastu minutach tkwienia nieruchomo w jednym miejscu decyduję się złożyć wózek i wrócić do mieszkania Clive’a. Sam nie wiem, dlaczego nie wracam do siebie. Chyba trochę się obawiam. Potrzebuję bezpieczeństwa, zapewnienia, że wszystko się uda.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Rozdział dwudziesty siódmy – Wakacje

-Dwa miesiące wolnego. Nie wiem, co z tym zrobię. Nigdy nie wiem.-Mamroczę, siedząc przy stole w kuchni Clive’a, grzebiąc w podanym mi posiłku i obserwując, jak krząta się przy zlewie.
-Za tydzień zaczynam urlop. Coś się wymyśli.-Uśmiecha się i dotyka przelotnie mojego ramienia. Po chwili czuję, jak obejmuje mój kark, a potem oświadcza, że musimy gdzieś razem wyjechać. Jak zwykle oświadcza, nie pyta.
-W porządku.-Mamroczę i odsuwam od siebie talerz. Kiedy za dużo myślę nie jestem w stanie jeść, bo nie umiem się skupić. Zapominam o posiłku, zaprzątając umysł innymi myślami.
-Coś się stało?-Głaszcze mnie po włosach.
-Stale coś się dzieje.
-Musisz się od tego odseparować.
-Uciec?-Patrzę na niego, jak na nienormalnego. Dla nich wszystkich to jest naprawdę takie łatwe?!
-Nabrać dystansu.-Zabiera talerz. Jestem świadom tego, że zaczynam ich wszystkich niesprawiedliwie traktować.
-Dokąd byśmy mieli pojechać? Poza tym i tak stać mnie jedynie na dwa kursy pociągiem, a nie na podróże.-Wywracam oczami i wstaję od stołu.
-Ale mnie stać. Potraktuj to, jak prezent. Musisz się oderwać, zmienić otoczenie. Tutaj wszystko przypomina ci o tym, co cię trapi. Zapytaj mojej matki! Jest psychologiem, powie ci to samo.-Oświadcza i zjada cząstkę pomidora.
-Może macie rację. Nie wiem.-Wzruszam ramionami. Jestem tym wszystkim zmęczony.
-Chcesz gdzieś wyjechać? Chcesz spędzić ze mną ten czas?-Upewnia się. Jak zwykle po czasie.
-Nie wiem. Mam za dużo na głowie.-Odruchowo się tłumaczę. Wiem, że jest mu mnie żal.
-Przestań. Przestań się tak zachowywać, martwić, pogrążać. W końcu popadniesz w depresję, wierz mi.-Kładzie mi ręce na ramionach.
-Więc co mam zrobić?-Unoszę brwi.
-Skup się na pozytywach. I na sobie. Musisz pokochać siebie i przestać myśleć o innych.-Patrzy mi w oczy. Dotyka mojego policzka, uśmiecha się i pyta:
-Nie wierzysz w to, co mówię, prawda?
-Nie.-Parskam śmiechem i zatrzymuję wzrok na jego przenikliwie błękitnych tęczówkach. Przełykam nerwowo ślinę.
-Kocham Cię.-Szepczę. Chyba zaczynam coraz bardziej przejawiać symptomy histerii i jakiegoś patologicznego przywiązania…
-Wiem.
-Oczekiwałem innej odpowiedzi.

****

Podskakuję w łóżku ze strachu, kiedy słyszę trzask. Otwierają się drzwi.
-Sandra.-Mamroczę przez sen.
-Nie oddała klucza.-Szepcze ze śmiechem Clive i przytula się do moich pleców. Słychać stukanie jej obcasów, drzwi otwierają się z hukiem i wrzeszczy:
-Ja go, kur.wa, zabiję!
-Chryste! Co ja zrobiłem?-Clive gwałtownie podnosi powieki.
-Nie ty. Felix.-Sandra siada na brzegu łóżka, obok moich nóg, wpatrując się smutno w podłogę. Clive wtula nos w moją szyję, żeby stłumić śmiech i pyta:
-Co się stało?
-Ukradł mi komputer, telefon i cały sprzęt. A potem zniknął. Zapadł się pod ziemię.-Wzdycha. A wcale nie wyglądał na psychola…
-Po tych paru dniach?-Clive marszczy brzmi i przygląda jej się podejrzliwie.
-Nie. No znaliśmy się wcześniej.
-Zgłosiłaś to na policję?-Wtrącam się.
-Jasne. Będą go szukać, ale podobno podał fałszywe dane w agencji, w której był zatrudniony, a teraz się zapadł pod ziemię.-Wzdycha i wstaje.
-Już to mówiłaś.
-Wiem. Nie mam pojęcia, co robić.-Jęczy i rozkłada bezradnie ramiona.
-Policja się tym zajmie. Daj sobie spokój.-Clive wstaje i przechodząc za jej plecami wyciąga klucze z kieszeni jej spodni. Parskam śmiechem.
-Hej! To było nie w porządku. Oddawaj, kieszonkowcu, bo ci założą kartotekę!-Krzyczy. Clive potrząsa kluczami, odpina jeden, doczepiony do breloczka w kształcie pozłacanego hot-doga i rzuca resztą w jej stronę.
-Świnia.-Warczy, kiedy Clive znika w łazience.
-Słyszałem! Ja ciebie też!-Woła, a Sandra demonstracyjnie wywraca oczami. Zastanawiam się, co zrobić. Krępuje mnie jej obecność, zwłaszcza, gdy nie ma obok Clive’a.
-Coś tu grzecznie dzisiaj u was. Ciuchy nie walają się po podłodze.-Stwierdza. Patrzę na nią z przerażeniem. Nie wiem, co powiedzieć.
-Ja tu nie mieszkam.-Udaje mi się wydukać w miarę logiczną odpowiedź, pasującą do kontekstu jej wypowiedzi. Sandy parska śmiechem, po raz kolejny wywraca oczami i ściągając ze mnie kołdrę rzuca:
-Wstawaj, idziemy mu przetrzepać lodówkę.

****

-Dominic jest świetnym facetem. Wrażliwym, inteligentnym… No i jest starszy ode mnie o pięć lat. Może wydaje mi się, że to przepaść dlatego, że Ian był niedojrzały?-Adrien przechyla głowę i zamyśla się na moment. Cała moja intryga nie zdała się na nic. Ale może to i lepiej? Już kilka razy do siebie wracali, Adrien uciekał pod pretekstem przemyśleń, a potem, wiedziony współczuciem i żalem, wracał do zabieganego Iana.
-To fajnie.-Mamroczę, bo nie wiem, co powiedzieć. Nadal mi trochę przykro.
-Hej! Ja wiem, że chciałbyś, żebyśmy się znowu zeszli… To znaczy ja i Ian… Ale to nie ma sensu. Nie wiem… Może nawet go kocham. Ale po prostu nie umiem tak żyć. Teraz mieszkam w klimatycznym mieszkanku na poddaszu, które wynajmuje Dominic. Jesteśmy współlokatorami. I jest super! W końcu, po raz pierwszy od dwóch lat czuję, że ktoś się mną interesuje, zwraca na mnie jakąkolwiek uwagę, chce mnie słuchać. Nikt nie ma do mnie o nic pretensji, nie ma tu żadnych dzieciaków, a Dominic, w przeciwieństwie do Iana nie jest tak okropnie pragmatyczny. Nie układa wszystkiego, nie prasuje spodni w kant, nie układa grafiku dnia. Jest spontaniczny, ciepły…
-Kochasz go?-Wchodzę mu w słowo. Adrien podnosi głowę.
-Kogo?
-Sam nie wiem. Dominic na przykład… Co do niego czujesz?
-Nie, nie kocham go. Nie wiem nawet, czy byłbym w stanie go pokochać. Chyba nie patrzę na niego pod tym kątem.-Parska urywanym śmiechem. Tyle dobrego. Wkurzają mnie wszyscy!
-Wiem, że się starasz i ja to doceniam! Ale ty po prostu nie rozumiesz sytuacji. Patrzysz na to ze swojej perspektywy.-Mówi i patrzy mi w oczy.
-Dobra… Nie gadajmy o tym. I tak nic nie zrobię, a Ian mnie nienawidzi więc lepiej nie będę się bardziej pogrążał.-Wzdycham.
-To nie jest twoja wina!

****

Pierwszy tydzień wakacji minął w zastraszającym tempie, chociaż w zasadzie nie wychodziłem z domu i pogrążałem się w letargu, oglądając w telewizji reality-show o lesbijkach na bezludnej wyspie, na środku Pacyfiku. Ostatecznie dałem się namówić na tygodniowy wypad, nie wiem gdzie. Tak. Clive nie chciał zdradzić, dokąd mnie zabiera. A już mu kiedyś mówiłem, że nienawidzę niespodzianek. Siedzimy teraz obaj w jego aucie, wyposażeni w kilka walizek i jedziemy w kompletnie nieznanym mi kierunku. Trochę się boję… Ale ja w zasadzie wiecznie się boję. Samochód się zatrzymuje, odrywam wzrok od okna.
-Jesteśmy.-Clive uśmiecha się do mnie ciepło i wysiada z samochodu. Idę jego śladem, ciągnąc za sobą walizkę. Jesteśmy w środku jakiegoś lasu. Dookoła są same drzewa, krzewy i wszelaka roślinność. A przed nami niewielki, aczkolwiek uroczy, drewniany domek. I nic więcej.
-Gdzie jesteśmy?-Pytam, zamykając drzwi auta.
-Ten domek należy do moich rodziców. Nie było ich tu od dziesięciu lat.-Wyjaśnia uprzejmie i otwiera przede mną drzwi. Całkiem fajnie. Spodziewałem się braku prądu i zbitego na prędce stołu z kilku desek.
-Jest tu toaleta? Dostęp do wody i elektryczność?-Rozglądam się niepewnie.
-Jest niewielka lodówka, zasilana generatorem, który z kolei zasila akumulator, kuchenka gazowa i toaleta. No i dostęp do wody. Najbliższy sklep jest w promieniu dwóch kilometrów, domy w promieniu pięciu, kilometr stąd jest jezioro. Niestety niestrzeżone. Jeszcze jakieś pytania?-Podnosi wzrok, ustawiając pod ścianą walizkę. Potrząsam głową i próbuję się oswoić.
-Aha, łóżko też jest nowe.-Mruga do mnie jednym okiem i znika w sąsiednim pomieszczeniu. Jeszcze raz rozglądam się wkoło. Nie jest źle. Całkiem ładnie. Ostrożnie zaglądam do sąsiedniego pomieszczenia. Chyba kuchnia. Faktycznie jest i kuchenka, i lodówka… Nie będzie tragedii. Zaglądam do wspomnianej lodówki, mającej może metr wysokości. Klękam na podłodze. Coś buczy niepokojąco – pewnie akumulator. Okazuje się, że lodówka jest pełna. Nie wiem, czy starczy tego na tydzień, ale musiał mieć wszystko dokładnie zaplanowane. Skombinował łóżko, na którym nie spali jego rodzice, zapełnił lodówkę. Stara się. Doceniam. Ostrożnie siadam na drewnianym krześle przy stole, podejmując ryzyko dziesiątek drzazg. Nie słyszę, kiedy Clive wchodzi do pomieszczenia.
-Znowu się czymś denerwujesz? – Staje za moimi plecami, odchyla w tył moją głowę, wplatając palce w moje włosy, całuje mnie w usta i pochyla ją z powrotem do przodu.
-Jest w porządku.-Rzucam tylko. Głaszcze mnie po głowie i siada obok.
-Nie chcesz tu być?-Szepcze.
-Chcę. Jest świetnie, naprawdę.-Odpowiadam, może nawet nazbyt starając się brzmieć przekonująco. I wcale nie chodzi o to, że nie chcę tu być. Nie wiem, jak zniosę rozłąkę z przyjaciółmi. Oszaleję, nie mając przez tydzień żadnych wieści o stanie zdrowia Dave’a. A na tym wygnajewie na bank nie ma zasięgu.

****

-Widzę, że coś ci nie pasuje. Jeśli chcesz wrócić.-Clive rozkłada bezradnie ramiona i dopija za jednym razem zawartość kieliszka. Jesteśmy w połowie drugiej butelki czerwonego wina i biorąc pod uwagę moje doświadczenie w alkoholowych ekscesach, mogę już rezerwować na jutro stałe miejsce przy muszli klozetowej.
- Jest naprawdę miło.- Mówię, a Clive przez moment przygląda mi się zamglonym wzrokiem. Nie wiem, czy to wina romantyzmu, czy krążących w krwioobiegu promili. Zerkam w znajdujące się za naszymi plecami okno. Nocne niebo wygląda fantastycznie. W sumie nigdy w nie nie spoglądałem. W mieście nie było stosownej okazji. Spoglądam na Clive, bo słyszę jakiś szelest.
-I tak lepsza okazja nie nadejdzie.-Mamrocze, wstaje i całkiem stabilnym krokiem idzie w kąt pomieszczenia. Chyba grzebie w walizce. Nie jestem pewien. Panuje półmrok, a jak się bardziej wychylę, to spadnę niechybnie na podłogę. Cholera! A jak on mnie planuje zastrzelić?! Jasper też niby wyglądał normalnie, a potem co?! Prostuję się nerwowo i czekam, aż wróci. Pojawia się po chwili. Bez broni, dłonie trzyma wzdłuż ciała. To chyba tylko dodatkowo potęguje mój lęk. Siada obok mnie i patrzy mi głęboko w oczy, jakby chciał mnie przewiercić na wskroś spojrzeniem. O co chodzi?! Bo dostanę ataku serca.
-Jak ty się właściwie nazywasz, Vince?-Pyta.
-Ja? Mullberry. Vincent Mulberry.-Odpowiadam i boję się coraz bardziej, bo sprawa jest coraz bardziej niezrozumiała. Prostuje się, uśmiecha lekko i pyta:
-W porządku… Wyjdziesz za mnie?
-Co?
-Wyjdziesz za mnie?-Powtarza i wyciąga w moją stronę małe, granatowe pudełeczko z tkwiącą w środku prostą, złotą obrączką, przyozdobioną trzema, maleńkimi, i dzięki Bogu, niewypukłymi, czarnymi kamieniami. Przez chwilę przetwarzam informacje. Co?! My się znamy od… Od… Od ośmiu miesięcy! Mniej więcej… Ludzie się zaręczają po trzech latach, a nie po ośmiu miesiącach! Poza tym w życiu nie planowałem się nikomu oświadczać, ani nie brałem tym bardziej pod uwagę tego, że ktoś oświadczy się mnie! Cholera. Co ja mam zrobić? Lęk mnie paraliżuje, odbiera zdolność mówienia i logicznego myślenia. Poza tym on pewnie pyta o to tylko dlatego, że jest lekko pijany. Boję się jego reakcji, jeśli odmówię… Z resztą zaręczyny nie oznaczają odrazu ślubu! Choć wciąż uważam, że to dziwne.
-W porządku.-Rzucam i zagryzam nerwowo wargę. Nie jestem tego do końca pewien, ale chyba do kocham… Jutro jakoś to odkręcę!
-Co?-Udaje, że nie słyszy.
-Zróbmy to.-Kiwam głową z uśmiechem.
-Powiedz to.-Patrzy mi w oczy.
-Tak.
-Co „tak”?-Uśmiecha się. Zaraz to ja go zabiję i się role odwrócą!
-Tak, wyjdę za ciebie. Wyjdę za ciebie.-Potwierdzam. Obrączka w błyskawicznym tempie ląduje na moim palcu, pudełko na podłodze, a usta Clive’a rozpaczliwie poszukują moich. Odwzajemniam zachłanny pocałunek.

****

Obudziłem się zmęczony, obolały i z okropnym kacem, rozsadzającym umysł. Siedzę zgarbiony przy drewnianym stole w tej maleńkiej kuchni i przyciskając czoło do zimnej butelki z wodą gapię się na pierścionek, równocześnie próbując uspokoić brzęczenie w głowie. Nie pamiętam połowy z tego co wydarzyło się wczorajszej nocy, wyłączając to, że chyba ze sobą spaliśmy i że raczej przyjąłem wygłoszone po pijaku oświadczyny. Zapala się światło i słyszę jakiś łoskot. Czuję, że umieram.
-Wybacz.-Mamrocze Clive, ustawia przewrócone krzesło i kieruje się do tej niewysokiej lodówki. Nie wygląda lepiej niż ja i w sumie podoba mi się ten obrót sprawy. Nie chciałbym cierpieć w pojedynkę.
-Jak się czujesz?-Pytam szeptem, bo każdy głośniejszy dźwięk powoduje do życia wściekłe małpy, które wrzeszczą i biegają wewnątrz mojej czaszki. Siada obok mnie, potrząsa głową i zabiera butelkę, która uspokajała dzikie stwory w mojej głowie, spłodzone nadmiarem procentów. Upija łyk wody. Spoglądam jeszcze raz na pierścionek tkwiący na moim palcu, unoszę dłoń i pytam:
-Pamiętasz?
-Hej! Nie byłem aż tak pijany!-Mówi z wyrzutem, podnosząc głos, a potem jęczy i opiera czoło o blat.
-Jak dzieci. Jak jakieś debile na koloniach.-Mamroczę do siebie. W sumie to prawda. Powinienem był w rozsądnym momencie przerwać nierówną walkę z pokusą. A teraz jest beznadziejnie. Kurwa! Podnoszę wzrok, wstaję z trudem i przechodząc za plecami Clive’a głaszczę go po włosach, żeby upewnić się, że żyje.
-Musimy to chyba powtórzyć.-Szepcze.
-Co? Wlanie w siebie paru promili? Nigdy w życiu! Jak dożyję jutra, to będzie cud…-Opieram czoło o framugę. Ono chyba samo odruchowo szuka chłodnych miejsc…
-Nie! Oświadczyny. Wyszło chyba mało romantycznie. No i powinniśmy zapamiętać tę chwilę na całe życie. A ja pamiętam niewiele.-Wstaje, odkręca butelkę, odchyla w tył głowę i oblewa lodowatą wodą twarz i włosy. Jest w nim coś hipnotyzującego, fascynującego i niesamowicie seksownego. Jest mi jednak zbyt niedobrze i zbyt głośno huczy mi w głowie, żebym wykonał chociaż jakiś ruch.
-Chodź idziemy na dwór. Świeże powietrze nie powinno nas chyba zabić.-Uśmiecha się słabo i ciągnie mnie za sobą na zewnątrz. Może nie zabija świeże powietrze, ale świecące słońce. Oślepia mnie i kręci mi się w głowie, kiedy siadam na drewnianych schodach przed domkiem. Clive siada obok, krzyżując nogi i obaj gapimy się w wielki, zielony las, w którym na bank mieszka jakieś dzikie, żądne naszej krwi zwierze.
-Nie masz nic na kaca w tej… Swojej magicznej torbie?-Pytam nieśmiało. Powoli kręci głową, uśmiecha się, mierzwi moje włosy.
-Powinniśmy coś zjeść.-Proponuje.
-Nie przełknę nic. I tak mnie wystarczająco mdli.-Odpowiadam zgodnie z prawdą i spoglądam na błękitne niebo. Nie wiem nawet, która jest godzina. I chyba mimo defilady maszerującej wewnątrz czaszki jestem zwyczajnie, po ludzku szczęśliwy. Znajduję się w jakiejś głuszy, bez dostępu do mediów i jest mi z tym dobrze. Mogę odpocząć, oderwać się od tego, co trapi mnie na co dzień. Jest piękna pogoda, bezchmurne, błękitne niebo, a co najważniejsze jest przy mnie człowiek, którego kocham.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Rozdział dwudziesty szósty – Konfrontacja

-Sandra przyjedzie?-Pyta Clive, kiedy siedzimy przy stole w domu jego rodziców i obserwujemy, jak matka krząta się pośpiesznie, biegając dookoła stołu.
-Tak. Mówiła, że ma nam coś ważnego do przekazania.-Uśmiecha się i pochylając się nad moim ramieniem o milimetr przesuwa widelec. Clive patrzy na mnie, jakby nic nie rozumiał.
-Przecież nie jest w ciąży.-Mamrocze. Wzruszam ramionami. Skąd mam wiedzieć.
-Nic mi nie mówiła. Widzieliśmy się z nią wczoraj.-Szepcze i zamyśla się na moment. Chwilę potem z hukiem drzwi i przy wtórze stukotu obcasów słychać wrzask Sandry:
-Cześć wszystkim!
-Idzie?-Matka Clive’a wychyla się z kuchni, a kiedy kiwamy głową błyskawicznie siada za stołem, u boku swojego męża. Ku ogólnemu zaskoczeniu Sandra nie wchodzi do salonu sama, ale w towarzystwie jakiegoś mężczyzny. To chyba nie Luca… Podobno miał być stary i mówiąc oględnie, niezbyt atrakcyjny. Kobieta uśmiecha się od ucha i oświadcza:
-Kochani, to Felix.-Wskazuje gestem stojącego obok blondyna. Clive zaczyna się ksztusić i niemal spada z krzesła. Sandra zachowuje się podobnie jak Ian… Co im wszystkim obiło?
-Kiedy go poznałaś, kochanie?-Matka uśmiecha się sympatycznie, ale widzę, jak nerwowo zagina w dłoniach chusteczkę.
-Jakiś czas temu. W sumie pracujemy razem, ale dopiero niedawno zaczęliśmy się spotykać. Skoro Luca… Nie wracajmy do tego.-Macha wzgardliwie ręką i zajmuje krzesło obok Clive’a. Blondwłosy, uroczy Felix siada obok niej. Zaczynam się zastanawiać, czy ja przypadkiem nie śnię. Co to jest za naród? Co to za ludzie?
-Jak się sprawdza wózek?-Matka Clive’a dla odmiany zwraca się do mnie. Nie mam pojęcia. David się do mnie nie odzywa.
-Chyba dobrze.-Odpowiadam uprzejmie. Kiwa głową i przenosi wzrok na Felixa, który od momentu przyjścia nie odezwał się nawet słowem.
-Kim jesteś z zawodu, kochanie?-Pyta, patrząc mu w oczy.
-Modelem.-Oświadcza ze spokojem. a Clive z hukiem zrzuca ze stołu talerz i wygląda, jakby nagle dostał arytmii.
-Poważnie?-Pyta i podnosi z podłogi porcelanowe skorupy, a Sandra morduje go wzrokiem.
-Tak.-Felix ze spokojem kiwa głową. Clive nic nie mówi, zerka tylko na mnie wymownie i oświadcza, że przyniesie nowy talerz. Wiem, że siostrę irytuje jego zachowanie, ale nawet mu się nie dziwię. Też nie rozumiem, a wręcz nie popieram takiego zachowania. Ale może im się uda?

****

-Sandy nie zna umiaru. Zawsze znajdzie jakiegoś świra po sześćdziesiątce, albo innego idiotę, który nie wyszedł jeszcze z liceum i nie umie poprawnie zapisać własnego imienia.-Clive otwiera przede mną drzwi swojego mieszkania. Za godzinę musimy jechać do klubu. Taksówką. Wszystko mamy już ustalone. Zaczynam się coraz bardziej denerwować. Nie wiem, czy robię dobrze. Siadam na tej skórzanej kanapie i obserwuję, jak Clive znika w łazience. Kurde, a jak Ian i Adrien się pomordują? Albo Ian tym swoim niezawodnym instynktem i intelektem wykryje, że ja za wszystkim stoję? Wzdycham i wyciągam z kieszeni telefon. Dwa nieodebrane połączenia od Dave’a. A co, jeśli coś mu się stało? Chryste! Mark miał rację. Ja faktycznie popadam w paranoję. Powinienem chyba zacząć notować gdzieś swoje problemy, bo sam się powoli w nich gubię. Walczę sam ze sobą i z chęcią oddzwonienia do Davida. Jeśli stało się coś strasznego, chciałbym o tym wiedzieć. Ale z drugiej strony rozwalę cały wieczór, jeśli się dowiem. Clive wychodzi z łazienki, więc przerażony, wyrwany z zamyślenia chowam telefon.
-Coś się stało?-Patrzy na mnie podejrzliwie.
-Nic.-Uśmiecham się słabo. Siada obok mnie.
-O co chodzi?-Głaszcze mnie po plecach.
-Naprawdę nic się nie stało.-Potrząsam gwałtownie głową. Patrzy mi przez moment w oczy, uśmiecha się słabo i znika w kuchni, zabierając ze sobą koszulę. Chyba mi nie wierzy.
-Masz do mnie o coś żal?-Wołam. Nie odpowiada. Powoli zaczyna mnie wkurzać. Przecież nie musi o wszystkim wiedzieć. Nie jestem jego dzieckiem, ani żadną własnością. Chwilę potem rzuca:
-Po prostu się martwię.

****

Siedzimy w piątkę na czerwonej, skórzanej kanapie, w kącie sali. Ja i Clive, Ian i ten jego zagubiony w rzeczywistości Mitch i samotny Mark, stale wpatrzony w telefon. Spoglądam na nich co chwilę i zastanawiam się, czy dobrze robię. I czy przypadkiem nie zachowuję się podejrzanie.
-Cześć.-Dominic uśmiecha się i siada obok mnie. Co on tu robi? Nikt go nie zapraszał. Nie ma innych znajomych i się stale podczepia? O co chodzi?
-Cześć.-Mamroczę. Kiedy Dominic i Clive przedstawiają się sobie wzajemnie prawie przegapiam moment pojawienia się Adriena. Idzie jak zwykle przygarbiony, z rękami w kieszeniach i zmierza prosto w naszą stronę. Wita się z nami, siada obok Dominica, spychając Marka na brzeg, przedstawia się temu pierwszemu i konsekwentnie udaje, że nie widzi zszokowanego Ian’a. Patrzę na niego z lękiem. Adrien i Dominic rozmawiają o czymś, siedząc w kącie narożnika, przy ścianie a Ian z zaciśniętymi szczękami śledzi każdy ich ruch. W końcu wybucha.
-O co chodzi?-Patrzy w oczy Adriena.
-Co? Znowu masz jakiś problem? To również moi przyjaciele.
-To ty go zaprosiłeś?-Ian warczy na Marka, a ten przerażony podnosi wzrok.
-Rany, nie!-Jęczy i wraca do telefonu. Ian przygląda się nam wszystkim, potem znów atakuje Adriena:
-Po co tu przyjechałeś? Najpierw uciekasz bez słowa, a potem wracasz i liczysz, że wszystko będzie, jak dawniej? Nie…
-Wybacz, ale to nie ja spotykam się z kosmitą, żeby cię wkurzyć.-Adrien wchodzi mu w słowo. Coraz bardziej się denerwuję. Pomordują się, jak nic! Clive pochyla się i przygląda mi się przez chwilę. On coś podejrzewa?
-Nie obrażaj go! Najpierw Amy, a teraz…
-Tylko stwierdzam fakt.-Adrien wzrusza ramionami. Ian oburzony wstaje, opiera ręce na biodrach, zaciska szczęki i morduje Adriena wzrokiem.
-Wiesz co? Pieprz się! I ty też.-Wskazuje na mnie palcem.
-Co?
-Nie udawaj idioty. Wiem, że ty za tym stoisz! Jak mnie gdzieś spotkasz, udawaj że mnie nie znasz. I tak się do ciebie nie odezwę!-Oświadcza i kieruje się do wyjścia, ciągnąc za sobą oszołomionego Mitcha. Jestem przerażony. To nie tak miało być. Zrezygnowany zgadzam się na taniec i podnoszę się powoli z miejsca. Wtulony w Clive’a, kątem oka widzę, jak Adrien i Dominic o czymś rozmawiają, a Mark wstaje, chowa telefon do kieszeni i machają nam ponad tłumem ręką na pożegnanie, również opuszcza klub.
-O co chodzi? Naprawdę masz z tym coś wspólnego?-Clive odsuwa mnie od siebie na długość ramion. Zielone, migoczące światła gonią się w jego włosach.
-Powiem ci kiedy indziej.-Uśmiecham się. Ian mnie teraz znienawidzi… Cholera! Wszystko psuję. Wtulam się mocniej w Clive’a, bo instynktownie czuję, że został mi tylko on. Nawet nie wiem, co z Davidem… Podnoszę wzrok, kiedy czuję, że Clive całuje mnie w policzek. Dostrzegam jak Dominic i Adrien, korzystając z naszej nieobecności, całują się zachłannie, wbici w kąt narożnika. Trafia mnie szlag. Wszystko jest nie tak… Nie mogę o tym myśleć, bo Clive chwyta mnie za podbródek, szukając drogi do ust. Całuje mnie czule, delikatnie, a ja mam ochotę płakać, bo wydaje mi się, że tracę przyjaciół. Nawet nie odwzajemniam pocałunku, a Clive z troską patrzy mi w oczy.
-Przepraszam.-Szepczę, a muzyka niemal całkowicie zagłusza mój głos. Potrząsa głową. Wiem, że się stara i że mnie nie rozumie. Wracamy na miejsce. Resztę wieczoru spędzamy wszyscy obok siebie, ale wcale nie razem. Adrien i Dominic zajęci są sobą, Clive gapi się smętnie w podłogę, a ja rozmyślam i coraz bardziej uświadczam się w przekonaniu, że wszystko pieprzę. Adrien wyciąga z kieszeni telefon, by sprawdzić godzinę i na moment odrywa się od Domica, a w tym samym momencie obok naszego stolika, jak spod ziemi wyrasta Prior.
-Co ty tu robisz?-Pytam, bo mam chyba dość rewelacji, jak na jeden wieczór.
-Mam przepustkę. Za miesiąc i tak mnie wypuszczają na stałe. Ale nie powinno mnie tu być, więc, jakby coś… To mnie tu nie było.-Uśmiecha się. Wygląda inaczej niż ostatnio. Bardziej dojrzale… No i jest w zaawansowanej ciąży. Spogląda na nas trochę zdezorientowana.
-Dlaczego was tak mało? Wszyscy pomarli?-Śmieje się. Nikt nie odpowiada, więc drąży dalej:
-Gdzie masz Ian’a?-Zwraca się do Adriena. Patrzy na nią z niesmakiem.
-Trochę się pozmieniało, odkąd… Sama wiesz.-Mamrocze. Prior patrzy na nas z przerażeniem. Pewnie boi się, że Dave nie żyje.
-David żyje.-Uspokajam ją.
-Chryste! Nie straszcie mnie tak!-Wzdycha i siada naprzeciw nas. Tam, gdzie siedział Ian. Uśmiecha się, opierając podbródek na dłoni i pyta:
-Więc co się stało z Ian’em?
-Nic. Był tu, ale wyszedł.-Ironizuje Adrien. Prior dalej nic nie rozumie, a ja nie mam ochoty jej tłumaczyć. Adrien spogląda na mnie i pyta:
-Skąd on wziął to okropne indywiduum?
-Nie wiem. Nie mówił jak się poznali i gdzie.-Wzruszam ramionami.
-Kto?-Prior naprawdę nic nie rozumie.
-Ian. Spotyka się z… Jak mu tam?-Adrien znów zwraca się do mnie.
-Mitch.-Mamroczę.
-Właśnie.-Adrien patrzy na nią wymownie i uśmiecha się do Dominica. Ja ściskam dłoń Clive’a i opieram czoło o zimny blat stołu.

****

Kiedy taksówka zatrzymuje się przed budynkiem w którym mieszka Clive, jest już po trzeciej. Jestem zmęczony i zniechęcony do wszystkiego. Prior nie miała nam nic do powiedzenia i stale drążyła sprawę Ian’a, Adrien i Dominic flirtowali w najlepsze, a Clive nie odezwał się do mnie słowem. Coś mu przeszkadza. I ja to widzę.
-Coś się stało?-Pytam. Prawie zasypiam na stojąco, w panującym na schodach półmroku.
-Nie.-Rzuca.
-Mogę wrócić do siebie, jeśli…
-Nie. Możesz zostać. Nie mam ci nic za złe.-Mamrocze i odklucza drzwi. Ale ja czuję, że coś jest nie tak.
-Nie odpowiada ci, że tak bardzo ingeruję w życie innych?-Pytam, przestępując próg. Zapala światło, oślepia mnie na moment.
-Zgadza się.-Potwierdza.
-Wybacz, ale… Ja chciałem dobrze.
-Tylko, że to nie jest twoja sprawa.
-To są moi przyjaciele, więc to również jest moja sprawa.-Odpowiadam. Clive wzdycha i przeczesuje włosy palcami. Super! Niech teraz jeszcze on mnie znienawidzi! Do kompletu! David mnie nienawidzi, Ian mnie nienawidzi… Wspaniale! Zaczynam mieć wszystkiego dość. Nie odzywam się, bo już nawet nie mam siły. Wszystko się sypie i mam wrażenie, że to głównie ja jestem temu winny. Kiedy przestaję o tym myśleć orientuję się, że Clive’a już nie ma. Słyszę tylko szum wody i widzę, że w łazience świeci się światło. Zastanawiam się, czy zostać, czy może lepiej po prostu wyjść bez słowa. To wszystko działa mi na nerwy. Ostatecznie postanawiam nie wychodzić, jestem zbyt zmęczony. Kieruję się do salonu i po ciemku sam siedzę na tej skórzanej, okrutnie zimnej kanapie. W ciemnościach łatwiej uspokajam myśli. Kiedy zapala się światło, otwieram oczy.
-Masz do mnie żal?-Pyta Clive, stojąc naprzeciw mnie, w drzwiach. Wzruszam ramionami.
-Jestem zmęczony. Po prostu.-Szepczę. Przygląda mi się uważnie przez moment, a potem spogląda w podłogę.
-Po prostu…-Wzdycha i znów na mnie spogląda. Czy mi się zdaje, czy drży mu podbródek? Wszystkim dzisiaj obija?! Siada obok mnie i nie patrząc na mnie zbiera myśli. Boję się, że go w jakiś sposób skrzywdziłem.
-Mam wrażenie, że nie jesteś ze mną szczery. Że mi nie ufasz.-Mówi i czeka przez moment na moją reakcję. Nie wiem, co odpowiedzieć. Może nie mówię mu o wszystkim, ale zwyczajnie nie chcę go martwić.
-Nie chciałem cię martwić.-Szepczę niepewnie. Też przestaję na niego patrzeć. Uświadamiam sobie, że boimy się nawzajem swoich reakcji.
-Denerwuję się, bo pojutrze kończy się rok szkolny. Dwa miesiące bez pracy to dla mnie coś przerażającego.-Dodaję. Clive parska śmiechem, a potem podnosi wzrok i oświadcza:
-Jesteś niesamowity.
-Ufam ci, naprawdę. Cholera… Jak to patetycznie brzmi. I pewnie nieszczerze.-Mamroczę.
-Chyba obaj mamy zły dzień.

****

Budzę się w łóżku Clive’a. Przyglądam mu się przez moment i bezszelestnie próbuję przemknąć do łazienki. Chyba mi się udaje, bo nie słyszę żadnego ruchu. Po cichu zamykam drzwi, sprawdzam godzinę i dzwonię do Dave’a. Odbiera po trzecim sygnale.
-Obudziłem Cię?-Pytam.
-Nie.
-Dzwoniłeś?
-Zgadza się.
-Coś się stało?-Drążę. Nie mógłby po prostu powiedzieć o co chodzi, tylko odpowiada jednym słowem?
-Nie.
-O co chodzi, David?
-Chciałem zapytać, czy pójdziesz ze mną na spacer. Nie zwlokę się sam ze schodów razem z wózkiem.-Ścisza głos. Oddycham z ulgą. A spodziewałem się najgorszego…
-Pewnie. O ile już się na mnie nie gniewasz.
-Nie. Jeśli przestaniesz mi to wypominać, to… Ok.-Szepcze. Jest mi go tak okropnie żal.
-W porządku. Może być jutro?-Proponuję. Dave wzdycha.
-I tak nigdzie nie wychodzę.
-Dobrze. Jutro o dwunastej. Trzymaj się.-Mówię, a potem się rozłączam. Nie mogę uwierzyć ile wysiłku kosztuje mnie jakakolwiek rozmowa z nim. Ciągle mi się wydaje, że on może umrzeć w każdej chwili, a to przytłaczająca i przerażająca wizja. Odkręcam wodę pod prysznicem i zostawiam na pralce swoje rzeczy, razem z telefonem. Wpatruję się przez moment w opadające strugi chłodnej wody i znowu mam autentyczną ochotę płakać. Muszę jakoś, do licha, wyrzucić z siebie to wszystko, co mnie trapi, bo oszaleję. Wchodzę pod ten dziwaczny prysznic Clive’a i kulę się w rogu, starając się nie nacisnąć przypadkiem żadnego z tych podejrzanych przycisków. Zwijam się w kłębek i próbuję uspokoić. Gdzieś w głębi boję się, że zasnę, ale mam to gdzieś. Chcę przez moment nie myśleć o niczym. Próbowałem wielokrotnie, ale to chyba przekracza moje możliwości. Słyszę, że Clive wstaje. Dociera do mnie szelest kołdry, dźwięk otwieranych drzwi, szum nalewanej do czajnika wody. Zimne krople uderzają o moje plecy, a ja obejmuję kolana rękoma i ukrywam w nich twarz. To chyba niepokojące, że boję się przyszłości? W zasadzie chyba każdy boi się tego, co kiedyś go czeka, śmierci i temu podobnych dziwnych, niewyjaśnionych kwestii. Tylko że ja boję się jutra. Każdego kolejnego dnia, nowego problemu i starych, które się nie rozwiązały. Boję się swoich myśli, swoich emocji, samotności i nadmiernego zainteresowania. Po raz pierwszy odkąd żyję nie wiem czego chcę i na dodatek cierpię na tę przypadłość od dłuższego czasu. Ostatnie osiem miesięcy, to jakaś kompletna katastrofa.

****

Kiedy wyszedłem ze szkoły czułem się, jak za każdym razem, dziwnie nieswojo. Nie lubię wakacji, pożegnań, bezczynności. Chyba mam w sobie coś z pracoholika. Szwendałem się jakiś czas bez sensu, celowo odwlekając w czasie moment spotkania z Davidem. Po prostu się obawiałem. Poza tym czy on może sobie tak po prostu pałętać się po mieście z odpornością w strzępkach? Do teraz nie wiem, czy może, ale po tym parunastu minutowym wypadzie, wydaje mi się być rozchmurzony. Siedzimy teraz obaj na kanapie w jego salonie, a mnie się wydaje, że może odzyskałem przyjaciela.
-Ian mnie nienawidzi. Adrien ma to gdzieś i normalnie, ze mną rozmawia, ale nie jest w stanie pogadać po ludzku z Ianem. Na dodatek Ian znalazł sobie jakiegoś Mitcha o dziwacznym wyglądzie, a Adrien kręci się koło Dominica.
-Dominic to ten… Co broni środowiska i tak dalej?
-Tak.-Wzdycham i spoglądam na niego. Naprawdę jest mi żal… Ale miałem o tym nie mówić.
-Może to i lepiej. Jakby się tak zastanowić, Dominic walczy o naturę i chroni zagrożone gatunki, a Adrien ma na głowie gniazdo rodem z National Geographic. To może w nim wywoływać pozytywne skojarzenia, albo coś.
-Ja mówię poważnie.-Jęczę.
-Ja też.-Wzrusza lekko ramionami i ciaśniej otula się błękitnym, polarowym kocem. Milczymy przez chwilę, a ja przyglądam się jego wychudzonej, bladej, półprzeźroczystej twarzy.
-Naprawdę się nie przejmujesz?-Pytam cicho. Wiem, że będzie mieć pretensje.
-Miałeś o tym nie mówić!-Podnosi głos. Wstaję.
-Wiesz co? Pamiętasz nasze pierwsze spotkanie? Podszedłem do ciebie, przedstawiłem się, a ty zmierzyłeś mnie wzrokiem i powiedziałeś, że mam spierdalać, ale nie… Zostałem. I wciąż tu jestem. Bo mi zależy. A mógłym cię znienawidzić, bo jesteś, byłeś i na zawsze pozostaniesz chamskim, brutalnym, wrednym, egoistycznym dupkiem bez serca!-Wyrzucam z siebie.
-Mam ci współczuć, czy o co chodzi?
-Wiesz, że nie mogę spać, bo boję się, że w każdej chwili możesz umrzeć? A tym masz to gdzieś. Masz w dupie nie tylko siebie i to, co z tobą będzie, ale też nas i nasze uczucia.
-To wasz problem. I miałeś o tym nie gadać, bo tylko wprowadzasz niemiłą atmosferę.-Pochyla się, sięga po opakowanie z lekami. Czy on mnie w ogóle słucha?
-Mógłbyś się otworzyć.
-Nie chcę. Wolę sobie… Cierpieć po cichu.-Mamrocze. Naprawdę myślałem, że dam radę się z nim od nowa dogadać, ale odkąd zachorował zrobił się jeszcze bardziej wredny! Mam wrażenie, że tylko mnie zależy i że tylko ja obawiam się jego śmierci. I to mnie boli. Może to egoistyczne, ale nie obchodzi mnie kompletnie, co on o tym sądzi. Ja naprawdę robię wszystko, co mogę.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Rozdział dwudziesty piąty – Urodziny

-Martwię się o ciebie, naprawdę.-Szepczę. Dave wygląda naprawdę fatalnie. Spogląda na mnie przez moment, a potem odwraca się z powrotem, wywraca oczami i rzuca:
-Jesteś żałosny.
-Chcę ci pomóc. Wszyscy chcemy, a ty to…
-Pieprz się, Vincent. Pieprz. Się.-Odpowiada, nawet na mnie nie patrząc. Zaczynam mieć go serdecznie dość. Jego i jego postawy. Mam ogromną ochotę go udusić, albo przynajmniej powiedzieć mu, co o nim myślę. Nie robię tego jednak, bo jest mi go zwyczajnie żal.
-Clive jutro przywiezie wózek.-Informuję go, wsuwając ręce do kieszeni. Wzrusza ramionami.
-David! Dlaczego ty mnie tak traktujesz? Dlaczego traktujesz w ten sposób nas wszystkich?-Pytam. Nie odpowiada. Zmieniam taktykę. Siadam obok niego i wyciągam rękę, by pogłaskać go po głowie, ale zamieram, kiedy przy pierwszym dotyku, pomiędzy moimi palcami zostają pasma jego włosów. Patrzę na to z autentycznym przerażeniem i nie jestem w stanie wydusić choćby słowa. David patrzy mi w oczy, potrząsa głową i spogląda na moją dłoń.
-Co jest? Włosy mi wychodzą?-Szepcze, z nutą fascynacji. Tylko ja panikuję.
-Ty się tym naprawdę nie martwisz?-Pytam i na wszelki wypadek się odsuwam, bo coraz bardziej wierzę, że jest obłąkany.
-Czym mam się martwić?-Pyta, kaszle gwałtownie i przeczesuje włosy palcami, wpatrując się w skupieniu w wypadające pasma. Chyba AIDS mu się rzuciło na mózg!
-Dave, ty umierasz!-Podnoszę głos. Znów wywraca oczami.
-Wiem.
-Nie przerywaj mi! Dlaczego nie starasz się jakoś sensowniej wykorzystać tego czasu, tylko siedzisz w miejscu i się pogrążasz?
-A co mam zrobić? Zacząć uprawiać jogging? Rozpadnę się! Skoczyć na bungee? Rozpadnę się, nim skoczę, albo podmuch wiatru mnie gdzieś porwie i wyląduję w amazońskiej dżungli. W jaki sposób ja mam w tym stanie korzystać z życia? Pojebało cię?-Wybucha. Wkurza mnie! Coraz bardziej.
-Chodzi mi po prostu o… Normalne życie!-Wstaję, rozkładam bezradnie ramiona. Powoli kręci głową.
-Moje życie nigdy nie było normalne.
-Wiesz o co mi chodzi!
-Nie, nie wiem! Nie rozumiem, dlaczego mnie atakujesz, chociaż sam masz z tym problem! Aż tak bardzo ci przeszkadza, że się tym nie przejmuję?-Wrzeszczy. Patrzę w jego wielkie, ciemne, podkrążone oczy. Wydają się być zbyt duże przy tej szczupłej, bladej twarzy. Odwzajemnia spojrzenie. Obaj milczymy przez moment, a potem po prostu wychodzę, trzaskając drzwiami.

****

Idę długim, mrocznym szkolnym korytarzem i rozglądam się nerwowo. Nie wygląda to na miejsce przyjazne dzieciom. Kompletna rudera. Jakiś uczeń stoi oparty o parapet i patrzy na mnie gniewnie. Powinien być w sali, już po dzwonku. Podchodzę pod wskazane w planie drzwi i naciskam odważnie klamkę. Uczniowie są już w środku. Wchodzę do sali, ale właściwie nikt nie zwraca na mnie uwagi. Uczniowie są zajęci swoimi sprawami, na tablicy powypisywane są jakieś wyzwiska, po środku sali leży przewrócona ławka.
-Dzień dobry.-Mówię i kładę teczkę na biurku. Nikt nie zwraca na mnie uwagi. Tylko szczupła blondynka, siedząca w ostatniej ławce odpowiada na przywitanie. Uderzam teczką w biurko, kilka osób milknie i spogląda w moją stronę. Witam się ponownie i proszę o zajęcie miejsc. Kilkoro uczniów reaguje, reszta wciąż zajmuje się swoimi sprawami. Przedstawiam się i informuję, że od dziś będę ich uczyć hiszpańskiego.
-To Wilson wymiękł?-Rzuca rudowłosy chłopak, trzymając nogi na ławce i obracając w palcach zapalniczkę.
-Pan Wilson jest na zwolnieniu, ja go zastępuję.-Odpowiadam ze spokojem.
-Stchórzył, palant.-Parska śmiechem. Kilkoro innych uczniów idzie jego śladem i też chichocze.
-Uspokój się. Jak masz na imię?-Otwieram dziennik.
-Gówno cię obchodzi, frajerze.-Rzuca. Pomału mam dość i najchętniej bym uciekł.
-Podnieś ławkę.-Mówię. Mierzy mnie wzrokiem.
-Bo co?-Pyta i wstaje z miejsca. Wszyscy uczniowie przyglądają się temu z uśmiechem. To najwidoczniej norma.
-Walker, daj spokój.-Rzuca nieśmiało dziewczyna, która jako jedyna się ze mną przywitała. Walker… Przebiegam wzrokiem po liście uczniów. Ben… Ben Walker.
-Ben, podnieś ławkę.-Powtarzam z uporem maniaka. Jeżeli teraz im odpuszczę, zniszczą mnie. Podchodzi bliżej, ostentacyjnie przechodząc nad przewróconą ławką, opiera dłonie o moje biurko i powtarza:
-Bo co?-Podnosi moją teczkę, rozpina zamek, wysypuje wszystkie dokumenty i przewraca kubek z kawą. Zaczyna mnie trafiać szlag, ale udaję, że nic się nie stało. Nie wiem, czy odzyskam wszystkie papiery… Wciąż udając niewzruszonego patrzę buntownikowi w oczy.
-Proszę Cię…-Zaczynam, ale tamta blondynka znów wchodzi mi w słowo, stając po mojej stronie.
-Walker, daj sobie spokój. Po co…
-Bo co, zdziro? Jest klientem twojej matki? Jesteś taką samą zdzirą, jak ona!-Wrzeszczy pod adresem koleżanki. Jestem przerażony.
-Ben, idź do gabinetu pani dyrektor, natychmiast.-Rozkazuję. Mierzy mnie wzrokiem, podnosi z podłogi pusty plecak i wychodzi z sali, trzaskając drzwiami i po drodze zrzucając wszystko z biurka siedzącego najbliżej drzwi kolegi. Przebiegam wzrokiem po twarzach reszty uczniów. Poruszenie jest nieco mniejsze, ale część wciąż wariuje. Kiedy wymazuję z tablicy wszelkie możliwe wulgaryzmy, jakie zna świat, ktoś rzuca w moją stronę plastikową butelką. Nie trafia. Uderza z łoskotem o tablicę, a ja udaję, że nic nie widziałem. Jestem tu może od kwadransa, a mam dość.
-Podnieś butelkę.-Zwracam się do siedzącego w trzeciej ławce bruneta, z naciągniętą na oczy wełnianą czapką.
-Nie.-Rzuca tylko.
-Podnieś.-Powtarzam. W pierwszym odruchu chcę zapytać „Dlaczego?”, ale wiem, że z takimi nie ma co dyskutować.
-Sam sobie podnieś. Masz z tym jakiś problem? Ben miał podnosić ławkę, ja butelkę… O co ci chodzi, koleś?-Prycha wzgardliwie. Mam dość.
-Do pani dyrektor. Już.-Wskazuję ręką drzwi. Wzrusza ramionami. obrzuca mnie morderczym spojrzeniem i wychodzi. Przebiegam wzrokiem po twarzach pozostałych.
-Dobrze… Ktoś jeszcze chce wyjść?-Pytam i sam podnoszę ławkę. Dopiero teraz na sali panuje względna cisza. Chyba zaczynam się uspołeczniać i nabierać odwagi!
-W porządku. Zaczynamy zajęcia. Dziś każdy z was napisze mi o sobie parę zdań. O tym, co chcecie robić, jaki zawód chcecie wykonywać, gdzie mieszkacie, czym się interesujecie… Zrozumiałe?-Uśmiecham się. Nikt nie odwzajemnia uśmiechu. Klnę w duchu i rozdaję puste kartki.
-Po hiszpańsku?-Pyta farbowana na niebiesko dziewczyna siedząca pod ścianą.
-Nie. Po japońsku.-Mamrocze ktoś, a przez salę przelatuje kulka z papieru. Zajmuję miejsce za biurkiem i przyglądam im się bacznie, próbując oddzielić mniej mokre dokumenty, od tych bardziej mokrych. Tylko parę osób może naprawdę coś pisze. Reszta nawet nie udaje. Nie wiem, jak dam sobie z nimi radę.

****

-Gdzie ty uczysz w poprawczaku, czy w więzieniu?-Mark pochyla się nad moim ramieniem, kiedy sprawdzam prace.
-W szkole. Tylko młodzież jest specyficzna, ma problemy.-Wzruszam ramionami.
-Z czym?
-Ze sobą. Po co tu przyszedłeś?-Wzdycham. Chyba robię się opryskliwy.
-Chciałem pogadać, zwyczajnie.-Wzrusza lekko ramionami.
-Myślałem, że coś się stało. Zwykle nie przychodzicie do mnie po prostu.-Mamroczę i odkładam ostatnie wypracowanie.
-Co cię ugryzło? Tobie coś się stało?-Siada naprzeciw mnie.
-Nie. Martwi mnie zachowanie Dave’a. I to, co wyprawiają Adrien i Ian… Nie chcę o tym mówić.-Wzdycham i wkładam prace do teczki. Zaczynam się robić nadpobudliwy i niedługo będę musiał się zgłosić dobrowolnie do zakładu zamkniętego.
-To ich życie. Po co o tym myślisz?
-Wszyscy mi to powtarzają, ale to nie jest takie łatwe! Po prostu… Już tak mam.-Rozkładam ręce w geście bezradności i przechodzę do salonu. Mark drepcze za mną.
-Na dodatek David się na mnie obraził i kompletnie go nie rozumiem. Przestaję go poznawać. W zasadzie wciąż jest taki sam, ale w tej sytuacji…-Otwieram balkonowe drzwi. Nie wiem, co więcej powiedzieć.
-Popadasz w jakąś paranoję.-Stwierdza Mark. Odwracam się w jego stronę. Dlaczego nikt mnie nie rozumie?!

****

Dochodzi szesnasta, kiedy wysiadam z pociągu na zanotowanej w kalendarzu stacji. Od razu dostrzegam Adriena. Siedzi na dworcowej ławce, zgarbiony, ubrany od stóp do głów w czerń. W sumie nie wiem jeszcze, co chcę mu powiedzieć. Ale cieszę się, że go widzę.
-Cześć.-Podchodzę do niego. Podnosi głowę, wyjmuje z ust ołówek.
-Chciałem zapytać, czy zobaczysz się z nami w klubie, w sobotę… To była jakby nasza tradycja, a teraz cię nie ma i… Tęsknimy.-Mamroczę, starając się brzmieć jak najbardziej przekonująco. Odrzuca w tył głowę i patrzy mi w oczy.
-Kto?
-Co?
-Kto tęskni?
-Ja, Mark… Jesteś naszym przyjacielem! Brakuje nam ciebie!-Zaczynam brzmieć melodramatycznie. Siadam obok niego.
-O co chodzi? Tak naprawdę?-Wzdycha.
-O nic. Chcemy się z tobą zobaczyć.
-Dobrze. Przyjadę jutro… Mam do załatwienia kilka spraw.
-Chcesz u mnie przenocować?-Proponuję prędko. Jestem nawet gotów w dwie godziny przemeblować mieszkanie pod jego dyktando, byle skonfrontować go z Ianem.
-Nie. Znajdę inne lokum.
-Rozmawiałeś z Ianem?
-Dzwoniłem dwa razy, ale nie odbierał.-Wzrusza ramionami, ołówek upada mu na ziemię. Zagryzam wargę, zastanawiam się, czy powiedzieć.
-On… Spotyka się z kimś.-Wyrzucam z siebie i wypuszczam głośno powietrze. W końcu Ian chciał prowokować…
-W porządku. Życzę szczęścia.
-Nie przejmujesz się tym?
-Czym? Niech zamieszkają w trójkę i stworzą rodzinkę. Kocham Iana, ale nie ma między nami nic więcej. Chemii, porozumienia. Pogodziłem się.
-I nie chcesz walczyć?-Drążę i bardziej pochylam się w jego stronę.
-Nie ma o co. Potem będzie tak samo i ciągle będziemy do siebie wracać i się rozstawać. Taka sinusoida. I odsuń się! Zaraz mi wyłupiesz nosem oko!-Warczy. Odsuwam się posłusznie i wzdycham. A tak bardzo mi zależało, tak ogromnie liczyłem, że jest jeszcze jakiś cień szansy, iskra.
-Czyli… Zobaczymy się?-Pytam jedynie cicho i wstaję.
-Tak. Do zobaczenia.
-Trzymaj się.
-Gdzie idziesz?-Woła jeszcze.
-Kupić powrotny bilet. Jutro pracuję…-Wzruszam lekko ramionami i kieruję się w stronę otwartego okienka. Jestem kompletnie zawiedziony tym spotkaniem, jego postawą. Liczyłem, że chociaż jemu zależy, skoro Ian ma wszystko gdzieś. A skoro on też nie widzi szans na uratowanie tego związku, to chyba faktycznie nie można go uratować

****

Kiedy wychodzę w piątek ze szkoły i jak zwykle próbuję niezauważony przemknąć do domu, tuż obok mnie rozlega się dźwięk klaksonu. Omal nie dostaję zawału. Chyba mam jakąś manię, bo wydaje mi się, że ktoś mnie śledzi.
-Hej! Co się stało?-Clive otwiera mi drzwi po stronie pasażera i parska śmiechem.
-Wracam do domu. Mógłbyś mnie nie straszyć.-Oświadczam i wsiadam do auta. Nie umawialiśmy się. Dziwne… Uśmiecha się też jakoś tak podejrzanie.
-O co chodzi?-Patrzę na niego podejrzliwie.
-Zapnij pas. Mam za zadanie gdzieś cię zawieść. To nie jest mój pomysł, więc mnie nie bij. I zamknij oczy.-Wyciąga w moją stronę rękę.
-Nie ma mowy! Nie będę się bawić w jakieś idiotyzmy!-Unoszę dłonie w obronnym geście i próbuję sobie przypomnieć, jaki mamy dziś dzień i którego miesiąca. Clive rusza z miejsca, jakby się bał, że ucieknę.
-Vince, skoro i tak domyślasz się o co chodzi, to chociaż współpracuj i udawaj, że cię to bawi.-Wzdycha.
-Nie wiem, o co chodzi. To znaczy podejrzewam, że coś knujecie, ale… My nie mamy po dwanaście lat.
-Dzisiaj jest piąty dzień czerwca.-Szepcze. Cholera! Moje urodziny. No i co z tego?
-Zawieź mnie do domu, proszę.
-Ian zorganizował imprezę, wynajął jakąś salę, wszystko zaplanował, a ty chcesz to olać? Hej! Udaj chociaż, że się cieszysz.
-Nie chcę udawać. Nie wystarczy im, że jutro zobaczymy się w klubie? Pójdziesz tam ze mną?-Patrzę na niego z nadzieją. Skręca w jakąś obcą mi ulicę.
-Jutro odwiedzamy moją rodzinę. Chcesz potem jeszcze łazić po mieście?-Zerka na mnie szybko i ponownie wbija wzrok w drogę.
-Nie mam wyjścia.-Wzdycham.
-To chyba ty coś knujesz.
-Nie.-Zaprzeczam krótko. Wolę nie przyznawać się do swojej intrygi, bo podejrzewam, że zacząłby negować moje pomysły. Jedziemy w ciszy jeszcze jakiś czas. Nie wiem, jak długo. Wracam do rzeczywistości wtedy, gdy samochód się zatrzymuje. Wchodzę za nim przez jakiś niewysoki, nieznajomy budynek, wchodzę po schodach i w końcu ląduję w dużej, jaskrawo oświetlonej sali. Zasłaniam ręką oczy.
-Wie o wszystkim?-Słyszę głos Iana.
-Trzeba było go ogłuszyć i porwać. Ocknąłby się tutaj. Wtedy mielibyście pewność, że niespodzianka się uda.-Słyszę głos Sandry, a potem czuję czyjeś dłonie na ramionach. Próbuję przyzwyczaić wzrok do oświetlenia, a na dodatek jestem lekko skołowany, bo nienawidzę być w centrum uwagi.
-I tak wystarczająco mnie zaskoczyliście.-Mamroczę, mrugając pośpiesznie.
-Wszystkiego najlepszego.-Sandy rzuca w moją stronę jakimś przedmiotem. Jeszcze nie do końca przyzwyczaiłem wzrok do ostrego oświetlenia i cudem udaje mi się złapać prostokątne, płaskie pudełko.
-Możecie to przyciemnić?-Wykonuję nieokreślony gest ręką. Pstryka przełącznik, światło staje się mniej rażące. Zamykam na moment oczy i kiedy je otwieram widzę ich wszystkich normalnie. Jest tu Ian, Sandra, oczywiście Clive, bo mnie tu przywiózł i… Adrien?
-Co ty tu robisz?-Wskazuję na niego palcem, w drugiej dłoni trzymając prezent od siostry Clive’a.
-Jak mógłbym zapomnieć?-Uśmiecha się. Na szczęście nie wspomina nic o tym, że zaprosiłem go do klubu, a potem dodaje pośpiesznie:
-Mark mnie tu zaprosił.
-A gdzie on jest?-Pytam, rozglądając się wokoło. Jesteśmy chyba w jakiejś sali do nauki tańca, może jakiegoś fitnesu. Na wszystkich ścianach są lustra.
-Po co mnie tu ściągnieliście?-Wpatruję się uparcie w Iana, bo wiem, że to jego sprawka.
-To twoje urodziny. Chcieliśmy jakoś, choćby symbolicznie to uczcić. Poza tym kończysz trzydzieści lat! To fantastyczna data. Okrągła.-Mówi. Spoglądam na stojący nieopodal niewielki stolik i jakieś siedem krzeseł. Czuję się okropnie. Jak na jakimś przyjęciu-niespodziance z okresu przedszkolnego.
-Dobra. Dzięki za życzenia i za wszystko. Spadam do domu. Kocham was.-Rzucam i próbuję uciec, ale wpada na mnie spóźniony Mark. Staje mi na drodze i zamyka drzwi.
-Nie ma mowy.-Oświadcza stanowczo i wciska mi kolejne pudełko.
-A co z Davidem?-Pytam, siadam zrezygnowany na jednym z krzeseł i otwieram prezent od Sandry.
-Powiedział tylko, że nie przyjdzie.-Mówi Mark. Wszyscy zbierają się wokół mnie. Kiwam tylko głową, bawiąc się zieloną, ozdobną wstążką, którą przewiązane było pudełko, a potem wybucham płaczem. W ogóle nie chcę tu być, a skoro nie ma ze mną Dave’a, nie chcę tu być jeszcze bardziej! Nienawidzę niespodzianek, przyjęć, prezentów i bycia w centrum zainteresowania. Chcę spokoju!
-Co się dzieje?-Słyszę głos Clive’a, kuca obok mnie.
-Ja… Uświadomiłem sobie, jak wiele zmieniło się w ciągu tego roku i … W ogóle… Mam wszystkiego dość i nie chcę tej imprezy, tego wszystkiego. To niepotrzebne. Jestem wdzięczny, ale to za wiele. Nie chodzi o to, że nie zasługuję. Ja po prostu tego nie chcę.-Mówię szybko i trochę bez sensu. Po prostu nie wiem, jak się z tego wykręcić. Obserwuje mnie teraz pięć przerażonych par oczu.
-Płaczesz przez Dave’a?-Szepcze Mark. Kiwam głową i do końca otwieram prezent od Sandy. Chcąc nie chcąc się uśmiecham. Album ze zdjęciami! Przerzucam kilka stron. Na wszystkich jestem ja i Clive. Kiedy ona je zrobiła?
-Dzięki.-Mówię i patrzę jej w oczy.
-Cała przyjemność po mojej stronie.-Klaszcze w dłonie i rzuca się na mnie w ułamku sekundy, przyciskając moją głowę do swojej piersi.
-Nie rycz, bo ja też zacznę, a wierz mi, że mam problem z przestawaniem.-Mamrocze i głaszcze mnie po włosach. Miało być wesoło, liczyli, że mnie zaskoczą i się ucieszę, a teraz sam stworzyłem jakąś mroczną, ciężką atmosferę.
-Dajcie spokój. Mieliśmy się bawić, więc… Na ile godzin wynajęliście tę salę?

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Rozdział dwudziesty czwarty – Atak

-Cześć.-Szepcze Clive, kiedy podnoszę powieki.
-Cześć.-Uśmiecham się. Obejmuje moje plecy, przyciąga mnie do siebie, całuje kącik moich ust. Zamykam oczy, kiedy koniuszkiem języka przesuwa po zarysie mojego podbródka.
-Przestań. I tak się cały lepię.-Mamroczę. Zagryza wargę i odgarnia mi włosy z twarzy. W tej samej chwili słyszę zgrzyt klucza w zamku. Najpierw wydaje mi się, że tylko mi się zdawało, ale chwilę potem słychać szmer w przedpokoju. Clive wzdycha, odsuwa się ode mnie i mamrocze:
-Sandy.
-Co ona tu robi?
-Nie wiem.
-Cześć!-Woła na cały regulator Sandra, trzaska drzwiami i stukając obcasami włazi prosto do sypialni. Omiata spojrzeniem usłaną ubraniami podłogę.
-Co ty tu robisz?-Clive mierzy ją wzrokiem. Sandy przeczesuje ręką włosy i machając pękiem kluczy oświadcza:
-Mam klucz.
-Oddawaj!-Clive wyciąga rękę. Sandra potrząsa tylko głową.
-Clive! Nie wierz, że ten kto daje i odbiera…-Zaczyna.
-I tak trafię do piekła, bo jestem pedałem. Dawaj! I co ty tu w ogóle robisz?
-Wpadłam w odwiedziny.-Oświadcza, obserwuje nas przez moment, jakby nad czym się zastanawiała, skopuje nasze rzeczy w kąt pokoju, a potem wskakuje na łóżko i siada na kołdrze, pomiędzy nami.
-Zgłupiałaś?
-Nie. Stęskniłam się za wami. Mama też i oficjalnie zaprasza was na przyszłą sobotę, na kolację. Robię za tego… Gołębia pocztowego.-Uśmiecha się Sandy i wpycha klucze do kieszeni jeansów.
-Dobra. Możesz już iść.
-Nie! To wy w końcu mieszkacie razem?
-Nie.-Zaprzeczam szybko. Czuję się okropnie niezręcznie, a zdaje się, że Sandrę to wszystko bawi.
-Muszę wam coś powiedzieć. Ważnego.-Mówi poważnie.
-Co?-Pyta Clive. Sandra uśmiecha się tajemniczo. Zsuwa się z łóżka, staje przed nami i oświadcza uroczyście:
-Jestem w ciąży.
-Żartujesz?-Clive prostuje się gwałtownie, zwalając mnie niemal na podłogę. Sandy powoli kręci głową.
-Z kim?
-Co?
-Kto jest ojcem dziecka?
-Luca.-Odpowiada ze spokojem.
-I on o tym wie?-Clive nadal drąży i jest chyba w coraz większym szoku.
-Nie. Ale się dowie. Dlaczego tak to przeżywasz? Wiem, że go nie lubisz, ale…
-Nie! Cieszę się, tylko… To jest dziwne.
-Wiem, że Luca jest trochę roztargniony i rzadko się widujemy, ale chyba uda nam się to jakoś ogarnąć.

****

Próbuję niezauważony przemknąć przez park i wrócić spokojnie do domu, żeby zacząć grzebać się w gazetach, niczym przetwórca makulatury i znaleźć pracę. W tej samej chwili wyrasta przede mną, niczym spod ziemi, Jasper, na dodatek z psem. Przeklinam w duchu i liczę, że uda mi się go kulturalnie wyminąć, ale chwyta mnie za ramię i obraca w swoją stronę. Patrzę na niego z przerażeniem, bo nie wiem, co mu siedzi w głowie. To zwykły psychol!
-Cześć.-Szepcze i patrzy mi w oczy, mocniej zaciskając rękę na moim ramieniu. Jest środek dnia! Czy nikt tego nie widzi?
-Czego chcesz?-Zaciskam szczęki. Nie odpowiada. Jego pies zaczyna obwąchiwać moją dłoń. Boję się, że mnie ugryzie. Jasper przysuwa się do mnie o parę centymetrów bliżej. Próbuję się odsunąć, ale palce trzymające mnie w uścisku, bardzo utrudniają manewr. Niewiele myśląc wykonuję zamach i uderzam go w twarz, jak się okazuje grzbietem dłoni. Ręka przez moment boli, nie wiem, czy czegoś sobie nie uszkodziłem, ale Jasper przynajmniej się ode mnie odrywa i bacznie obserwowany przez własnego psa spogląda na mnie z szokiem i jedną dłoń przykłada do policzka, drugą do nosa, szukając śladów krwi, a ja czym prędzej się ulatniam i wracam do swojego mieszkania, gdzie dociera do mnie co zrobiłem. Uderzyłem go w zasadzie bezpodstawnie. Jedyny powód, to moje chore domysły. A jak on to zgłosi na policję? Jako napaść w biały dzień?

****

-Pobiłem człowieka!-Wpadam do mieszkania Dave’a. Odchyla w tył głowę, patrzy mi w oczy.
-Brałeś coś? Bo masz gorsze jazdy, niż ja.-Potrząsa fiolką z lekami.
-Naprawdę!-Wołam i wyciągam dłonie z kieszeni. Wywraca oczami.
-Nie wierzę. Kogo?
-Jaspera.-Siadam ciężko na kanapie obok niego, nie zważając nawet na mój lęk przed tym, że facet może się rozsypać.
-To ten…
-Ten, który… Wtedy… W kiblu.-Macham wzgardliwie ręką. Nie mam w związku z nim żadnych innych wspomnień. Dave powoli kiwa głową.
-Dobra. Wszystko wiem. I potem ten drugi do niego dzwonił i…
-Clive.
-Wiem. Dobrze. Jak go pobiłeś? Żyje w ogóle?-Unosi jedną brew i spogląda na mnie z dozą lęku i obrzydzenia.
-Tak. Tylko dałem mu w twarz.-Wzruszam lekko ramionami. I tak się boję, że pójdzie z tym na policję.
-I ty to nazywasz pobiciem? Eh… Liczyłem na jakąś grubszą akcję. Vincent!
-Boję się, że to zgłosi…
-Nie zgłosi. To tchórz.-Macha wzgardliwie ręką. Chcę mu wierzyć. Przyglądam mu się przez moment.
-Źle wyglądasz, musisz coś zjeść.-Oświadczam i idę do kuchni. Zaglądam do lodówki, szukając czegoś, na czym nie kwitnie hodowla porostów, albo nie dostało nóżek.
-Właśnie! Adrien do mnie dzwonił!-Woła niespodziewanie Dave. Wypadam z kuchni z prędkością huraganu.
-Co mówił?
-Prosił, żebym nie mówił nic Ianowi, ani tobie. Bo jeśli powiem tobie, to ty powiesz Ianowi no i… Wiadomo.
-Mów!-Podnoszę głos.
-Vincent! Najpierw atakujesz bezbronnych ludzi, potem się na mnie wydzierasz… Ty masz w sobie niespożyte pokłady agresji! Podoba mi się to.
-Mów. Gdzie on teraz jest?-Pytam już spokojniej.
-Nie wiem. Mówił, że codziennie jeździ do pracy i z powrotem pociągiem.-David wzrusza ramionami. Gdzieś daleko… Muszę wiedzieć gdzie!
-Czyli?
-Nie wiem! Na jakimś zadupiu! Wynajmuje pokoik w jakiejś leśnej chatce, u jakiejś głuchej staruszki. Podobno pomaga mu to się uzewnętrzniać artystycznie, czy coś w tym stylu… Bo są tam te lasy, drzewa, jelonki, sarenki, zajączki, ptaszki…
-Dużo tam jest jeszcze tych zwierzątek?
-Nie wiem! Nie unoś się! Jestem umierający, mam immunitet!-Unosi obie dłonie w geście kapitulacji. Kieruję się do kuchni.
-Tylko nie mów o niczym Ianowi!-Woła jeszcze.
-Dobra. Zadzwonię jedynie do Adriena, wybadam, gdzie jest!-Odkrzykuję i ponownie otwieram lodówkę, a Dave w tym samym momencie oświadcza:
-I nie próbuj mi robić niczego do jedzenia! I tak wszystko wyrzygam!

****

Kiedy tylko znajduję w gazecie ogłoszenie o pracę natychmiast wykręcam wspominany w nim numer. Szalenie sympatyczna pani po drugiej stronie linii gorąco zachęca mnie do spotkania. Zgadzam się, bo jestem po kreską, choć wydaje mi się to podejrzane. Zwykle potencjalny pracodawca jest podejrzliwy, profesjonalny i nieco chłodny. Ona jest ciepła, miła i wydaje się, że naprawdę jej zależy na tym, żebym zatrudnił się w tej placówce. Odkładam telefon i układam sobie w głowie schemat rozmowy. Zawsze obawiałem się nowych kontaktów, nowych miejsc, zabiegania o cokolwiek. Ale może nie będzie wcale źle… Odkładam telefon i wpatruję się w okno. Od kilku dni próbuję się uspokoić, odprężyć, przerwać gonitwę myśli. Tylko zwyczajnie nie potrafię.

****

-Dlaczego chciałby pan pracować w naszej placówce?-Pyta z miłym uśmiechem ciemnowłosa pani dyrektor, siedząca naprzeciw mnie. Uśmiecha się ciepło i jest stosunkowo młoda, ale w jej oczach widzę coś dziwnego… Przerażenie? Desperację?
-Szkoła, w której uczyłem poprzednio ogłosiła upadłość.-Odpowiadam i spoglądam na zdjęcia wiszące na ścianach. Na początku myślałem, że to absolwenci, ale dopiero teraz zauważam, że oprócz imienia i nazwiska, każda fotografia opatrzona jest dwiema datami.
-To nasi uczniowie, którzy już nie żyją.-Wyjaśnia uprzejmie i obraca w palcach wieczne pióro.
-Dlaczego?
-Wie pan… Do naszej szkoły uczęszcza specyficzna młodzież. Z biednych dzielnic… Często mają zatargi z prawem, problemy z agresją. Dlatego mamy ogromny problem ze znalezieniem chętnych do pracy nauczycieli.-Wyjaśnia.
-Rozumiem…
-Oczywiście nie wszyscy uczniowie są tacy, ale i tak mamy bardzo mało absolwentów, a nie chcemy likwidować placówki, bo wtedy nie będzie żadnej szansy na uratowanie tych dzieciaków.
-A nie można ich wysłać do Młodzieżowego Ośrodka Wychowawczego?
-Wtedy prędzej zamknęli by naszą szkołę, bo nie mielibyśmy żadnych uczniów.-Patrzy mi w oczy. Trochę się boję, ale jest w tej kobiecie coś ujmującego, coś, co sprawia, że chcę jej pomóc. No i zawsze będę mieć z tego jakieś pieniądze. Może nie będzie tak źle…
-Zgadzam się.-Oświadczam, a w jej oczach widzę blask. Uśmiecha się, podaje mi pióro i dokument i mówi:
-Świetnie. Proszę tu podpisać.

****

-Jak minął dzień?-Clive wsuwa wskazujące palce za szlufki od moich spodni i przyciąga mnie bliżej siebie.
-W porządku. Od poniedziałku zaczynam nową pracę.
-Fantastycznie.-Mówi niskim, seksownym głosem i patrzy mi w oczy. Uwielbiam te zwyczajne, niezobowiązujące i w zasadzie nic nie znaczące chwile. I spokój, który im towarzyszy.
-Zbyt rzadko się widujemy.-Dotyka mojego policzka. Kciukiem muska kącik moich ust, więc odruchowo rozchylam wargi. Patrzy mi przez moment w oczy, a potem gwałtownie, namiętnie mnie całuje. Gorączkowo błądzę dłońmi po jego plecach. Przez moment brakuje mi powietrza. Odrywa się ode mnie, kiedy ktoś puka do drzwi. Wydaję z siebie jęk niezadowolenia.
-Znowu jakaś zbłąkana dusza?-Clive opiera się plecami o ścianę. Wzdycham i otwieram. Stoi przede mną Ian w towarzystwie jakiegoś dziwnego, obcego mi faceta.
-Przyszliśmy nie w porę?-Uśmiecha się Ian, ubrany w idealny, grafitowy garnitur i mierzy Clive’a wzrokiem.
-Nie… W zasadzie…
-Chciałem tylko, żebyście się poznali. Możemy wejść?-Wchodzi mi w słowo. Zerkam na Clive’a.
-Jasne.-Rzucam. Clive wciąga przez próg przygarbionego faceta o długich palcach i dziwnie wielkich oczach.
-Vincent, to Mitch.-Ian uśmiecha się od ucha do ucha.
-Kim jest Mitch?-Pytam sarkastycznie, ale nie odpowiada.
-Mitchell.-Facet wyciąga do mnie bladą, chudą dłoń. Mówi bardzo cicho. Nie rozumiem, dlaczego. Patrzę na zadowolonego z siebie Iana. Jestem pewien, że chce, by Adrien zaczął żałować. Chce się na nim odegrać i udowodnić całemu światu, że ma go gdzieś.
-Hej!-Ian macha mi ręką przed oczami. Spoglądam na niego gniewnie.
-Dobra. Spotkamy się w klubie, to pogadamy, bo widzę, że jesteś zajęty. I rozkojarzony. Zadzwonię.- Ian dotyka mojego ramienia, żegna Clive’a skinieniem głowy i wychodzi ciągnąc za sobą sympatycznego mężczyznę o wyglądzie kosmity.
-O co chodziło?-Szepcze Clive, gdy zamykam drzwi na klucz.
-Demonstracja. Adrien uciekł i Ian chce mi pokazać, że lepiej mu bez niego.-Wyjaśniam. Sam do końca nie rozumiem ich dziecinnego zachowania.
-Martwi cię to?-Clive ujmuje moje dłonie i przyciąga mnie do siebie. Przejmuję się, bo przez parę lat oni stanowili dla mnie przykład pary idealnej. Nigdy bym nie przypuszczał, że to po prostu pryśnie.
-Przestań się zadręczać. To ich życie.-Potrząsa lekko moimi rękoma.
-Wiem.-Kiwam głową. Chwyta mnie za podbródek, by spojrzeć mi w oczy.
-A ty masz mnie. I zaczynam się czuć zaniedbywany.-Uśmiecha się. Wiem, że nie oskarża mnie na serio.
-Kocham Cię.-Szepczę, bo uświadamiam sobie, że on jest jedyną tak bliską mi osobą. Jest jeszcze Dave, ale… Jakby go nie było.

****

Z uporem maniaka wydzwaniam do Adriena, licząc że odbierze, z zamiarem ściągnięcia go tu do soboty, by Ian mógł się na niego natknąć w klubie. Może to okrutne, ale sądzę, że muszą sobie wreszcie wszystko wyjaśnić. Najpierw odbiera za szesnastym razem i rzuca tylko, że mam spadać. Po kolejnych dziesięciu przysyła mi wiadomość, dającą mi do zrozumienia, że jestem chory psychiczny. Odbiera po kolejnych pięciu telefonach.
-O co chodzi?-Pyta zrezygnowany. Jest! Małe zwycięstwo!
-Muszę się z tobą spotkać.
-Nie ma mowy!
-Adrien! Chcę pogadać.-Mówię spokojnie. Wzdycha ostentacyjnie.
-Mogę się z tobą spotkać na dworcu.-Rzuca od niechcenia. Zamieram i przetwarzam informacje.
-Na dworcu?
-Nie dowiesz się, gdzie teraz mieszkam. Nie pozwolę, żeby Ian tu przyjechał i jęczał, jak mu jest źle.
-Dobrze. Możemy się zobaczyć jutro?-Staram się korzystać z okazji, jaka by nie była. To jednak zawsze spotkanie. Choćby i w publicznej toalecie…
-W porządku.
-O której?
-Nie wiem, o której masz pociąg.
-Dobrze. Jeszcze się zdzwonimy. Przyślij mi nazwę stacji. Trzymaj się.-Mówię i rozłączam się, a potem odkładam telefon, siadam na kuchennym krześle i wybucham entuzjastycznym śmiechem. Mam wrażenie, że teraz będzie tylko lepiej. Że uda mi się zrozumieć, co nimi kierowało i może od nowa nawiążą nić porozumienia. Tak bardzo brakuje mi ich razem. Może dlatego, że po prostu nie wyobrażam ich sobie osobno? Wzdrygam się, gdy przychodzi wiadomość. Clive. Informuje mnie, że jest u niego Sandra. Przywiozła wózek, a aktualnie płacze, bo okazało się, że jednak nie jest w ciąży, ponieważ test był wadliwy, ale Luca na wiadomość o ciąży i tak z nią zerwał. A jak teraz wszystkiemu zaprzeczy, on i tak nie uwierzy. W sumie jest mi jej szkoda. Wydawała się być na swój dziwaczny sposób szczęśliwa.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Rozdział dwudziesty trzeci – Przepraszam

Adrien spędził u mnie dwa dni. Potem powiedział, że pojedzie do jakiegoś hotelu i przepadł, bez śladu. Ian się ze mną nie kontaktował. Znów jest zbyt dumny, żeby chociaż go poszukać. Może faktycznie tak będzie lepiej. To już nie byłaby miłość, tylko poświęcanie się, a kierowanie się interesem tylko jednej strony, jest bez sensu w takich sytuacjach. Siedzę skulony na kanapie i rozpatruję wszelkie moje problemy, próbując chociaż część zrozumieć, lub załagodzić. Czekam na Clive’a. Muszę go przeprosić. To pierwszy krok w drodze do uporania się z problemami. Potem muszę z nim porozmawiać poważnie. Potem muszę się dowiedzieć co z Davidem i zacząć szukać pracy. W sumie nie jest tak źle. Chyba za bardzo wybiegam w przyszłość. Pukanie do drzwi. Otwieram.
-Cześć.-Clive pochyla się i delikatnie mnie całuje.
-Nie miej do mnie żalu. To… Nie było planowane. I przepraszam za wszystko.-Mówię. Unosi jedną brew.
-Za co?
-Za to, jak się zachowuję. Wiem, że nie powinienem cię atakować, ale muszę jakoś odreagować wszystko, co mnie spotyka.-Wzruszam lekko ramionami. Clive kiwa głową, wpycha mnie do pokoju. Siada obok mnie na kanapie, kiedy opadam na nią miękko.
-Więc powiesz mi, co się stało z telefonem?-Pyta spokojnie. Oddycham głęboko. Jeżeli to ma na dłuższą metę wypalić, musimy być ze sobą szczerzy.
-Pamiętasz tego faceta, o którym ci mówiłem, że próbuje mnie odzyskać? Ten, do którego zadzwoniłeś?-Pytam. Clive zamyśla się na moment i potwierdza skinieniem.
-Kiedy w weekend spotkałem się w klubie z Davidem, Markiem… To on po prostu napadł na mnie w toalecie. Powiedział coś w stylu, że nigdy się od niego nie uwolnię… Telefon upuściłem przez przypadek, akurat trzymałem go w dłoni.-Mówię.
-Zrobił ci krzywdę?-Dotyka mojego ramienia.
-Nie. Poza tym chyba umiałbym się obronić. Ale on jest obłąkany. I tego się boję. Zachowuje się jak psychopata, jakby… Uzależnił się ode mnie. Chce mnie za wszelką cenę mieć tylko dla siebie. Na początku wydawał się być w porządku. Był sympatyczny, zabawny.
-Trzeba to zgłosić na policję.-Oświadcza Clive i spogląda na ekran mojego telefonu.
-Co? Uszkodzenie mienia? Myślisz, że ktokolwiek potraktuje te groźby poważnie, że będą go szukać?-Śmieję się i odbieram mu komórkę. Mrozi mnie spojrzeniem błękitnych oczu.
-Musimy spróbować. Wolisz czekać, aż cię uprowadzi, żeby cię zamknąć w jakiejś piwnicy i mieć tylko dla siebie? Wstawaj. Jedziemy na policję.-Oświadcza i podnosi się z miejsca.
-Nie. Miało być romantycznie, mieliśmy ze sobą normalnie pogadać, a nie tułać się po komisariatach. Daj spokój.-Jęczę. Krzyżuje ramiona.
-Chodź. Jak już złożysz zeznania i spiszą protokół, to zabiorę cię do mnie, przygotuję coś szybkiego i przysięgam, że będzie romantycznie.-Odpowiada. Patrzę mu w oczy, uśmiecham się. Nie umiem mu nie ufać. Ma w sobie coś ciepłego, ujmującego, opiekuńczego. Coś, co sprawia, że chcę z nim być bez względu na wszystko. Nawet, jeśli do końca nie wierzę w szczerość jego uczuć. Przełykam ślinę.
-Przestań mi rozkazywać. Nie jestem twoim psem, który wszędzie za tobą pójdzie i będzie reagować na każdą komendę.-Odpowiadam. Pójdę na policję, jeżeli uznam to za konieczne. Nie chciałem psuć nastroju, naprawdę pragnąłem zmienić nastawienie, ale on znów mnie prowokuje tym maniakalnym uporem.
-W porządku. Czyli ci nie zależy?-Zmienia taktykę. Teraz będzie we mnie zbudzać wyrzuty sumienia. Jego matka jest podobno psychologiem, a on mi pierze mózg!
-Na czym?-Rozkładam bezradnie ramiona.
-Nie wiem. Zależy do czego on jest zdolny… Na przeżyciu, na przykład?
-Dlaczego wy wszyscy snujecie najczarniejsze scenariusze? To podobno ja popadam w paranoję.-Wstaję. Wiem, że znowu go irytuję. Spogląda w sufit, nerwowo zaciska pięści i rozprostowuje palce. Chyba szybko wpada w gniew, kiedy ktoś ma czelność mu się zbuntować. Powinien zostać strażnikiem więziennym, nie lekarzem.
-Dobrze. Chodź, pojedziemy do mnie.-Mówi.
-Nie. Bo po drodze wywalisz mnie pod komisariatem.
-Nie zrobię tego. Zbieraj się, musimy jakoś poprawić ci nastrój. Też jestem zmęczony.-Mamrocze i zagryza wargę. Jest zdenerwowany. Widzę to w każdym jego ruchu. Chyba mógłbym zacząć odczytywać emocje z mikroruchów mięśni. Wiem, że mówi to tylko po to, by uspokoić siebie i mnie. Nie chce się kłócić. Też chce, żeby ten wieczór wypalił. W sumie momentami zastanawiam się, czy to ma jakikolwiek sens. Więcej razy się ze sobą spieraliśmy niż rozmawialiśmy normalnie. Może nie powinniśmy tego ciągnąć? Tak jak Adrien i Ian. Byli ze sobą tyle czasu, a potem emocje sięgnęły zenitu i wszystko się rozpadło. Może nie warto w to brnąć, by tylko kumulować napięcie i negatywną energię?

****

Siedzę na skórzanej, lodowatej kanapie w salonie Clive’a, zastanawiam się, czy zdołam samodzielnie wstać, bo czuję, że zamarzam i próbuję się uspokoić. Rozmyślam nad sensem tego wszystkiego i staram się poukładać sobie wszelkie „za i przeciw”. Clive notorycznie wyprowadza mnie z równowagi i ma tendencję do spychania mnie na boczny tor. Jest wycofany, władczy… Taki, jaki był od początku. Czasami da się z nim normalnie porozmawiać i wydaje mi się momentami, że coś z tego będzie, a potem czar pryska. Clive wchodzi do pokoju. Poruszam się niespokojnie.
-Co jest? Znowu masz jakiś problem? Daj spokój.-Potrząsa głową. Nie odpowiadam. Mam dość tych banalnych haseł, które wszyscy mi wciskają.
-Nic. Powiedziałem już, co stało się z telefonem. Nie wracajmy do tego.-Mamroczę w końcu i spoglądam w sufit.
-Dlaczego popadasz w jakąś dziwną apatię? Może masz depresję?-Pyta nieśmiało.
-Wszystko bezustannie się wali. Niemający końca rozpad.-Odpowiadam. Siada obok mnie, wzdycha ciężko, dotyka moich pleców. Kulę się, garbię, zamykam w sobie. Z jednej strony tak bardzo chcę się odciąć od tego wszystkiego, chociaż na moment, a z drugiej tak bardzo nie chcę tu być.
-Hej. Musisz znaleźć jakąś odskocznię. Oderwać się od tego. Pogrążaniem się nic nie zdziałasz.-Szepcze.
-Wiem. Ale nie potrafię. Po prostu. Nie rozumiesz tego?-Pytam. Podnoszę wzrok, spoglądam w jego oczy. Wiem, że się stara, że chce za wszelką cenę, żebym wrócił do normalności, ale nie potrafię tego przeskoczyć. Całuje mnie w policzek. Zamykam oczy. Próbuję odsunąć od siebie wszystkie lęki, ale bez względu na wszystko nie daję rady. Clive opiera czoło o moją skroń.
-Kocham cię. Jestem przy tobie.-Szepcze. Łaskocze mnie ciepłym oddechem. Otwieram oczy.
-Wiem.-Odsuwam się, spoglądam na niego. Teraz znów ten ogromny dystans z jakim mnie traktuje gwałtownie maleje. Wystarczy jeden gest, parę słów i mam wrażenie, że naprawdę się uda. A potem nagle znów jest taki jak zwykle.

****

Nawet sam nie zauważyłem, kiedy minął pobyt Dave’a w szpitalu. Ian odwiedził go tam dwa razy. Ja chciałem, ale za bardzo się bałem. Obawiałem się tego, co zobaczę, tego, co powie mi Clive. Przy prywatnych spotkaniach o tym nie rozmawialiśmy, bo wiedział, że i tak stale o tym myślę. Wiem, że jestem tchórzem. Że trzeba się jakoś z tym zmierzyć. Ale po prostu nie umiem. Ciągle tylko się pogrążam. Staram się czymś zająć sobie czas i na gwałt poszukuję nowej pracy. Niestety bez skutku. Ludzie pędzą za karierą i mało kto decyduje się na dziecko, a szkoły są likwidowane. Prędzej zwolnią kilku kolejnych nauczycieli, niż przyjmą jednego. Trudno, zdechnę z głodu. Zamykam gazetę i odsuwam na brzeg stołu. Jest coraz gorzej. Z dnia na dzień. I z każdym tym dniem jestem coraz bardziej niepewny. Siedzę nieruchomo i wpatruję się w okno. Chciałbym odwiedzić Dave’a, bo długo go nie widziałam, ale po prostu się boję. Umieram ze strachu. Dzwoni telefon. Wstaję niechętnie i idę odebrać. Jakiś obcy numer.
-Halo?-Pytam.
-Cześć.-Słyszę po drugiej stronie radosny głos Prior.
-Hej, skąd dzwonisz?
-Z psych… Z zakładu. Mamy prawo gadać trzy minuty w miesiącu.-Oświadcza.
-Nie wolałaś zadzwonić do matki?
-Ona i tak ma mnie gdzieś. Co u Ciebie? Co z Davidem?-Pyta. Nie wiem, czy powinienem ją dodatkowo zamartwiać.
-Wszystko w porządku.-Rzucam. Nie chcę nic mówić.
-To dobrze. Mam mało czasu…
-A co z tobą?-Wchodzę jej w słowo.
-Nic ciekawego. Z dzieckiem wszystko gra. Niedługo mnie wypuszczą.
-Myślisz, że dasz radę, kiedy stamtąd wyjdziesz?-Pytam. Wzdycha głośno.
-Nie wiem. Muszę kończyć. Zadzwonię za miesiąc. Pa. Bądź zdrów.-Rozłącza się. I tak nic nie wiem. Zamieniliśmy parę bezsensownych, nic nie znaczących, banalnych słów. Muszę jeszcze pojechać do szpitala, odwiedzić te dzieciaki. Teraz jakoś nie mam przed tym oporów. Może dlatego, że David jest już w domu. Wcześniej nie chciałem tam chodzić, bo wiedziałem, że gdzieś niedaleko jest on i cierpi. Wychodzę z mieszkania, potem wypadam na świeże powietrze. Coś w tym jest, że słońce uszczęśliwia.

****

Kiedy następnego dnia wpadam do jego mieszkania, David siedzi na kanapie i wpatrując się w ścianę pali papierosa. Wygląda fatalnie.
-Nie pal! Miałeś nie palić! Dlaczego to robisz?-Pytam i nieruchomieję zszokowany.
-I tak umrę za trzy minuty, więc mogę robić co mi się podoba.-Zaciąga się ze spokojem i spogląda na zegarek. Przeraża mnie.
-Przestań. Oddawaj papierosa. Zrobiłem zakupy.-Wyrywam mu z ręki niedopałek i kieruję się do kuchni. Otwieram lodówkę, układam na półkach produkty.
-Wypadałoby podziękować!-Wołam. Nie odpowiada.
-David!-Zatrzaskuję drzwi lodówki.
-Pieprz się!-Odkrzykuje. Wracam do pokoju. Staję w drzwiach, ze skrzyżowanymi ramionami. Spogląda w moją stronę.
-Co?-Pyta, unosząc brwi.
-Dlaczego taki jesteś?-Pytam, omiatam go wzrokiem. Wygląda tak okropnie, żałośnie…
-Jaki? Zawsze taki byłem.-Otwiera fiolkę z lekami, wyciąga zieloną tabletkę.
-Myślałem, że choroba zmienia ludzi. Że zaczynają wspominać, martwić się o siebie, troszczyć o innych, poprawiać relacje z ludźmi, żeby… Żeby zostawić jakieś… Dobre wrażenie.-Szepczę.
-Po co mam się zmieniać? Jaki to ma sens?-Odpowiada. Nie wiem, więc milczę. Po prostu zawsze tak wyobrażałem sobie cierpiących, umierających ludzi. Wydawało mi się, że żałują i że bardziej im zależy. Najwidoczniej się myliłem. Albo po prostu nie wszyscy są tacy.
-Wydawało mi się, że ludzie zaczynają inaczej patrzeć na swoje dotychczasowe życie.-Mamroczę niepewnie.
-A jaki to ma sens?-Powtarza. Tak bardzo mnie irytuje i tak bardzo mnie boli jego obojętność. Nie wiem, co mogę zrobić.
-Co z tobą i tym, jak mu tam?-Pyta. Martwię się o Dave’a, nie chcę mówić o sobie, a on na siłę zmienia temat.
-Nie chcę o tym rozmawiać.-Szepczę.
-Przestań się o mnie martwić i pieprzyć głupoty. Mów!
-Nadal tak samo. On mną rządzi, a ja się podporządkuję, a potem uświadamiam sobie, że to nierozsądne i wszczynam bunt.-Odpowiadam. Spogląda na mnie, jak na wariata.
-Jak w jakiejś Afryce.-Stwierdza.
-Co?
-Jesteście jak jakieś dzikie zwierzęta w afrykańskim buszu. Walczycie o dominację. W stadzie.-Wyjaśnia. Wzruszam ramionami.
-Martwię się o ciebie.-Szepczę.
-Wiem. Clive mi o tym wspominał. Podobno zachowujesz się jak opętany.-Chwieje się dziwnie, chwyta jedną ręką stołowego blatu, drugą przyciska do skroni.
-Coś się stało?-Pytam z przerażeniem.
-Jeszcze nie umieram.-Mamrocze i podciąga chude kolana pod brodę.
-Nie boisz się śmierci?-Pytam. Nadal stoję w drzwiach. Boję się do niego zbliżyć. Obawiam się, że się rozpadnie. Nie można nawet powiedzieć, że cierpliwie znosi cierpienie. Nie ma już przecież wyboru.
-Trudno bać się czegoś, co stale nad tobą wisi. Przywykłem, oswoiłem się. Poza tym narazie nie jest tak źle. Jestem jeszcze w stanie siedzieć, chodzić, a mój układ kostny jest namacalny dopiero mniej więcej w trzech czwartych.-Znów ironizuje. Wbijam wzrok w podłogę, milknę.
-Boję się…-Zaczynam, ale wchodzi mi w słowo.
-Przestań. Ciebie to nie dotyczy.

****

Kolejny tydzień mija mi na bezowocnym poszukiwaniu pracy i histerycznym opiekowaniu się Davidem. Kiedy nadchodzi sobota w klubie siedzimy tylko my dwaj – Ian i ja. Tkwimy obok siebie nieruchomo i w całkowitym milczeniu. Wydaje mi się, że każdy z nas chciałby uciec, ale żaden nie ma odwagi.
-Cześć.-Słyszę. Podnoszę wzrok, dotychczas utkwiony w barowym blacie. Stoi obok mnie Dominic i uśmiecha się życzliwie.
-Pamiętasz mnie?-Pyta nieśmiało. Kiwam głową, więc siada na sąsiednim stołku. Ian wciąż kreśli palcem szlaczki na ladzie.
-Co z Davidem? Nie odbiera ode mnie telefonów.-Dominic podwija rękawy granatowej koszuli.
-Nie wiem. To jego sprawa.-Mamroczę. Mam za dużo na głowie i chyba dlatego zaczynam być opryskliwy. Dominic nerowowo zagryza wargę i milczymy przez kilka kolejnych minut.
-Ktoś się odezwie?-Pyta w końcu. Ian, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, prostuje się i oświadcza:
-Spotkałem kogoś.
-Co?-Pochylam sie w jego stronę.
-Spotkałem świetnego faceta…-Wzrusza ramionami i upija łyk wody. Jestem w szoku!
-Adrien zniknął zaledwie dwa tygodnie temu, a ty…
-I nie daje znaków życia, Vincent! Nie zamierzam czekać do końca życia, aż raczy się odezwać, albo odebrać telefon.
-Dwa tygodnie to nie jest całe życie!-Podnoszę głos. Ian zaczyna się irytować.
-Nawet, jeśli raczy wrócić, to nie musi się o niczym dowiedzieć. Pozatym nawet nie wiem, czy chcę z nim być… Kiedy go nie ma uświadamiam sobie, że mam po prostu spokój. Że nikt nie zostawia gdzie popadnie ołówków, nie zamyka się samotnie w kuchni, pod pretekstem szukania ciszy. I co najważniejsze… Nikt nie obraża Amy.-Stuka palcem wskazującym w blat. Dominic obserwuje nas z przerażeniem. Odruchowo próbuję bronić nieobecnego:
-On jej nie obraził. Powiedział tylko…
-Nie przerywaj mi! Na dodatek zauważam, jak wiele rzeczy irytowało mnie również w sposobie, w jaki mówi, w jego wyglądzie, w gestach. Wiesz ile on ma pieprzyków na twarzy?
-Nie wiem.
-Wiesz, że potrafi zaczynać wypowiedź w środku wątku, kiedy nikt nie wie, o co chodzi i trzeba go za każdym razem prosić, żeby wyjaśnił, w czym rzecz? Wiesz, że odkąd mieszkamy razem, ani razu nie opróżnił zmywarki? Wiesz, że notorycznie gubi klucze i wysiaduje potem godzinami na schodach?
-I to są powody, żeby skreślać całe siedem lat?
-Chodzi o to, że coś się po prostu… Wypaliło.-Ian patrzy mi w oczy. Nie widzę na jego twarzy absolutnie żadnych emocji. Jak tak można? Czy tylko ja jestem jakimś chorym romantykiem i wierzę w wieczną miłość, rodem ze średniowiecza?

****

-Jak się czujesz?-Pyta Clive, muskając palcami mój kark, kiedy ramię w ramię spacerujemy przez park.
-Dobrze. To znaczy… Nie najgorzej.-Wzruszam lekko ramionami. Pochyla się i całuje mnie w skroń. Nie lubię okazywania uczuć w miejscu publicznym. Mam wrażenie, że zaraz zaatakuje nas jakiś psychopatyczny nożownik, albo inna religijna organizacja.
-Masz jakieś plany?-Pyta.
-Na dzisiaj? Jest niedziela, a ty jutro pracujesz, więc…
-Mam nocną zmianę. Pójdziemy do mnie?-Pochyla się nad moim uchem.
-Bezpośrednio!-Parskam śmiechem, a Clive udaje oburzenie i wywraca oczami.
-Nie o to chodzi. Chociaż… Pośrednio o to. Po prostu, powinniśmy wykorzystywać każdy moment, kiedy możemy być razem. Ja bardzo dużo pracuję, a ty ciągle zajmujesz się wszystkimi dookoła.-Poprawia pasek przewieszonej przez ramię torby.
-Nie potrafię inaczej. Teraz Adrien zapadł się pod ziemię, a Ian znalazł sobie kogoś…
-Może tak będzie lepiej?-Wzrusza lekko ramionami. Nie rozumiem ich wszystkich, ale może mają rację. Chyba rzeczywiście za bardzo żyję życiem innych.
-Próbuję się nie przejmować, ale nic z tego nie wychodzi.
-Odpręż się, uspokój.-Szepcze i całuje kącik moich ust.
-Kocham cię, Vince.-Mówi cicho, a mnie na moment paraliżuje. Po raz pierwszy, odkąd się znamy, to jest od pół roku, zdrobnił moje imię. Czuję dziwne, nieopisywalne uczucie ciepła, spokoju, jakiegoś dziwnego spełnienia. Niespodziewanie nawet dla mnie samego, bardzo uszczęśliwia mnie ten w zasadzie nic nie znaczący gest.

Opublikowano Bez kategorii | 5 komentarzy

Rozdział dwudziesty drugi – Szczerość

-Cześć.-Kucam naprzeciw Amy i staram się uśmiechnąć. Nadal przypominam trochę powstałego zza grobu, ale zrobiłem co w mojej mocy, żeby wyglądać normalnie. Udało mi się nawet przespać jedną godzinę, po opuszczeniu wanny. A teraz jestem w nie swoim mieszkaniu i próbuję nawiązać kontakt z małą, kiedy Ian przygląda mi się czujnie.
-Dave jest w tym szpitalu co ostatnio?-Pyta.
-Tak, ale teraz i tak ma zbyt wysoką gorączkę, żeby móc z nim normalnie pogadać.-Odpowiadam i odbieram od Amy wręczany mi drewniany klocek.
-To nic. I tak tam pójdę.-Oświadcza i opada na fotel.
-Jak chcesz, tylko pamiętaj, że nie możesz mu pokazać, że się boisz.
-Nie mam w sobie za grosz wrażliwości i nie mam takich uczuć, które można urazić. Jedyne co wywołuje u mnie agresję to krzywda wyrządzona Amy lub sugestie, że jest niepotrzebna. Poza tym nic mnie nie wzrusza. Ani choroby, ani umierające z głodu dzieci, ani klęski żywiołowe, ani psy w schroniskach. Nic.-Odpowiada. Mówiłem, że cyborg… Przeraża mnie.
-Pojadę tam za kilka dni.
-Nie należysz do rodziny…
-Coś się wymyśli. A jak nie, to ich postraszę prawem cywilnym, adwokatem… Dam radę.-Wzrusza ramionami. Kiwam tylko głową i stukam klockiem o podłogowe panele, próbując poukładać myśli. Jakoś nie umiem się z tym wszystkim pogodzić. I chorobliwie się boję. Boję się przyszłości. Tak chyba nie powinno być. Orientuję się, że przyśpieszam ruchy ręką, stukam coraz głośniej i prawie zaczynam żłobić otwór w podłodze. Zabieram dłoń. Kurczę, ja jestem obłąkany! Muszę się dobrowolnie zameldować w ośrodku zamkniętym.
-Co się stało? Nie wysypiasz się?-Pyta Ian z przerażeniem. Wszyscy patrzą na mnie, jak na wariata.
-Nie wiem. Nic nie wiem.-Wstaję z podłogi i siadam obok niego, na sąsiednim fotelu. W zamku słychać zgrzyt klucza i jakiś szelest. Amy biegnie do przedpokoju. Po chwili wraca, ciągnąc za sobą przygarbionego Adriena.
-Cześć.-Rzuca, stanowczo sadowi Amy na moich kolanach i zamyka się w kuchni. Jak zwykle wygląda, jakby goniła go banda wygłodniałych bernardynów… Psów rzecz jasna, nie zakonników! Chociaż nie… Bernardyny są przyjazne, w końcu pomagają ludzi. No to dobermanów. Tak! Dobermany pasują. Adrien ubrany byle jak, z fryzurą przywołującą na myśl elektryczne spięcie i kilkunastoma rulonami pod pachą. Jak zwykle niedbały, pogrążony we własnym świecie, małomówny. Jest kompletnym przeciwieństwem poukładanego, pedantycznego, idealnie uczesanego i ubranego w wyprasowany garnitur Iana. Nie wiem, jak oni się dogadują. Charaktery też są kompletnie odmienne… Dziwię się, że jeszcze się nie pomordowali.
-Musisz wziąć się w garść, bo się rozsypiesz.-Oświadcza Ian i przerywa ciszę.
-Clive też to mówi.
-I ma rację. Nie powinieneś żyć życiem innych. Każdy ma dość własnych problemów i one nas nie dotyczą.-Mówi, próbuje spojrzeć mi w oczy, ale skutecznie unikam wzroku. Czy on sugeruje… Już kiedyś powiedział coś podobnego! Że choroba Dave’a mnie nie dotyczy i mam się nie przejmować. Jak to mnie nie dotyczy? Gdyby był obcym facetem mieszkającym na drugim końcu kraju, to mogłoby mnie nie dotyczyć, ale… Ja go zbyt długo znam.

****

-Co z nim jest? Jest wycofany i w ogóle niewiele mówił od czasu, kiedy… Ta cała farsa z tym związkiem.-Wzdycha Mark i siada na mojej kanapie. Dawno nie wyglądał tak dobrze. Jason chyba ma na niego dobry wpływ… W końcu obaj mają HIV, może jakoś lepiej się rozumieją.
-David ma AIDS i…
-To wiem!
-I… Teraz ma raka.-Mówię. Wiem, że David mnie zabije, kiedy się dowie, że wszystkim o tym mówię, ale muszę to jakoś z siebie wyrzucić. Zrzucam na kogoś część ciężaru.
-Kurde… Żeby chociaż dało się jakoś pomóc.-Mamrocze Mark i kilkukrotnie zgina i rozprostowuje palce dłoni.
-Właśnie. Bezsilność jest najgorsza.-Podsuwam mu pudełko z ciastkami. Kręci głową.
-Dzięki. Mówisz, że oni założyli fundację?-Unosi wskazujący palec.
-Tak. Zbierali pieniądze na HAART, ale teraz… Nowotworu nie pokonają żadnym sposobem. A zaatakowanie jego organizmu chemioterapią, to jak kopanie leżącego.-Wzdycham. Mark zagryza wargę, spuszcza wzrok. Wiem, że jemu też jest z tym źle.
-A co u ciebie? Dajesz radę?
-Tak. Przecież jedynie mam wirusa. Nie jest źle. Można z tym normalnie żyć.-Wzrusza ramionami. Mark, który zawsze miał wrodzoną skłonność do histerii, popadania w depresję i wiszenia głową w dół na łóżku, dopóki nie robiło mu się słabo, nagle ożył. Ma do tego wszystkiego inny stosunek. Patrzy na własny stan z większym dystansem.
-Właśnie wiem.-Wzdycham. Gdyby Dave się regularnie badał, to też wykryli by wirusa w porę. Mark spogląda na zegarek, odgarnia włosy z czoła.
-Muszę już lecieć. Praca czeka, Jason czeka… Muszę jakoś to wszystko ogarnąć. Nie załamuj się. Chciałem tylko dowiedzieć się, co właściwie dzieje się z Davidem.-Mówi. Kolejna osoba, której z taką łatwością przychodzi gadanie o tym, że mam się trzymać. I znowu zostaję sam. W samotności za dużo myślę i mnie to wykańcza. Dzwonię do Clive’a, pytam, czy pracuje, czy może tutaj przyjechać. Chyba brzmię histerycznie, bo zjawia się bardzo szybko. Boję się samotności. Boję się, co będzie, kiedy Dave umrze. Ian i Adrien mają siebie i Amy, Mark spędza każdą wolną chwilę z Jasonem, a ja jeśli stracę Davida, zostanę kompletnie sam. Mam tak cholernie dość wszystkiego. Cierpię. Chyba po raz pierwszy w życiu tak autentycznie.

****

Siedzę przy kuchennym stole w mieszkaniu, które dzielą Ian i Adrien. Staram się uciec myślami od problemów Dave’a, więc próbują mnie zagadać na temat Clive’a.
-Jaki on właściwie jest? Adrien w ogóle go nie zna, a ja widziałem go przez moment.-Ian
-Sam nie wiem. Uwielbiam go. Jest szalenie inteligentny, ma taki seksowny błysk w oku i troszczy się o mnie, ale z drugiej strony nie ma między nami chemii, żadnej namiętności. Czasami zastanawiam się, czy my się jedynie nie lubimy… A potem on, po kilku tygodniach olewania mnie, wymyśla coś, co sprawia, że znów szaleję na jego punkcie. Zgadzamy się ze sobą w wielu kwestiach. Jak… Jakbyśmy mieli wspólny umysł!-Mówię.
-On dostaje go w poniedziałki, środy i piątki, a ty we wtorki, czwartki i soboty?-Żartuje Adrien. Parskam śmiechem. Chociaż jemu udało się mnie rozweselić.
-Powinieneś gdzieś wyjechać, oderwać się od tego wszystkiego.-Proponuje Ian. Potrząsam głową. I tak by nie poskutkowało.
-To nic nie da. Myślę o tym o każdej porze dnia i nocy.-Wzdycham.
-To nie myśl! Może powinieneś iść na terapię? Albo poddać się hipnozie?-Ian wpada na kolejne, coraz bardziej absurdalne pomysły.
-Nie. Po prostu nie umiem. Nie umiem się od tego odciąć. Teraz wszystko, to, że on w ogóle jest chory zdaje się być bardziej realne, bliskie. Po prostu to widać.-Odpowiadam. Czuję się bezradny. I to jest chyba najgorsze. Gorsze nawet niż lęk.
-Dlaczego nie potrafisz zrozumieć, że tak nie można żyć? Musisz w końcu zająć się sobą. Daj sobie spokój z tą przerastającą cię troską o innych.-Ian patrzy mi w oczy. On powinien być jakimś mówcą motywacyjnym. Ale na mnie to nie działa. Już chyba za bardzo się pogrążyłem, żeby teraz po prostu z tego wyjść…

****

Wpadam do mieszkania, rzucam klucze na stół i osuwam się na podłogę. Dlaczego wszystko musi się sypać naraz? Nie może na przykład partiami? Nasza kochana pani dyrektor zwołała zebranie, oświadczyła, że placówka jest niewypłacalna i za dwa miesiące zawiesza działalność, a tym samym cała kadra nauczycielka za osiem tygodni wyleci na bruk. Nigdzie nie znajdę pracy! Mogłem nie zwalniać się z tej pierwszej, ale… Przecież bym się tam wykończył. Mam dość tego wszystkiego! I znowu zachowuję się jak dzieciak z depresją, któremu nauczyciel przyznał kolejną jedynkę. Kiedy to się w końcu skończy? Dlaczego zamiast ubywać problemów stale ich przybywa? Słyszę jakiś szmer na klatce schodowej. Wpatruję się w drzwi. Podskakuję nerwowo, kiedy rozlega się pukanie. Podnoszę się z trudem i otwieram. Stoi przede mną uśmiechnięty Clive, z kwiatami i butelką wina w ręce. Omiata mnie wzrokiem i przestaje się uśmiechać.
-Rany, co się stało?-Pyta, wpycha mnie w głąb mieszkania i zamyka nogą drzwi. Pewnie znowu podejrzewa, że dramatyzuje, ale ja już kompletnie nie daję rady.
-Wywalą mnie z pracy.-Szepczę i ocieram łzy. Clive odsuwa się ode mnie i patrzy na mnie jak na wariata.
-Jak to?
-W zasadzie już wywalili i powinienem szukać nowej. Za dwa miesiące likwidują szkołę. A ja nie jestem jakimś cholernym budowlańcem, ani elektrykiem, żeby dostać pracę byle gdzie. Nie ma wielu szkól, w połowie z nich młodzież uczy się francuskiego. Nikt nie potrzebuje nauczycieli hiszpańskiego. Nikt w ogóle nie potrzebuje nauczycieli! Mogłem skończyć inną szkołę!-Macham wzgardliwie ręką i kieruję się do kuchni. Czy ja nie zaczynam się zachowywać jak Dave?
-Przestań dramatyzować! Ciągle to robisz.
-Nie dramatyzuję. Takie są fakty. Jestem udupiony i mogę już zacząć kopać własny grób, bo umrę z głodu, albo ze zgryzoty.-Odpowiadam, wyrywają mu butelkę i szukając korkociągu. Jestem wściekły, rozżalony… Targa mną cała paleta emocji i wszystkie równocześnie rozsadzają mi umysł.
-Jaki dzisiaj dzień? Piątek?-Clive siada na krześle, rzuca bukiet na stół i zamyśla się. Nie zapraszałem go tutaj. Przerwał mi dramatyczne rozmyślania.
-Wyjedźmy gdzieś na weekend. – Rzuca. Gwałtownie unoszę rękę, wyciągam korek z butelki, dostaję nim w oko. Co? Cierpię, Dave cierpi, mój budżet cierpi, a ja mam sobie organizować wycieczki?
-Musisz się od tego oderwać.
-Nie zdołam zapomnieć. Nie umiem.-Stawiam butelkę na stole i cofam się o dwa kroki, krzyżując ramiona. Jestem autentycznie wściekły. Na wszystko i wszystkich. Zachowuję się niedojrzale i mam to gdzieś.
-Zmiana środowiska ci pomoże.-Uspokaja mnie. Nie wiem. Już kompletnie nic nie wiem i w nic nie wierzę. Gubię się w tym wszystkich i nie umiem wyjść z zacieśniającego się kręgu problemów.
-Nie przywitałeś się ze mną.-Szepcze Clive i spogląda na mnie błękitnymi oczami. Rozczula mnie. Za każdym razem kilkoma bzdurnie i ckliwie brzmiącymi słowami, potrafi zalać mnie falą ciepła i kojącego spokoju. Pochylam się i delikatnie go całuję. Kiedy chcę się odsunąć ujmuje moją twarz w dłonie i patrzą mi głęboko w oczy, pyta:
-Powiesz mi, kto zniszczył twój telefon?

****

-W ogóle nie powinno cię tu być.-Rzucam oschle, odsuwam się i siadam na kuchennym blacie, naprzeciw niego.
-Uspokój się. Znowu dramatyzujesz i mnie odrzucasz. Musisz przestać się tak cholernie przejmować!-Wstaje i gwałtownie potrząsa głową. Wszyscy to gadają. I co z tego? Myślą, że słowa coś dadzą? Rozlega się pukanie do drzwi. Pędzę otworzyć, unikając dalszej konwersacji. Stoi przede mną Adrien. Co dziwniejsze – sam. A co najdziwniejsze – z walizką.
-Mogę tu zostać, góra dwa dni? Potem znajdę jakiś hotel, czy coś.-Spogląda na mnie smutno. Nieruchomieję z otwartymi ustami. O co chodzi?
-Gdzie Ian?
-Mogę wejść?-Pyta. Wpuszczam go do środka.
-Co się stało?-Pytam. Clive wyłania się z kuchni, oświadcza, że sobie pójdzie, ale Adrien go powstrzymuje.
-Nie. Ja po prostu… Nie przeszkadzajcie sobie. To ja przyszedłem tu nieproszony, ale nie miałem wyjścia. Nie potrafię tak dłużej.-Rozkłada bezradnie ramiona, a walizka przewraca się i uderza o podłogę.
-Co się stało?-Pyta Clive. Dziwne… To chyba ja powinienem się przejmować. To mój znajomy, moje mieszkanie.
-Jak ty masz w ogóle na imię?-Uśmiecha się Adrien.
-Clive.-Wyciąga rękę. Obserwuję to oniemiały. Dopiero po paru minutach odzyskuję mowę.
-Wyszło dość niezręcznie…-Zaczynam i spoglądam z lękiem na Clive’a, wyraźnie zainteresowanego zdrowiem psychicznym mojego znajomego.
-Przepraszam.-Adrien unosi ręce w obronnym geście. Sięga po walizkę.
-Nie. Masz dokąd pójść?-Pytam. Wzrusza ramionami.
-Clive… Możesz zostać, jeśli chcesz z nami porozmawiać, a jeśli…-Kompletnie się gubię, nie wiem, jak z tego wybrnąć.
-Nie. Pójdę już. Zadzwonię do ciebie. Spotkamy się kiedy indziej.
-Nie chciałem wam psuć wieczoru. Mogłem zadzwonić.-Wzdycha Adrien, wbija wzrok w podłogę. Czuję się nieswojo. Mam wrażenie, że to wszystko moja wina.
-Trzymaj się.-Clive staje za moimi plecami, muska ustami mój policzek i znika. Kiedy zamykają się drzwi, Adrien przeczesuje ręką włosy i pyta:
-Spieprzyłem?
-Nie bardziej niż ja.-Parskam nerwowym śmiechem. Dlaczego nie umiem traktować Clive’a poważnie? Może dlatego, że on mnie tak nie traktuje? Zachowuje się, jakbym nie był nikim więcej poza zwykłym znajomym. Niby mówi, że mu zależy, powiedział nawet, że mnie kocha, ale mam wrażenie, że to tylko słowa. Nic nie znaczące, puste słowa. Nie okazuje mi tego i dlatego uciekam. Podnoszę wzrok, uśmiecham się słabo.
-Więc dlaczego tu jesteś?-Kieruję się do salonu. Adrien drepcze ze mną.
-Po prostu mam dość.-Siada na kanapie, zakłada nogę na nogę.
-Czego?
-Tego wszystkiego. Niby wszystko miało się poprawić, ale… Ja mu po prostu uległem po raz kolejny, by nie robić afery. A wszystko jest tak samo. Ciągle jest do dupy. Ciągle się od siebie oddalamy. Amy absorbuje każdą wolną chwilę, a ja jestem spychany na drugi plan. Czasami mam wrażenie, że gdyby mnie tam po prostu nie było, to Ian nic by nie zauważył. Może nawet teraz tego nie zauważył. Męczy mnie takie życie. Życie… Wegetacja! Gdybym miał sześćdziesiąt lat i mieszkał z nim od trzydziestu, byłbym w stanie machnąć na to ręką, może inaczej bym na to patrzył.
-Chcesz siedem lat po prostu… Zniszczyć?-Pytam. Adrien wzdycha, wywraca oczami, oblizuje usta, jakby szukał odpowiednich słów.
-Ty po prostu nie rozumiesz mojej sytuacji. Uświadom sobie, że ja po prostu nie mogę tak żyć. Każdy dzień jest taki sam, ciągle uciekam, zamykam się, gdzie się da. Albo staram się w ogóle nie wracać do domu, bo wiem, że będzie tam Amy. Wydawało mi się, że skoro kocham Iana, to ją też muszę kochać, ale to tak nie działa. Ja jej po prostu nienawidzę. Patrzę na nią i… I czuję lęk. Wstręt. Po prostu wiem, że to nie jest moje dziecko i nigdy nim nie będzie. Każdej nocy, przed zaśnięciem marzę, żeby to się okazało tylko snem i żeby jej wcale nie było, kiedy się przebudzę. Wiem, że to może głupie, bo ona mieszka z nami od roku, ale… Na początku było całkiem normalnie. Albo tak mi się zdaje. Wielka euforia, nowy członek rodziny. Amy była młodsza, mniej rozumiała, nie biegała wkółko po domu. Mieliśmy więcej spokoju i więcej swobody. A teraz z dnia na dzień czuję, że coraz bardziej się wykańczam.
-Rozmawialiście o tym, miało być w porządku… Nie pomogło? Próbowaliście?-Pytam. Dave miał rację, że bawię się w domorosłego psychologa. Nie chcę. Tak bardzo nie chcę, żeby się rozstali. Może to egoizm, ale mam wrażenie, że psucie takiego związku to okrucieństwo. To tak, jakby przez siedem lat budować własnymi rękami dom, a potem z dnia na dzień wyburzyć go z uśmiechem na ustach. Może faktycznie nie rozumiem.
-Nie pomogło. Próbowaliśmy. Ja próbowałem, bo Ian cały czas zajmował się Amy. Nie odstępuje jej na krok, bo wydaje mu się, że w każdej sekundzie może sobie zrobić jakąś krzywdę. On ma obsesje na punkcie tego dzieciaka.
-Kochasz go?-Zadaję newralgiczne pytanie.
-Nie wiem. Od pół roku cały nasz kontakt opiera się na „Cześć”, rzucanym w momencie, w którym przekraczamy próg. Nawet śpimy osobno, bo Ian stale siedzi przy Amy. On się od niej uzależnił i uzależnił ją od siebie. Jakaś pieprzona symbioza. Ja nie chcę w tym uczestniczyć.
-Musisz mu to powiedzieć.-Odpowiadam. Wiem, że już nic nie naprawię. Że moja słowa nie pomogą. Że to koniec. To decyzja Adriena i ja na niego nie wpłynę.
-Może to okrutne i ona nie jest niczemu winna, bo nie robi tego z premedytacją. Po prostu jest, ale… To dla mnie zbyt wiele.
-Rozumiem.
-I proszę, nie mów nic Ianowi. Sam do niego pojadę za kilka dni, kiedy się odważę. Wiem, że to będzie go boleć, trzeba będzie sądownie to wszystko unieważnić. Ale tak będzie lepie. Dla nas wszystkich.-Kiwa głową. Nie wiem, co o tym wszystkim myśleć.

Opublikowano Bez kategorii | 1 komentarz

Rozdział dwudziesty pierwszy – Przerażenie

-Co się stało?-Pyta Clive, mijając mnie w drodze do łazienki.
-Nic.
-Kłamiesz. Jesteś strasznym introwertykiem, Vince. A to podobno ja mam problem z nazywaniem emocji.-Potrząsa z niedowierzaniem głową, przyglądając mi się badawczo.
-Nie muszę ci się z niczego zwierzać.-Wzruszam ramionami. Zakręca wodę i wypada za mną z pomieszczenia.
-Chcę ci jakoś pomóc. I tak wiem, że ciągle się zadręczasz, a nie powinieneś dodatkowo się pogrążać! O co chodzi?-Podnosi głos. O! Jak zwykle wychodzi z założenia, że może mnie terroryzować i rozstawiać po kątach. Że mu ulegnę, wzruszę się i wszystko powiem. Mam dość. Nie chcę, żeby tu był. Może to niedojrzałe, ale ja już kompletnie nie wiem, co robić. Chcę po prostu być sam. Zaszyć się, ukryć pod kołdrą, zgasić światło i się zahibernować.
-Vincent. Ja naprawdę próbuję ci pomóc. Za…
-Nie! Tylko nie mów, że ci na mnie zależy.-Unoszę wskazujący palec. Siada ciężko na krześle, zakłada nogę na nogę. Zaciskają mu się szczęki, zwężają źrenice. Wiem, że go irytuję.
-Po co właściwie przyszedłeś?-Pytam, krzyżując ramiona.
-Chciałem się z tobą zobaczyć, ale to chyba nie ma sensu.
-Dlaczego?
-Bo z tobą się nie da normalnie pogadać!
-Dlatego, że się nie uzewnętrzniam i nie wypłakuję na twoim ramieniu?
-O co ci chodzi? Jesteś okrutny, opryskliwy, złośliwy.-Podrywa się z krzesła i staje naprzeciw mnie.
-Wyjdź, proszę.-Rzucam. Przygląda mi się przez chwilę, jakby liczył, że zmienię zdanie.
-Wyjdź. Porozmawiamy innym razem.-Oświadczam. Parska wzgardliwym śmiechem, potrząsa głową, wychodzi z kuchni, a potem słyszę już tylko, jak trzaska drzwiami. Czy ja naprawdę nie mogę pobyć sam ze sobą? Czy wszyscy muszą czegoś ode mnie chcieć? Uderzam otwartą dłonią w blat stołu i podchodzę do okna. Widzę, jak Clive wsiada do samochodu i trzaska drzwiami. Nie odjeżdża. Nie widzę wyraźnie z powodu odległości, ale chyba zaciska ręce na kierownicy i pochyla głowę. Płacze? Kompletnie mnie to nie obchodzi! Dlaczego ja tak bardzo przejmuję się innymi? Jakbym nie miał własnego życia, własnych problemów. Zaczynam wszystko od początku!

****

Kolejne kilka tygodni mija mi na bieganiu ze szkoły do domu i z domu do szpitala, by odwiedzić dzieciaki. Clive unika kontaktu, a ja po raz pierwszy w życiu nie zamierzam go przepraszać. Z Davidem kontaktowałem się tylko telefonicznie. Zapewniał mnie, że wszystko jest w porządku, że bierze leki, że nie mam się o nich martwić. Kiedy odwiedzam go po upływie tych trzech tygodni, po pracy, leży w łóżku i kaszle, plując krwią. Dziwne, fioletowo-czerwone plamy rozprzestrzeniają się coraz bardziej i pokrywają nie tylko ramiona i szyję, ale nawet sporą część twarzy. Reszty ciała nie widzę. Jest przytomny, ale drży i rozgląda się w kółko, jakby pozbawiony świadomości. Natychmiast dzwonię po pogotowie, klęcząc obok łóżka i zastanawiając się, jak mogę mu doraźnie pomóc.
-Hej. Słyszysz mnie?-Dotykam jego dłoni. Milczy, nie reaguje. Mruga tylko nerwowo i zaciska palce na mojej dłoni. Przestał pluć krwią, więc nie muszę się obawiać, że się udławi. Kaszle tylko, a przy każdym kaszlnięciu jego ciało unosi się w górę, jak poddane elektrowstrząsom. Mówię do niego, ale chyba nie jest do końca świadom tego, co się z nim dzieje. Pogotowie przyjeżdża po upływie kilkunastu minut i po prostu go zabierają, zadają mi te standardowe pytania, które znam na pamięć. I znowu zostaję sam. I znowu zostaję wyrwany z błogiej, spokojnej, męczącej rutyny i zalany problemami. Wszystko powraca ze zdwojoną siłą. Każdy, najmniejszy problem, który zagnieździł się w mojej szarej, smutnej egzystencji. Wyciągam rękę, dotykam zakrwawionej pościeli opuszkami palców. Czuję, że jest źle. Że dzieje się coś złego. Że AIDS naprawdę szaleje i HAART wcale nie pomaga. Zaciskam usta, zaczynam płakać, siedząc na podłodze w sypialni Dave’a. Przyciskam pięści do skroni, próbuję uspokoić oddech. Świat zamiera, wszystko zwalnia, kręci mi się w głowie. Kiedy rozglądam się wokoło wszystko się rozmywa. Panikuję. Boję się o niego. I w gruncie rzeczy obwiniam. Mogłem zmusić go, by poszedł wcześniej do lekarza. Założę się, że ominął nawet comiesięczną, obowiązkową wizytę. A oni nie mogą go stale pilnować…

****

-Co to jest?-Pytam, kiedy Clive wychodzi z gabinetu, w którym gromadzą się lekarze. Rzuca mi zaskoczone spojrzenie, jakby dziwił się, że w ogóle się do niego odzywam.
-Nowotwór.
-Jaki?
-Mięsak Kaposiego.*
-Skąd? Dlaczego?-Pytam.
-Musiał zarazić się opryszczką. Wirus opryszczki roznosi się bardzo szybko, a jego odporność… Osoby z niską odpornością są na niego najbardziej zarażone, ale i tak miał strasznego pecha. Bardzo rzadko osoby leczone metodą HAART, atakuje ten nowotwór.-Clive wbija wzrok w podłogę. Chyba czuje, że odniósł w jakimś stopniu osobistą porażkę.
-To jest rak skóry?-Dopytuję. Sam nie wiem dlaczego. Może liczę, że gdy przyswoję więcej informacji, znajdę jakiś ratunek?
-Mięsak Kaposiego jest nowotworem błon śluzowych i tkanek podskórnych. Wiem, że wybroczyny są na skórze, ale wcześniej rak zdążył już zaatakować płuca, nerki, układ pokarmowy…-Clive patrzy mi w oczy. Mam ochotę się rozpłakać, wrzeszczeć, ciskać przedmiotami.
-Ja… Prosiłem go, żeby poszedł wcześniej do lekarza.-Szepczę.
-Teraz już nie cofniemy czasu. To nie twoja wina.
-Powiedzieliście mu?
-Nie. Jego lekarz go o tym poinformuje.
-Będzie mógł wrócić do domu?
-Tak. Nie będziemy go tutaj trzymać, a przecież nie oddamy go do hospicjum. Uważam, że takie placówki w ogóle nie powinny istnieć… David wróci do domu, jak tylko wyleczymy go z zapalenia płuc. Prędko pewnie dopadnie go inna infekcja, ale lepiej, żeby spędził ten czas w bliskim sobie otoczeniu. Poza tym jego organizm i tak jest strasznie wyniszczony. Kilka narządów wewnętrznych jest uszkodzonych, odporność jest w opłakanym stanie, ma paskudną niedowagę i ledwo trzyma się na nogach. Narazie podajemy kroplówki, leczymy zapalenie płuc… Tak jak mówiłem… Za jakieś trzy tygodnie stąd wyjdzie. Do tego czasu z pieniędzy z fundacji mama kupi wózek i przywiezie go tutaj. Będzie dobrze. Wszystko jest zaplanowane. Zrobimy co się da, żeby pomóc.-Mówi. Słucham go, wpatrując się w ścianę. Każde słowo boli. Uderza we mnie jak ogromna fala i kłuje, jak ziarenka piasku na wietrze. Rak. Wózek. Śmierć. Niedowaga. Uszkodzenie. Infekcja. Nie chce mi się wierzyć!
-Można coś z tym zrobić?
-Postaramy się. Zwykle choroba ustępuję po rozpoczęciu terapii antyrerowirusowej, ale David jest jej poddawany już od dwóch miesięcy. A mimo to nowotwór i tak się pojawił. Ale spróbujemy kombinacji innych leków. Postaramy się!
-Boję się.-Jęczę. Drży mi podbródek.
-Jedź do domu. Wpadnę potem do ciebie. Jeśli mi wolno. Bo może znowu masz jakiś problem, który chcesz przede mną …
-Mogę się z nim zobaczyć?-Podnoszę wzrok.
-Śpi. Poza tym ma tak wysoką gorączkę że i tak nie łapie kontaktu. Porozmawiacie za kilka dni. Jedź do domu.-Powtarza.
-Przyjedziesz do mnie?-Upewniam się.
-Przyjadę.-Kiwa głową i odchodzi korytarzem. Dalej siedzę w tym samym miejscu i gapię się w posadzkę. Nie jestem w stanie się ruszyć.

****

Clive zjawia się późnym wieczorem.
-Hej. Jak się czujesz?-Pyta z troską, kiedy wchodzi do pokoju. Milczę. Siada obok mnie, a ja korzystam z okazji i przytulam się do niego. Siedzę nieruchomo, zamknięty w jego objęciach i wpatruję się w ścianę ponad jego ramieniem. Nie płaczę. Wczepiam się tylko kurczowo palcami w materiał jego koszuli, bo czuję, że jak puszczę, to się rozsypię.
-Skarbie, uspokój się. Nie możesz się tak zadręczać. Postaramy się, żeby wszystko było dobrze. Słyszysz?-Głaszcze mnie po plecach.
-Nie umiem w to wierzyć. Wszystko… Wszystko traci sens.-Mówię, wciąż gapiąc się w tej sam punkt.
-Vincent, jestem przy tobie.-Muska ustami mój policzek. Nie umiem już wierzyć w to, że jeszcze wszystko się poukłada. Teraz wybucham. Zaczynam płakać, a problemy wirują w mojej głowie, jak rozpędzona karuzela, goniąc jeden drugi i zlewając się w jedno. Niczego już nie rozumiem i wszystko mnie panicznie przeraża.
-Będzie dobrze, skarbie. Na prawdę zrobimy wszystko, co w naszej mocy, by mu pomóc. Zdołamy.-Obejmuje mnie mocniej. To chyba prawda, że przykre zdarzenia zbliżają do siebie ludzi. Jeszcze wczoraj byłem zbyt dumny, by się do niego odezwać. Już niczego nie jestem pewien. Niepewność mnie dekoncentruje. Chcę spokoju, ciepła, jasności. Chcę pozytywnych emocji. Chcę czuć, że żyję i że będzie dobrze. Chcę być szczęśliwy. Na prawdę.
-Powiedz coś.-Szepcze Clive. Milczę. Nie jestem w stanie mówić. Za bardzo drżę i dławię się łzami. Zachowuję się jak jakaś nastolatka oglądająca w kinie romantyczny film. Wiem, że David wciąż żyje, ale podświadomość mówi mi, że to początek końca.

****

-Po co kupujecie wózek?-Przerywam milczenie, kiedy siedzę na łóżku Clive’a i gapię się, jak wędruje z sypialni do kuchni i z powrotem. Przywiózł mnie tu na siłę. Znowu nie chciał pozwolić, żebym został sam.
-Wózek inwalidzki to w zasadzie… Zabezpieczenie? To znaczy… Nie wiem, jak to ująć. Po prostu, kiedy mięsak Kaposiego będzie coraz bardziej atakował organizm Dave będzie na tyle osłabiony i … I wychudzony… Że nie będzie się w stanie normalnie poruszać.-Oświadcza, jak gdyby nigdy nic, a potem znów znika w kuchni. Boję się. Podciągam kolana pod brodę, wpatruję się w ścianę. Nie umiem się z tym pogodzić. Właśnie w momencie, kiedy go dziś zobaczyłem poczułem, że wszystko mi się sypie. Do nikogo nie przywiązałem się w tak wielkim stopniu. Nawet śmierć rodziców nie spowodowała tak ogromnej traumy. A co będzie, jak umrze Dave? Rodziców praktycznie nie znałem, a oni nie znali mnie…
-Hej. Przestań się tak zadręczać.-Słyszę głos Clive’a. Podnoszę wzrok. Łatwo mu mówić…
-Mogę wrócić do domu?-Pytam i obejmuję dłońmi wręczony mi kubek.
-Nie wypuszczę cię stąd.
-Więzienie?
-Nie. Chodzi o twoje bezpieczeństwo.-Potrząsa głową. Dlaczego mam wrażenie, że on ciągle bredzi bez sensu i ma mnie za niezrównoważonego? Nienawidzę tego. Ale za bardzo mi zależy,, żeby się przeciw niemu zbuntować. Podskakuję, bo telefon sygnalizuje przyjście sms’a. Ian. Odczytuję: „CO Z DAVIDEM? NIE MOGE SIE DO NIEGO DODZWONIĆ.” Oddycham głęboko. Nie wiem, co napisać. Jest sens pisać cokolwiek? Z drugiej strony wiem, że Ian nie odpuści. Clive wciąż nade mną stoi i gapi się na mnie z troską, jakbym był rozjechanym królikiem, leżącym na środku jezdni. Siada obok mnie i dalej się na mnie gapi. Co to ma być? Mentalizm? Czytanie w myślach?
-Jeżeli teraz się poddasz, to przegrasz. Nie możesz mu pokazać, że się boisz.-Szepcze, jakby ostrzegał mnie przed stanięciem oko w oko z rozwścieczonym bykiem. Zwierzęta podobno wyczuwają strach. Rozdzwania się telefon.
-Tak?-Pytam dziwnie zachrypniętym głosem.
-Chryste, co się dzieje?-Pyta Ian. Milknę, zbieram myśli. Słyszę tylko jego spokojny oddech.
-Dave jest w szpitalu.-Zamyka oczy.
-Dlaczego?
-To nowotwór.-Mówię, starając sie brzmieć spokojnie.
-Dzisiaj tam trafił?
-Tak.
-I oni już wiedzą?
-Tak. To z resztą widać.-Odpowiadam i spoglądam na Clive’a. Przygląda mi się w skupieniu.
-Jezu… Zadzwoń, jak będziesz wiedział coś więcej. Trzymaj się. Śpij dobrze.-Odpowiada Ian i rozłącza się tak szybko, że nawet nie mam szansy się z nim pożegnać. Odkładam telefon. Powiedzenie tego na głos wcale nie sprawiło, że pogodziłem się z faktami. Wsuwam telefon do kieszeni.
-Co się stało?-Pyta Clive.
-Z czym?
-Z komórką. Masz popękany ekran.-Uśmiecha się słabo. Cholera! Myślałem, że zapomni i nie będę musiał do tego wracać, o niczym mu mówić.
-Upadł mi telefon.-Wzruszam ramionami i upijam łyk kawy. Rozbudza, otrzeźwia, chyba trochę pomaga. Clive nadal bacznie mi się przygląda. Wie, że kłamię.
-Powiedz mi. Dlaczego nie chcesz się otworzyć?
-A dlaczego ty musisz o wszystkim wiedzieć? Próbujesz mnie wychować?-Odpowiadam. Nadal jestem roztrzęsiony i nie mam ochoty tego wyjaśniać. Chcę zasnąć i ochłonąć.
-Bo martwię się o ciebie.
-To przestań. Potrafię sam zatroszczyć się o siebie. Nie wracajmy do tego.-Ucinam dyskusję. Clive wzdycha ciężko i ostentacyjnie się ode mnie odsuwa. Jak jakaś niewychowana nastolatka. Ciągle wszystko drąży i wprowadza mnie w podły nastrój. A na dodatek wzbudza wyrzuty sumienia.

****

Budzę się obolały, zmęczony, skulony na brzegu łóżka Clive’a, z ręką zwisającą poza jego krawędź. Odwracam się na wznak. Zaciskam powieki. Boli mnie kręgosłup.
-Hej.-Słyszę głos Clive’a. Odwracam się w jego stronę. Stoi przy łóżku i patrzy na mnie z przerażeniem. Czy ja się na prawdę tak skandalicznie zachowuję?
-Cześć.-Odpowiadam.
-Trzymaj.-Podaje mi kubek z herbatą i ostrożnie siada obok, przyglądając mi się z troską.
-Jak się czujesz?-Pyta.
-W porządku. Zaraz wracam do domu. Pojutrze muszę iść do pracy. Nie mogę tu siedzieć i wegetować.-Wzruszam ramionami. Tak na prawdę chciałbym tu siedzieć i wegetować, ale poczucie obowiązku jest silniejsze. Clive wyciąga rękę, głaszcze mnie po plecach. Dotyk mnie uspokaja. Upijam łyk gorącej herbaty, oddycham ze spokojem. Wiem, że po nieprzespanej nocy i kilku godzinach płaczu wyglądam fatalnie. Nie wiem, czy zdołam się doprowadzić do normalności.
-Możesz zostać, jeśli chcesz.-Szepcze. Potrząsam głową.
-Nie będę ci siedzieć na głowie. Masz własne życie, ja mam własne.
-Ty też jesteś częścią mojego życia.-Odpowiada. Super! Mówiłem, że gada brednie rodem z romantycznych powieści dla rozchwianych emocjonalnie bab, a ja się daję wkręcić. Uśmiecham się tylko słabo i nic nie mówię. Za bardzo jestem tym wszystkim zmęczony. Czuję się jak jakiś sześćdziesięcioletni facet, który przepracował czterdzieści lat, a na dodatek spłodził i wychował pięcioro dzieci. Wypijam jeszcze łyk herbaty, oddaję mu kubek i wygrzebuję się spod kołdry. Ubieram się pośpiesznie, poprawiam ręką włosy i informuję go, że na prawdę muszę już iść. Nie chcę tutaj być. Pragnę pobyć sam. Clive pyta, czy ma mnie odwieźć. Odmawiam.
-Zostań.-Nalega i patrzy na mnie z tym ogromnym smutkiem.
-Zadzwonię do ciebie.-Pochylam się nad nim, całuję go w policzek i znikam mimo tego, że jak zwykle gadał coś o śniadaniu. Do domu docieram po upływie dwudziestu minut. Wpadam do łazienki, pragnąc zamknąć oczy i zanurzyć się w wannie. W przelocie zerkam na swoje lustrzane odbicie. Mam podkrążone oczy i wyglądam fatalnie. Smutno, żałośnie. Przemywam twarz zimną wodą. Nie pomaga. Mrugam kilkukrotnie. Odkręcam gorącą wodę i wchodzę do wanny. Zanurzam się, leżąc na plecach, z zamkniętymi oczami. Plusk wody zdaje się teraz być uderzeniem o brzeg wielkich fal oceanu. Poza tym słyszę tylko pęd własnej krwi. Podnoszę się, otwieram gwałtownie oczy i nabieram powietrza. Ciepło mnie rozluźnia, uspokaja.
 *Postać mięsaka Kaposiego związana z AIDS – bardziej agresywna forma nowotworu. Mięsak wcześnie rozwija się w narządach wewnętrznych (nerki, płuca, błonie śluzowej przewodu pokarmowego), węzłach chłonnych. Choroba może pojawić się u osób na każdym z etapów rozwoju zakażenia HIV, także (w bardzo rzadkich przypadkach) leczonych HAART.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Rozdział dwudziesty – List

Leżę w łóżku Clive’a i wpatruję się w sufit. Z perspektywy czasu rzeczywistość wydaje mi się piękna, a przyszłość jasna i wcale nie napawa mnie lękiem. Clive śpi spokojnie u mojego boku. Jest tak perfekcyjny i uroczy, kiedy milczy i po prostu leży wtulony w poduszkę, z zamkniętymi oczami. Przesuwam dłonią po jego brzuchu, wbijając paznokcie w skórę. Wygina się w łuk, przeciąga i otwiera oczy.
-Cześć.-Uśmiecha się i dotyka mojego policzka.
-Cześć.
-Masz mokre włosy. Brałeś prysznic, a ja się nie obudziłem? Musiałem być niesamowicie zmęczony.-Uśmiecha się figlarnie i przesuwa kciukiem po mojej dolnej wardze.
-Mogę zostać?-Obracam się na wznak.
-Jeśli chcesz.-Wygrzebuje się spod kołdry. Omiatam wzrokiem jego nagie ciało, obserwuję, jak znika w łazience. Kiedy go nie ma znowu zaczynam myśleć… I żałuję. Bo kiedy nie myślę, jestem oderwany od problemów, jest lepiej. Ciepło, jasno, pięknie. Nie chcę tego burzyć. Wstaję, ubieram się i idę do kuchni. Zaglądam niedyskretnie do lodówki, uprzednio przebiegając wzrokiem po zdjęciach na ścianie. Szum wody w łazience ustaje, kiedy w końcu znajduję gdzieś patelnię.
-Hej, co robisz?-Słyszę głos Clive’a i czuję rękę, obejmującą mnie w pasie.
-Śniadanie.-Uśmiecham się, sam do siebie. To wszystko jest takie… Bliskie, intymne, ludzkie. Może nawet rodzinne. Jest ósma rano, a my jesteśmy obaj w jego mieszkaniu. On, w śnieżnobiałym szlafroku. Ja w jeansowych spodniach włożonych na nagie ciało i nie zapiętej koszuli. Siedzimy razem w kuchni i zachowujemy się tak, jakbyśmy mieszkali ze sobą od lat, a nie po prostu próbowali się posilić, po wspólnie spędzonej nocy. Rozlega się pukanie do drzwi.
-Kto to?-Pyta Clive i patrzy na mnie z przerażeniem, ściskając w dłoniach kubek z kawą.
-Ja mam wiedzieć? To twoje mieszkanie.-Wzruszam ramionami. Clive idzie otworzyć drzwi, a chwilę potem słyszę głośne, radosne powitanie w wykonaniu Sandry. Clive chyba coś jej tłumaczy, ale ona go ignoruje. Słyszę stukanie obcasów, a potem jej głowia wyłania się zza framugi i Sandy, z szerokim uśmiechem woła do mnie:
-Cześć.
-Cześć.-Uśmiecham się i wbijam wzrok w kuchenkę.
-Co ty tu robisz?-Pyta Clive, wchodząc do kuchni i siadając obok mnie, na kuchennym blacie.
-Mama mnie oddelegowała.
-Po co?
-To jest dokumentacja tej ich fundacji. Gdzieś tam pisze ile zebrali kasy.-Podaje mu plik dokumentów. Kiwa głową.
-A ty?-Pyta
-Co?
-Jak idzie sprzedaż fotografii?
-Nieźle. Jak nie chcą kupić, to ich biorę na litość i jakoś idzie.
-Napijesz się czegoś?-Pytam.
-Właśnie! Widzisz, Clive? On reprezentuje wyższą kulturę osobistą, niż ty! Chciałeś własną siostrę uśmiercić. Żebym padła z pragnienia.-Unosi wskazujący palec i kiwa zamaszyście głową, aż w uszach pobrzękują jej błękitne kolczyki.
-Co on tu w ogóle robi?-Pyta, mając zapewne na myśli mnie.
-Jest.-Odpowiada Clive i siada naprzeciw niej.
-Wy już razem mieszkacie?
-Nie. Jeszcze nie.-Śmieje się Clive, a ja prawie się potykam i dotykam nadgarstkiem wrzącej patelni. Klnę w duchu i się nie odzywam.

****

Kiedy wchodzę do bloku znajduję w skrzynce na listy kopertę. Zaadresowaną na moje nazwisko, ale bez znaczka. Ktoś musiał ją przynieść osobiście. Spoglądam zaskoczony na wykaligrafowane własne nazwisko. Wbiegam po schodach na górę, wchodzę do mieszkania, rzucam kopertę na stół. Po raz pierwszy wracając do domu nie jestem zmęczony. Myję ręce, nalewam wody do czajnika i siadam przy stole, otwierając kopertę. List. Jest wydrukowany, nie napisany odręcznie. Zerkam na dół kartki. Dave. Dave? Pisze do mnie listy? Nie może zadzwonić, przyjść, powiedzieć zwyczajnie o co chodzi? Zaczynam czytać…
„Jest jakoś dziwnie…
Mam wrażenie, że ludzie mnie osaczają, że rzeczywistość się kurczy, że życie ze mną igra. Czuję, że mogę umrzeć. Teraz, na prawdę. Rozumiem. Życie jest kompletnie przesrane. Nie ma sensu. Nic. Nie wiem, jak żyć. Boję się każdego dnia. Popadam w paranoję, szukam u siebie objawów, boję się dotknąć własnego ciała.
Nie umiem się na niczym skupić.
Strach.
Nie jestem szczery z nikim, nawet ze sobą. To znaczy… Teraz chyba jestem. Chcę zrozumieć samego siebie. Zależy mi chyba. Pierwszy raz zależy mi, żeby mieć jakiś cel.
Jakikolwiek. Nie chcę pomocy, współczucia, zrozumienia. Bo wy nie rozumiecie. Tego się nie da zrozumieć, jeżeli się nie doświadcza.
Trzymaj się.
Dave”
Jeszcze kilkukrotnie przebiegam wzrokiem po tekście. Szukam sensu w słowach, które na pierwszy rzut oka wyglądają, jak bełkot jakiegoś maniaka z depresją. Wczytuję się raz za razem. Cholera! To jest przepełnione jakąś bolesną rozpaczą. A jak on coś sobie zrobił? Zrywam się z miejsca, trzeźwo zakręcam gaz zapalony pod czajnikiem i wypadam z mieszkania

****

Kiedy wpadam do mieszkania Davida siedzi nieruchomo na kanapie, z kolanami podciągniętymi pod brodę i wpatruje się w okno. Żyje…
-Muszę Ci coś pokazać.-Szepcze.
-Tak?-Pytam z troską i odrobiną przerażenia. Boję się zwyczajnie. David opuszcza głowę, oblizuje nerwowo usta i ściąga przez głowę golf.
-Pojawiło się jakieś dwa tygodnie temu. Powiększa się i nie chce zniknąć. – wskazuje na czerwoną plamę na brzuchu, mającą może dwa centymetry średnicy.
-Powinieneś z tym iść do lekarza.-Szepczę i mierzę go wzrokiem. Dopiero teraz dostrzegam, jak bardzo AIDS wyniszczyło jego organizm.
-Nie ma mowy! Po to, żeby mi powiedzieli, że zdycham i umrę za kilka miesięcy?-Drwi. Jest mi go tak cholernie żal. Chciałbym jakoś pomóc. Nienawidzę bezsilności. Kaszle gwałtownie, zginając się wpół i ubiera się z powrotem. Muszę jakoś na niego wpłynąć.
-Bierzesz leki?-Pytam.
-Mówisz o HAART?-Sięga po kubek z herbatą.
-Tak.
-Pewnie, że biorę. Przez ten ostatni miesiąc była znaczna poprawa. W zasadzie nie czułem, że jestem chory, nie licząc spadku wagi. I teraz też jest dobrze, tylko pojawiła się ta cholerna plama.-Potrząsa głową.
-Będzie dobrze. Jak się w ogóle czujesz?-Pytam. Wzrusza ramionami.
-W porządku. Widzimy się w sobotę w klubie?
-Chcesz tam iść w takim stanie?
-W jakim stanie? Nie urwało mi nogi, nie roznoszę zarazy, więc o co chodzi?
-A jak coś ci się stanie?
-Nic się nie stanie! A nawet jeśli, to zadzwonicie po karetkę i po problemie. Nie zamierzam tu siedzieć i usychać.-Wywraca ostentacyjnie oczami.
-Dobra. Pogadam z resztą…-Odpowiadam.
-Litość?-Pyta Dave, unosząc brwi. Potrząsam głową, siląc się, by wyglądało to na szczerość.
-Nie. Po prostu… Zadzwonię.-Uśmiecham się. Miałem traktować go normalnie, a nie jak trędowatego. Staram się.
-I przestańcie mnie pytać, jak się czuję. Zanim zachorowałem, jakoś was to nie interesowało.-Ironizuje i sięga po kubek z herbatą.
-Czytałem list.
-Dzięki.
-O co chodziło?-Pytam, ze smutkiem.
-O nic… Zwyczajnie… Jakoś musiałem to wyrzucić, z kimś się podzielić.-Wzrusza ramionami. Jest jakiś inny, wyobcowany.

****

-Ktoś jeszcze przyjdzie?-Wzdycha Dave i spogląda na zegarek. Siedzimy sami w klubie od ponad dwudziestu minut.
-Tak. Ian i Adrien mieli być. Mark prawdopodobnie też.
-Z tym swoim?
-Nie mam pojęcia.-Kręcę głową.
-Oby nie.-David sięga po szklankę z sokiem i głośno wypuszcza powietrze ustami.
-O, są.-Wbijam mu palec między żebra. Spogląda przez ramię. W naszą stronę zmierzają właśnie Mark i Jason.
-Ja pierdolę. On ma na sobie damskie spodnie?-David niedyskretnie wskazuje palcem Jasona.
-Nie wiem.
-Z której strony ma guzik?-Pochyla się i zatrzymuje wzrok na wysokości jego rozporka.
-Przestań!-Uderzam go żartobliwie w ramię, a on z powrotem odwraca się przodem do barowej lady. Zerka jeszcze na mnie i wywraca oczami, kiedy Jason siada obok niego. Mark wita się z nami i z uśmiechem pyta Dave’a, jak się czuje, a w tego wstępuje demon.
-O co wam, kurwa, chodzi? Zanim zdiagnozowali u mnie AIDS, jakoś mieliście w dupie stan mojego zdrowia, więc wolałbym, żeby nadal tak było!-Oświadcza. Mark jest przerażony. Od dłuższego czasu nie widział się z nami, nie wiedział więc, jakie zmiany zaszły w psychice Dave’a. Mark informuje, że zaraz wrócą i znika w tłumie, razem z Jasonem.
-Mógłbyś nie przesadzać.-Oświadczam, a David morduje mnie wzrokiem.
-Nie przesadzam. Jason mnie wkurwia i…-Milknie, bo staje nad nami jakiś facet i na dodatek się na nas gapi. Nie wygląda groźnie, raczej całkiem sympatycznie. Ma trochę zbyt długie włosy, ubrany jest w niebieską koszulę w kratę i jakieś podziurawione spodnie i uśmiecha się ciepło.
-Wolne?-Wskazuje ruchem głowy stołek.
-Tak.-Potwierdza automatycznie David i pozbawia tym samym biednego Jasona, siedzącego miejsca. Facet uśmiecha się i wyciąga rękę w stronę Davida.
-Jestem Dominic.
-Jesteś tu sam, czy…-Zaczyna bezpośrednio Dave.
-Sam. A wy jesteście parą?-Pyta, omiatając mnie wzrokiem. Prawie spadam ze stołka i patrzę na niego z przerażeniem. Nie wyobrażam sobie tego. Nie wyobrażam sobie, żeby ktoś tak psychicznie niezrównoważony, jak Dave mógł pełnić w moim życiu tak istotną rolę. Zdążył już chyba odpowiedzieć, ale w szoku nie słuchałem.
-Czym się zajmujesz?-David nawiązuje z nowo poznanym głębszy dialog, a mnie kompletnie olewa. Mogłem się tego po nim spodziewać.
-Jestem aktywistą. Pracuję gdzie się da… Ostatnio rozdawałem ulotki. Jakoś nie przywiązuję zbytniej uwagi do rzeczy materialnych… Niedawno byłem też wolontatiuszem w hospicjum. Poza tym jestem aktywistą, pacyfistą, działam na rzecz równouprawnienia i szerzenia pokoju na świecie. Neguję agresję…
-Jesteś hipisem?-Dave wchodzi mu w słowo.
-Nie. Jestem… Przeciwnikiem wojen, przemocy. Zwolennikiem Nonkilling. *-Uśmiecha się, podwija mankiet koszuli, pokazuje wytatuowaną na nadgarstku pacyfkę. Wylezie niewiadomo skąd, wprosi się do towarzystwa i pieprzy o sobie, a ja tutaj umieram z nudów. O! Wracają Mark i Jason. Wstaję, ustępując miejsca Jasonowi i kieruję się do łazienki. Planuję zadzwonić do Clive’a. Zaskoczony brakiem kolejki przestępuję przez próg. Staję nad zlewem, spoglądam na swoje lustrzane odbicie. Nie jest tak źle. Obmywam twarz zimną wodą, wyciągam z kieszeni telefon i wtedy ktoś gwałtownie chwyta mnie za ramiona i przyciąga w swoją stronę. Jestem przerażony. Rozglądam się za kimś, kto mógłby mi pomóc, szukam kamer, albo potencjalnej drogi ucieczki. Postać szarpie mnie za ramiona, odwraca przodem do siebie i popycha na ścianę, unieruchamiając mi ręcę nad głową. Telefon wypada mi z dłoni i uderza z łoskotem o podłogowe płytki. Spanikowany podnoszę wzrok. Jasper? Czego on u licha ode mnie chce? I co tutaj robi? I skąd wie, że ja tu jestem? Nie mogę wydobyć z siebie słowa. Patrzę tylko na niego z przerażeniem.
-Nie uda ci się mnie spławić.-Szepcze i patrzy na mnie opętańczym wzrokiem. Nie brałem go za oszołoma! A jednak… Cholera. Co on mi może zrobić?
-Puść mnie.-Mówię. Staram się brzmieć spokojnie i nie wykazywać agresji, ani lęku. Kto wie, jak zareaguje na moje emocje. O dziwo spełnia moją prośbę. Puszcza moje dłonie i nadal się na mnie gapi. Próbuję uciec, ale kiedy tylko wykonuję pierwszy ruch popycha mnie z powrotem tak, że uderzam plecami o zimną ścianę i opiera o nią dłonie, na wysokości moich ramion. Ktoś wchodzi do łazienki i odwraca na moment jego uwagę. Uderzam go w twarz. Zatacza się, cofa o dwa kroki i patrzy na mnie wściekły. Ja sięgam po zniszczony telefon i wypadam z pomieszczenia, kierując się w stronę baru. Nie mam pojęcia czy idzie za mną, czy jeszcze się pojawi. W końcu wie, gdzie mieszkam. To jakaś obsesja? Spotkaliśmy się raptem dwa razy, a on… Zachowuje się jak kompletny szaleniec. Sięgam ponad ramieniem Davida i wyjmuję mu z dłoni szklankę.
-Co jest? Wyglądasz, jakby goniła cię mafia.-Patrzy na mnie, a ja próbując uspokoić oddech wypijam zawartość jego szklanki. Wiem, że to w gruncie rzeczy niehigieniczne, ale w innym wypadku, chyba bym zemdlał.
-Jasper… On…
-Czekaj. To był ten pierwszy?-David unosi rękę i pstryka palcami na barmana.
-Tak. On tam jest.
-Gdzie?-Pyta Mark, mimo tego, że nie jest w temacie.
-W klubowej łazience i… Tak jakby na mnie napadł. Nie wiem, czy chciał mnie pobić, czy cokolwiek innego, ale zniszczył mi telefon i…-Mówię nerowo, szybko, nieskładnie. Słyszę pęd własnej krwi w skroniach. Dave wyciąga rękę po komórkę, próbuje ją uruchomić. Dominic przez cały czas siedzi obok niego.
-Może lepiej wracaj do domu?-Proponuje Mark. Chciałbym, ale boję się o Davida. Oddaje mi komórkę.
-Jedź.-Nakazuje.

****

Dopiero kiedy wracam do domu czuję się całkiem bezpieczny. Dopóki nie uświadamiam sobie, że on wie, gdzie mieszkam. Nie chodzi nawet o to, że bałem się fizycznej przemocy. Po prostu nie widzę przyczyny. Udaje mi się poskładać telefon fo kupy. Poza pękniętym ekranem nic nie jest uszkodzone. Dzwonię do Davida.-Tak?
-Co tam u ciebie tak cicho?-Pytam podejrzliwie i podchodzę do okna. Niedługo dojdzie do tego, że zbuduję jakiś bunkier, albo schron.
-Jestem w domu.
-Nie siedzisz w klubie?
-Z kim? Z Markiem i tym jego nieogarniętym patałachem? Adrien i Ian nie przyszli.-Informuje.
-A co z tym facetem… Dominic?
-Tak. Dominic. Nie wiem. Mam jego numer, ale odnoszę wrażenie, że to kompletny szaleniec. Jednak wydaje mi się być hipisem, jakby tego nie ukrywał. Dziwak.
-Wydawał się być sympatyczny.-Odsuwam się od okna, bo czuję, że popadam w psychozę.
-Dzwoniłeś na policję?
-Po co?
-Ten człowiek cię prześladuje!-Dave podnosi głos. Odsuwam telefon od ucha. Chyba ogłuchłem.
-Nie. Jeżeli to się powtórzy, to zgłoszę sprawę na policję.-Uspokajam go.
-Tak. Jak już cię zgwałci, zabije, poćwiartuje i zamrozi. Wtedy możesz sobie dzwonić do woli. Przecież to jakiś psychol.-Dave mówi głośno, powoli i wyraźnie, jakby miał mnie za opóźnionego. Niby o tym wiem, ale nie mam w zwyczaju na nikogo donosić.
-Dobra. Daj spokój. W czym przeszkadza ci Dominic?-Szybko wracam do poprzedniego tematu. Nie chcę o tym gadać. Wystarczy, że o tym myślę. Zastanawiam się gorączkowo co by było, gdyby nikt nie wszedł do tej łazienki. Dave oddycha głęboko i zaczyna mówić o poznanym przez nas aktywiście.
-Wydaje mi się, że mieszka w altanie, albo co gorsza w kartonie i żywi się muchą złapaną w locie. Może nie jest niehigieniczny, ale dziwaczny. I to mnie odpycha.-Informuje mnie ze spokojem.
-Ale jest pokojowo nastawiony do świata. Masz pewność, że by cię nie zabił.-Odpowiadam, a David wybucha śmiechem. Żegnam się z nim, bo mam pewność, że nie zaciągnął biednego hipisa do łóżka… Dlaczego ja go nazywam hipisem?! Opadam na kanapę, rzucam telefon na stół. Ktoś puka do drzwi. Zamieram. Teraz będę żył przez niego w ciągłym strachu. Są trzy opcje! Muszę go zabić. Muszę zmienić tożsamość. Muszę wyjechać na drugi koniec świata. Pukanie milknie, a po chwili przychodzi sms. Rany! Jeszcze mnie będzie wiadomościami terroryzować. Odczytuję. Nie. To Clive. Pyta, czy jestem w domu. Wstaję i otwieram.
-Co ty tu robisz w środku nocy?-Atakuję go. W sumie nie ma jeszcze dwudziestej drugiej.
-Co się stało? Ktoś próbuje cię zabić? Czy straszą cię jakieś duchy? Jeśli to drugie, to uspokoję cię, że istoty nadprzyrodzone nie istnieją.-Pochyla się i patrzy mi z bliska w oczy, jakby sprawdzał czy czegoś nie brałem.
-Daj mi spokój. Mam gorszy dzień. Wchodzisz, wychodzisz, czy wchodzisz i zostajesz?-Rozkładam bezradnie ramiona.
-Wchodzę. A czy zostanę to jeszcze nie wiem.-Odpowiada, odsuwa mnie jedną ręką od drzwi i przestępuje próg.
-Powiesz mi co się stało?-Pyta, odwieszając kurtkę. Wzruszam ramionami. Sam nie wiem czy powinienem i czy chcę mu wyjawić prawdę.

*Nonkilling – obejmuje koncepty: pokoju (nieobecności wojny i warunków sprzyjających wojnie), nieagresywności (psychologicznej, fizycznej i strukturalnej) i ahinsy (niekrzywdzenia myślą, słowem i uczynkiem). W szerokim rozumieniu, nonkilling przeciwstawia się agresji, zabójstwom, karze śmierci, czystkom etnicznym, wojnom domowym, zabijaniu rytualnemu, masowym mordom, wojnie, przemocy, terroryzmowi, zamachom, strukturalnej przemocy, strzelaninom w szkołach, sztucznym poronieniom, tyranii, królobójstwu, zabójstwom na tle politycznym, honorowemu zabijaniu, holocaustowi, dzieciobójstwu i innym, bezpośrednim, pośrednim lub strukturalnym, formom zabijania.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Rozdział dziewiętnasty – Zgoda

-Cześć. Mogę wejść?-Jasper świdruje mnie swoimi zielonymi oczami. Wygląda o wiele lepiej niż wtedy, gdy widziałem go ostatni raz, ale zostało kilka śladów pobicia. Szwy na łuku brwiowym, szrama na policzku, blady siniak na szyi i dwa palce w gipsie. Przynajmniej tyle widzę. Nie wiem, co jeszcze ukrywa pod ubraniem.
-Skąd wiesz, gdzie mieszkam?-Pytam. Nienawidzę go. I tyle.
-Wystarczyło się rozejrzeć.-Wzrusza ramionami.
-Śledzisz mnie?
-Mogę wejść? Chciałem podziękować…
-Nie ma za co.-Rzucam.
-Ja na prawdę…
-W porządku. Pa.-Odpowiadam i zamykam drzwi. Mam gdzieś to, czy będzie pukać i co jeszcze chciał powiedzieć. Nie chcę mieć nic do czynienia z oszustami. Jednak milczy, nic nie słychać. Pewnie postanowił jednak sobie pójść. Oddycham z ulgą, siadam na kanapie. Przychodzi sms. Podskakuję. Odczytuję wiadomość, od Dave’a. Pyta, czy może wpaść. Zgadzam się. I tak nie mam nic lepszego do roboty, a teraz staram się łapać każdą okazję na spotkanie z nim. Zwłaszcza, gdy sam je proponuje… Pojawia się po dwudziestu minutach.
-Cześć.-Uśmiecham się, kiedy rzuca płaszcz na oparcie kanapy i siada obok mnie. Nie odpowiada.
-Jak się czujesz?-Pytam, starając się nadać temu zwyczajny ton.
-Niby wszystko miało być w porządku, po przyjmowaniu leków miał nastąpić etap recesji, miałem dożyć starości, ale jakoś w to nie wierzę. Wszystko boli mnie jak cholera. Raz jest w porządku, a za chwilę czuję, jakby ktoś mnie próbował zadźgać tępym nożem. Ja pożeram od środka samego siebie. Zdycham, kurwa.
-Nie mów tak.
-AIDS to końcowe stadium zakażenia HIV. Nie ma innej opcji. Umrę i już. Czy będę brać te leki czy nie i tak pojawią się choroby wskaźnikowe*. Nie ma szans.-Wzrusza ramionami. Męczy mnie jego zniechęcenie. Nie wiem, co mam zrobić, powiedzieć. Z niczym sobie nie radzę, tylko stale się pogrążam.
-Na pewno będzie dobrze.-Próbuję pocieszyć i jego, i siebie.
-Skończ pierdolić.Wywraca oczami. Milknę. Brakuje mi argumentów.

****

-Jak długo on będzie żył?-Wpadam do mieszkania Clive’a z prędkością światła. Siedzi przy kuchennym stole z jakąś książką w ręku i patrzy na mnie zdezorientowany.
-Witaj. Również miło mi, że cię widzę. O co chodzi?
-Cześć. Jak długo David może z tym żyć?
-Leczymy go dopiero od miesiąca. Niedługo leki zaczną atakować wirusa i nastąpi etap recesji. Wtedy będzie wszystko dobrze. Po kilku miesiącach albo latach pojawią się objawy właściwe*. Wtedy będzie gorzej, ale prawie wszystkie choroby wskaźnikowe** da się wyleczyć. Nie martw się, Vincent.
-Co to znaczy „właściwe”? Co to za okrutne, medyczne słownictwo?-Patrzę mu w oczy.
-Będzie dobrze. Nie przejmuj się, Vincent.-Wzdycha ostentacyjnie i zamyka książkę.
-”Nie martw się, Vincent”! „Nie przejmuj się, Vincent”! Co to ma w ogóle znaczyć? Jak mam się nie przejmować, u licha?!-Rozkładam bezradnie ramiona. Jestem kompletnie rozbity. Rozdzwania się mój telefon. Clive patrzy na mnie ze smutkiem, kiedy wychodzę z kuchni i spoglądam na wyświetlacz. Ian.
-Tak?
-Możesz wpaść na godzinkę i posiedzieć z Amy?-Jęczy błagalnym tonem. No tak. Normalnie o tej porze zajmowałby się nią Adrien…
-Jasne.-Rzucam tylko.
-Świetnie, kiedy będziesz?
-Zaraz … Postaram się.-Wzdycham. Nigdy się nie nauczę odmawiać.
-Dzięki. Czekam. Kocham cię!-Ian się rozłącza, a ja wsuwam telefon do kieszeni. Uchylam kuchenne drzwi.
-Muszę już lecieć. I tak wpadłem bez zapowiedzi i chyba cię zaatakowałem.-Mamroczę.
-Nic się nie stało. Nie zostaniesz?
-Nie. Muszę coś załatwić.-Odwracam się.
-Zaczekaj! Chodź do mnie.-Wyciąga rękę i uśmiecha się tak pięknie, jak potrafi się uśmiechać tylko Clive White. Nie umiem mu się przeciwstawić, więc otwieram drzwi i podchodzę. Przyciąga mnie do siebie i gwałtownie mnie całuje, wciąż ściskając moją rękę. Odsuwam się, patrzę mu w oczy.
-Naprawdę muszę iść. Trzymaj się.-Uśmiecham się, wyrywam dłoń i opuszczam jego mieszkanie. Pieszo, prawie zabijając się na topniejącym śniegu docieram do mieszkania Adriena i Iana. Albo już tylko Iana… Sam nie wiem, jak to traktować. Wchodzę po schodach, pukam.
-Cześć, wchodź. Właśnie miałem znów do ciebie dzwonić. Wybacz, że tak nagle i znowu cię angażuję, ale nie miałem wyjścia… Mam nadzieję, że to nie kłopot?-Pyta Ian, krążąc równocześnie po mieszkaniu.
-Nie. W porządku.-Kucam obok Amy, która siedzi przy stole i coś rysuje. Ian dalej biega w kółko, wykonując dziwne, nieskoordynowane ruchy.
-Szukasz czegoś?-Pytam. Ian już ma odpowiedzieć, ale nie odzywa się i zamiera w bezruchu, bo niespodziewanie słychać jakiś chrobot. Jakby klucza w zamku… A potem drzwi po prostu się otwierają, a do mieszkania wchodzi Adrien. Omiata nas wzrokiem i nie odzywa się ani słowem.
-Co ty tu robisz?-Ian spogląda na niego z otwartymi ustami. Adrien nie odpowiada, tylko z prędkością huraganu wymija go zwinnie i znika w sąsiednim pomieszczeniu, z którego wypada z walizką.
-Co ty wyprawiasz?-Ian podnosi głos.
-Wyprowadzam się.
-Jak to? Dokąd?-Ian jest coraz bardziej przerażony. Amy jak nic przez nich odbije.
-Mam dość ! Mam dość tego życia ! Mam dość ciebie ! Mam dość twojej pracy i tego, że nie ma cię w domu ! Mam dość tego, że ze mną nie rozmawiasz ! Denerwuje mnie ta pieprzona monotonia. Przez ciebie bez przerwy się czegoś boję.-Adrien znów przechodzi obok niego i celowo potrąca go ramieniem. Ian udaje, że nie zauważa.
-Przeze mnie?
-Tak! Przez ciebie, przez Amy. Tworzymy jakąś dziwaczną instytucję. Żyjemy bo żyjemy. Każdy dzień jest taki sam, a ja praktycznie przestaję się zatrzymywać. Ciągle coś trzeba robić, bo kiedy tylko nie zajmuję się pracą, ten dzieciak siedzi mi na głowie. Ty też okropnie się wycofujesz, w ogóle się do mnie nie odzywasz. Nie możemy nigdzie wychodzić, bo nie ma kto zostać z Amy. Nie całujemy się, bo obok jest Amy. Nawet ze sobą nie rozmawiamy, bo ktoś ciągle musi siedzieć z Amy!-Kopniakiem zatrzaskuje drzwi szafki, z której przed chwilą z obłędem w oczach wywlekał ubrania.
-Więc to ona jest wszystkiemu winna?-Ian krzyżuje ramiona. Chyba szykuje bunt.

****

Amy na szczęście jest we własnym świecie i wcale ich nie słucha. Rysuje w skupieniu domek na jakimś niesymetrycznym i dziwnie sterczącym wzgórzu. Oni chyba zachowują się teraz niezbyt logicznie… Żaden normalny rodzic tak nie robi. Nie powinien.
-Dlaczego chcesz nas zostawić?-Ian zmienia taktykę, próbuje wzbudzić w nim litość. Adrien wciąż miota się po mieszkaniu i upycha swoje rzeczy w walizce.
-Już ci mówiłem.
-Przecież się kochamy, a ten ślub… To wszystko? Wszystko nic dla ciebie nie znaczy?-Ian zaczyna powtarzać to, co ja powiedziałem mu wtedy przez telefon. Chyba nie najgorszy ze mnie doradca.
-Daj spokój. Kto tu kogo kocha? Próbowałem… Zależało mi. Starałem się jakoś wzbudzić zainteresowanie, znaleźć wolną chwilę, ale nie – Amy zawsze była na pierwszym miejscu. Odkąd się pojawiła oddaliliśmy się od siebie. Stanęła między nami. Nie ma już w zasadzie „nas”. Funkcjonujemy osobno. Nie ze sobą, tylko obok siebie. Na ślub się zgodziłem, bo było mi ciebie żal. Nie chciałem wzbudzać w tobie przykrości, ale wiedziałem, że to i tak nic nie zmieni. Przez tak długi czas milczałem, pozwalałem ci się tłamsić i podporządkowałem się kompletnie, ale mam dość! Nie będę z tobą mieszkać, bo ty tego po prostu chcesz. I jeżeli ktokolwiek kogokolwiek tu kocha, to ja ciebie, a ty tego dzieciaka. Chociaż, wiesz co? Z każdym mijającym dniem, żywię do ciebie coraz mniej uczuć. Wciąż mi na tobie zależy, wciąż mam nadzieję, ale… Wiem, że się nie zmienisz. Dopóki ona tu jest nic się nie zmieni.
-Próbujesz mnie szantażować? Każesz mi wybierać pomiędzy sobą, a Amy?-Ian ma w oczach łzy.
-Ty po prostu masz mnie gdzieś.-Adrien potrząsa głową, a pasmo ciemnych, za długich włosów, opada mu na czoło.
-Ja ciebie?
-Tak! Ty mnie!
-Kompletnie ci odbiło. Wyprali ci mózg?
-Podobno mieliśmy na siebie nie wrzeszczeć w jej obecności.-Mówi Adrien teatralnym szeptem i zapina zamek w walizce. Obaj są zbyt dumni, żeby przyznać się do błędów i zwyczajnie, po ludzku pogodzić.
-Możecie przestać, do cholery?-Pytam. Nieruchomieją i spoglądają w moją stronę. Adrien unosi dłonie w obronnym geście.
-Ja się nie odzywałem. Chciałem tylko zabrać swoje rzeczy.-Sięga ponownie po walizkę i przechodzi do sypialni. Spoglądam groźnie na Iana. Amy nadal układa wieżę z klocków. Wstaję i szepczę do ucha Iana:
-Co wy wyprawiacie?
-Przecież widzisz, że mu kompletnie nie zależy.-Ian wzrusza zrezygnowany ramionami.
-Jak to mu nie zależy?! Moglibyście w ogóle przestać wrzeszczeć na siebie przy Amy, bo osobiście zgłoszę ten fakt odpowiednim służbom.
-Tobie też odbija?
-To was zupełnie porąbało. Adrien na pewno tak nie myśli…
-Skąd wiesz, co myśli? Mieszkasz w jego głowie?-Ian wymownie stuka się palcem w czoło i z głośnym westchnieniem opada na fotel. Adrien wypada z pokoju z walizką.
-Stój!-Unoszę rękę. Patrzy na mnie z przerażeniem.
-Gdzie mieszka ta wasza sąsiadka?-Zwracam się do Iana.
-Która?
-Ta, do której podrzucacie Amy.-Gestykuluję nerwowo.
-Nie pod…
-Gdzie?
-Piętro niżej, szóste mieszkanie.
-Dobrze. Zaraz wracam. A wy macie tu na mnie czekać. Ja wam to wszystko za chwilę uświadomię.-Oświadczam i kucając przed Amy informuję ją, że pójdzie pobawić się z ciocią. O dziwo zgadza się ochoczo i nie jest ani trochę zaskoczona. Szybko zbiegam po schodach, wciskam zaskoczonej kobiecie dziecko, tłumacząc jej kim jestem i jak szybko wrócę, a potem wracam na górę. Adrien stoi w tym samym miejscu, dzierżąc w ręku walizkę, a Ian siedzi w fotelu, trzymając nogę na nogę, wpatrując się w ścianę i stukając palcem w blat stolika.
-Hej!-Wołam, zamykając za sobą drzwi. Chyba jeszcze nikt nigdy tak mnie nie zdenerwował. Poruszę niebo i ziemię, a oni się pogodzą. Znam ich zbyt długo, żeby uwierzyć, że nagle nie chcą być razem. To tak nie działa.
-Siadajcie.-Wskazuję ręką kanapę.
-Co to ma być? Terapia?-Adrien unosi brew.
-Chcę z wami pogadać.-Uspokajam go. Siadają niechętnie na przeciwległych brzegach kanapy.
-W porządku. Możecie mi powiedzieć, o co tak właściwie wam chodzi? O co ta cała afera? Nie zachowujmy się jak dzieci, które uciekają z domu, bo rodzice skonfiskowali im laptopa! Nie możecie normalnie pogadać i porozumieć się wzajemnie?
-Jemu kompletnie nie zależy na Amy. Przynajmniej to dał mi do zrozumienia.-Mówi Ian, nawet nie patrząc w stronę partnera.
-A tobie nie zależy na mnie. Wybacz, ale ze mną łączy cię dłuższa relacja.
-Możecie przestać sobie dogryzać?-Pytam ze spokojem. Naprawdę zaczynam się czuć jak Freud, albo jakiś inny psychoterapeuta.
-Kochasz mnie?-Pyta Ian i po raz pierwszy od mojego powrotu spogląda w stronę Adriena.
-Już ci mówiłem. Każdy dzień rozłąki sprawia, że… Coraz bardziej czuję, że to nie ma sensu, ale…-Wzrusza ramionami.
-Może powinniście gdzieś razem wyjechać? Bez Amy. Oderwać się.-Proponuję.
-To nie jest taki głupi pomysł, ale… Potem wrócimy, wróci Amy, on wróci do pracy i… Wszystko wróci do normy.-Adrien parska ironicznym śmiechem.
-A jak ty to sobie wyobrażasz? Mam rzucić pracę, czy o co ci chodzi?-Ian wybucha. Zaraz się pomordują, a na końcu i mnie się sięgnie.
-Chcę, żebyś znalazł dla mnie czas i żeby wszystko nie kręciło się wokół Amy. Dlatego, że mam trzydzieści lat, a nie cztery, poszedłem w odstawkę?
-Ona jest dzieckiem. Potrzebuje więcej uwagi…
-Przez całą dobę? Stale tylko ona. Jakby nie było innych tematów, nic innego do roboty… Tylko Amy, Amy i Amy!
-Czujesz się odtrącony?
-W pewnym sensie tak. Żyjemy obok siebie. Tak jak mówiłem. Nie razem. W sumie nie musimy być razem.
-To prawda, że nie musimy być razem… Ale chcę, żebyśmy byli.-Szepcze Ian.
-Nie wydaje mi się.
-Wiesz co? Zróbmy tak, jak mówił Vincent. Wyjedźmy gdzieś razem, oddajmy Amy moim rodzicom na ten czas. Myślisz, że dostaniesz teraz tydzień urlopu?-Ian się ożywia. Walczy o ten związek wszelkimi metodami i w sumie to podziwiam.
-Dobra…
-Próbujemy?-Ian się uśmiecha.
-Możemy, ale…
-Powiedz szczerze, kochasz Amy?-Ian przechyla głowę, a jasne włosy opadają mu na oczy.
-Tak. Wydaje mi się, że tak.
-Wydaje Ci się?
-Tak, kocham ją. W końcu mieszkam z nią od tak długiego czasu i ona chyba też mnie kocha. No i… No i kocham ciebie. Nie mógłbym kochać ciebie, a równocześnie odtrącać najdroższej ci istoty.-Adrien dopiero teraz spogląda w jego oczy.
-Widzicie? Znaleźliście wspólny język. Wystarczyło usiąść, pogadać. A nie pędzić i oskarżać się wzajemnie.-Znów się wtrącam.
-Gdzie byłeś?-Pyta Ian.
-U znajomego.-Adrien wstaje i zaczyna wyciągać rzeczy z walizki.
-Zostajesz?
-Tak. Jeśli ty tego chcesz.
-U jakiego znajomego?
-Dawnego… Nie martw się. Ma żonę.-Śmieje się i rzuca w Iana klockiem podniesionym z podłogi.
-To ja już lepiej pójdę. Niech któryś z was skoczy do tej babki z dołu i poinformuje ją, jak długo Amy tak będzie siedzieć.-Rzucam tylko i ulatniam się mimochodem. W sumie łatwo poszło.

****

-Dzień dobry!-Wołają chóralnie dzieci, kiedy znowu wchodzę do tej przyjaznej salki. Nadal jestem przerażony. To dopiero drugi raz, dawno mnie tu nie było i dzieci pewnie stwierdziły, że jestem świnią, która ich olała. Ale nie… Skoro mnie tak sympatycznie przywitały, to chyba nie będzie źle. Siadam na małym, drewnianym, zielonym krzesełku i uśmiecham się, jak pani z reklamy pasty do zębów. Wbijam wzrok w druk i czytam przez jakieś czterdzieści minut, sięgając jedynie do aktówki, by wyciągnąć książki z kolejnymi baśniami i nie spoglądając w stronę dzieci. Boję się, że jak spojrzę, to się rozkleję. Nie umiem. Nie powinno mnie tu być. Z ulgą żegnam się z dziećmi i wychodzę, zamykając za sobą szczelnie drzwi i uwalniając się od dzieciaków, z ożywieniem komentujących treść lektury. Kurczę, ja tak nie potrafię. Za dużo się ode mnie wymaga. Nie mogę się troszczyć o wszystko! Oddycham głęboko, zamykam oczy, opieram się o chłodną ścianę, a potem, nawet nie kontaktując się z lekarzem, wypadam na świeże powietrze. Tutaj czuję się lepiej. Odcięty od problemów. Wszystko jest dobre. Czas pędzi niemiłosiernie i mamy już początek kwietnia. Po śniegu dawno nie ma ani śladu, a słońce wygląda zza chmur coraz śmielej, co skutkuje automatycznie poprawą mojego nastroju. Podsumowuję wszystkie rocznice. Minęły prawie dwa miesiące, odkąd zaczęto leczyć Dave’a metodą HAART, minęło niemal pięć miesięcy, odkąd poznałem Clive’a, minęły dwa tygodnie, odkąd Adrien i Ian się pogodzili, a Prior urodzi za pięć miesięcy. Wszystko, jak na razie jest stosunkowo dobre. David nie skarży się na żadne szczególne dolegliwości, Clive nie wydziwia i nie odcina się ode mnie na tygodnie, zakopując się pod ziemią, a Amy chyba nie zalała żadnego nowego projektu Adriena… Więc w sumie nie jest tak źle. Tylko nie mam na nic czasu. Powoli zapominam kim jestem i nie odróżniam dnia, od nocy. A to mnie przeraża. Ale mimo to wierzę, że będzie dobrze. Chcę. Muszę…

* Objawy właściwe AIDS – mi.in. : duszność, suchy kaszel i gorączka jako wyraz zapalenia płuc, dolegliwości przy połykaniu, opryszczka, nowotwór skóry, gruźlica, wysypki skórne, zmiany osobowości, upośledzenie pamięci, spadek aktywności, ataki drgawek itp. – jako wyraz postępującego uszkodzenia mózgu.

**AIDS charakteryzuje się wyniszczeniem układu odpornościowego, co skutkuje zapadalnością na tzw. choroby wskaźnikowe/towarzyszące (niektóre formy nowotworów, grzybic, nietypowe zapalenia płuc, zapalenie opon mózgowych) mogące skończyć się śmiercią pacjenta.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Rozdział osiemnasty – Ucieczka

Clive zjawia się przed drzwiami mojego mieszkania dwa dni od momentu, w którym na niego nawrzeszczałem. Niespodziewanie, bez zaproszenia, ani bez zapowiedzi. Otwieram. Uśmiecha się do mnie promiennie.
-Cześć.-Rzucam i mierzę go wzrokiem.
-Cześć. Sandy pytała, czy chcielibyśmy jej pomóc w akcji sprzedaży zdjęć.-Oświadcza, a jego uśmiech niemal mnie oślepia.
-Gdzie ona je sprzedaje?-Krzyżuję ręce na piersi.
-W zasadzie gdzie się da. W internecie głównie, ale wszędzie rozwiesza plakaty zachwalające jej talent fotograficzny. I sprzedaje je też osobiście. Zbudowała sobie takie jakby stoisko i stoi z nim, dzień w dzień pod muzeum, w którym tydzień temu wyżebrała wystawę. Mogę wejść?
-Kupuje ktoś te zdjęcia?-Nie odpowiadam na jego pytanie, tylko przepuszczam go w drzwiach. Obserwuję, jak odwiesza płaszcz i czekam na odpowiedź.
-Ludzie wszystko kupują. Kupią nawet największe badziewie, jeśli im wmówisz, że jest modne, piękne, albo niezwykle przydatne.-Wzrusza ramionami.
-Już nie masz do mnie żalu?
-Nie. Przywykłem. Po prostu jesteś nadgorliwy.-Uśmiecha się. Początkowo mam ochotę wybuchnąć, ale rezygnuję. My się chyba nigdy nie dogadamy. Za bardzo się ze sobą ścieramy…
-Hej. Uspokój się.-Chwyta mnie za nadgarstek i odwraca przodem do siebie. Ma w sobie coś obezwładniającego, co nie pozwala mi odmówić, uciec. Przesuwa palcem po mojej dolnej wardze, patrzy mi w oczy. Delektuję się tą chwilą. Uwielbiam kiedy jest taki. Nawet, jeśli tylko udaje. Uwielbiam, gdy jest bliski, czuły… Wydaje mi się wtedy, że jest szczery. Przesuwa dłoń, dotyka mojego policzka.
-Już dobrze?-Pyta, przysuwa się tak blisko, że niemal stykamy się nosami.
-Potrzebuję Cię.-Szepczę. Czuję, że zaraz się rozpłaczę, a on odegra rolę wielkiego wybawcy, po czym zniknie na następne kilkanaście dni, udając, że nie wie o moim istnieniu. Znów mnie rozczula.
-Dlaczego dygoczesz? Jestem przy tobie.-Całuje mnie w czoło. To takie irracjonalne. Wpada tu niespodziewanie, przerywa moje codzienne zajęcia i jak zwykle miesza mi w głowie. Muszę go rozgryźć, tylko nie wiem jak.
-Przestań.-Głaszcze mnie po włosach. Odsuwam go od siebie. Ile razy obiecywałem sobie, że będę niedostępny?
-Musisz mi powiedzieć prawdę. Mam dość tego, że mnie oszukujesz!
-Nie oszukuję cię.-Kręci głową.
-To dlaczego nie chcesz mi powiedzieć prawdy? Dorosły facet, po dwóch miesiącach znajomości, powinien wiedzieć, co czuje!-Wybucham. Patrzy na mnie z lękiem i ujmuje moją twarz w dłonie.
-Kocham Cię. Kocham, rozumiesz?-Pyta. Nie wierzę. Mówi to pod presją, ale z drugiej strony kiedyś powinienem mu zaufać…
-Mogę Ci zaufać?-Szukam odpowiedzi w jego oczach.
-Nie drwię z uczuć.-Powoli kręci głową.
-Parę dni temu jedynie ci zależało.-Rozkładam bezradnie ramiona. Gubię się.
-Musisz wszystko analizować?-Odgarnia mi włosy z czoła.
-Bo to bez sensu.
-Nie mów tak. Ufasz mi?
-Próbuję.-Odpowiadam szczerze. Otwiera ramiona i przytula mnie, głaszcząc po włosach. Chłonę jego zapach, próbuję się uspokoić.
-Damy sobie razem radę. Na pewno.-Szepcze i muska ustami mój policzek. Wplata palce w moje włosy, odsuwa głowę.
-Chodźmy gdzieś. – Proponuje.
-Jestem zajęty.
-Czym?
-Nie pamiętam.-Rumienię się i spuszczam wzrok. Nienawidzę jego upierdliwości!
-Idziemy.-Ciągnie mnie za rękę.
-Dokąd?
-Nie wiem. Błagam, przestań w końcu analizować.-Mówi śmiertelnie poważnie i rzuca w moją stronę moim płaszczem. Nie mam ochoty nigdzie wychodzić. Jest środek tygodnia i miałem coś do zrobienia. Może to nie było nic pilnego, ale za to było zaplanowane! A on znowu otumania mnie pięknymi słowami i chcę mu wierzyć. Ta pieprzona naiwność!
-Chodź.-Wyciąga mnie z mieszkania, a potem na ulicę. Jest zimno, a ja pewnie jutro muszę iść do pracy. Nie jestem pewien… Nie. Jutro nie muszę, bo byłem dziś… Ale i tak miałem coś zrobić!
-Dokąd idziemy?-Pytam.
-Do mnie.
-Kreatywnie.-Kiwam głową, a Clive wybucha śmiechem i poprawia pasek torby. Z każdym dniem wydaje mi się to być coraz bardziej dziwne. Może dlatego, że normalni ludzie tak nie robią?
-Właśnie… Zamierzasz jeszcze odwiedzać dzieciaki? Ordynator też o to pyta. To z nim gadałeś o całej akcji i miałeś przynajmniej wyglądać na chętnego. A teraz Cię nie ma.-Odzywa się. Znowu o tym samym…
-Nie wiem.-Mówię szczerze, a on przygląda mi się w skupieniu.
-Jesteś uroczy.-Uśmiecha się i wsuwa dłonie do kieszeni. Nienawidzę tego. Urocze mogą być dzieci, małe pieski, kotki czy inne kurczaczki, ale nie dorosły mężczyzna! Nawet nie zauważyłem, kiedy dotarliśmy przed budynek, w którym mieści się jego mieszkanie. Nigdy szczególnie nie przyglądałem się dzielnicy. Nie wygląda na szczególnie ekskluzywną. Wchodzimy po schodach na górę, a potem do tego jasnego, przytulnego, zagraconego mieszkania, które dopiero przy głębszym poznaniu ukazuje swoją prawdziwą, kosztowną „twarz”.
-Możemy wreszcie pogadać i może zjesz coś porządnego.-Rzuca Clive, odwieszając płaszcz i znikając w łazience. Kiwam głową i kieruję się do kuchni, nerwowo przeczesując ręką włosy. Wpatrują się we mnie postaci ze zdjęć nad stołem. Clive zjawia się po parunastu minutach.
-Znowu cię do czegoś zmuszam? Czujesz się osaczony? Dziwnie wyglądasz.-Otwiera lodówkę.
-Pomóc ci?-Proponuję. Potrząsa głową. Super. Więc będę tu teraz siedzieć i oglądać kulinarne show na żywo? Po co dałem się tu przywlec? Zakładam nogę na nogę, spoglądam w sufit.
-Mów. Opowiedz mi coś o sobie.-Prosi, otwierając jakieś tekturowe pudełko i spoglądając na mnie przez ramię.
-Nie znasz mnie wystarczająco dobrze?
-Wiem tylko jak masz na imię, że jesteś nauczycielem hiszpańskiego i że twoi rodzice nie żyją. No i znam dwóch twoich znajomych.
-A mimo to przedstawiłeś mnie swoim rodzicom.-Dodaję.
-Bo mi zależy.-Wzrusza ramionami, nawet na mnie nie patrząc. Jeżeli jeszcze raz użyje kiedykolwiek tego słowa, to się zabiję własną pięścią! Mam dość słuchania o tym, że mu zależy. Ale z drugiej strony w tę jego wielką miłość też nie wierzę.
-Hej! O czym ty znowu myślisz?-Pyta Clive, a ja podskakuję, bo równocześnie zatrzaskuje drzwiczki piekarnika. Jak długo byłem nieobecny myślami?
-O nas.-Odpowiadam zgodnie z prawdą. Clive uśmiecha się i podaje mi kubek z kawą.
-Idziemy do pokoju, który szumnie można nazwać salonem.-Oświadcza i ruchem głowy wskazuje mi drzwi. Posłusznie idę przed nim i otwieram najbliższe drzwi, po lewej. Następne piękne pomieszczenie, w którym wszystko jest teoretycznie zwyczajne, a jak na to spojrzeć od spodu, to pewnie ma metkę z kwotą sięgającą co najmniej kilku tysięcy. Siadam na obitej brązową skórą śliskiej, niewygodnej kanapie i upijam łyk kawy. Clive siada obok i wręcza mi łyżkę i litrowe, białe wiaderko z kolorową etykietą. Lody? Jest środek zimy. No może bliżej do końca niż do środka, ale zima!
-Lody? Jest zima i…
-I można się przeziębić, dostać grypy, zapalenia oskrzeli, gardła albo i płuc, a na końcu umrzeć w okrutnych męczarniach, telepiąc się i majacząc w gorączce.-Mówi, śmiertelnie poważnie, a potem parska śmiechem, a w oczach lśnią mu iskierki.
-Przestań się przejmować. To ja jestem lekarzem. To ja powinienem mieć zapobiegawcze podejście do życia. Nie możesz zrobić czegoś wbrew rozumowi? Miało być miło, a ty chcesz grać w warcaby?
-Nie wspomniałem nic o warcabach.
-Widzę to w twoich oczach.-Otwiera opakowanie z lodami i z powrotem stawia je na moich kolanach.
-Widzisz w moich oczach warcaby?-Unoszę jedną brew, a potem obaj wybuchamy na krótko śmiechem. To takie irracjonalne i obrzydliwie niedojrzałe. Dobrze, że nie ma tu Iana. W sumie nawet nie wiem, co się z nim dzieje… Z nim, z Amy, z Adrienem…
-Więc opowiedz coś. Jakie było twoje dzieciństwo.
-Nie pamiętam. Zwyczajne. Ojciec był mechanikiem samochodowym, matka prowadziła kwiaciarnię, nie często bywali w domu. Nic szczególnego. Nikt mnie nie katował, ani nie groził śmiercią. Jakoś się… Rozmijaliśmy.-Wzruszam ramionami i mimowolnie zaczynam grzebać łyżką w lodach.
-Mów dalej.
-O czym? Moje życie naprawdę nie było ciekawe. Skończyłem szkołę, zacząłem studia, oni w międzyczasie zginęli. Wcześniej pracowałem w kwiaciarni, a odkąd skończyłem trzynaście lat przelewali mi drobne sumy na konto i po tym czasie uzbierało się tyle, że mogłem się jakoś utrzymać. Mimo to, równocześnie studiując szukałem dorywczej pracy, bo potrzebowałem pieniędzy na wynajem mieszkania. A potem, nawet nie wiem kiedy, jakoś wszystko zaczęło się w miarę układać.-Mówię. Clive słucha mnie w skupieniu, z rozmarzonym, tajemniczym uśmieszkiem.
-Opowiedz mi o swoim pierwszym związku.
-Po co?
-Chcę wiedzieć.
-Takie historie podobno mają negatywny wpływ na relacje.-Przyglądam mu się uważnie, bo coraz bardziej podejrzewam, że ma coś z głową.

****

Po opuszczeniu rano mieszkania Clive’a przez kilka godzin siedziałem w domu szukając jakiegokolwiek sensu w jego słowach i zaistniałej sytuacji, a potem postanowiłem gdzieś pójść. Gdzieś skąd mnie nie wywalą i może będę mógł pomyśleć o czymś innym. W nawyk weszło mi regularne odwiedzanie Davida, jakbym się bał, że umrze nagle, w ułamku sekundy, a ja nie będę miał szans, by go uratować. Jak zwykle sam otwieram sobie drzwi i wchodzę do jego mieszkania. Pali się światło.
-Cześć.-Szepczę. Nie odpowiada.
-Co robisz?-Pytam, stając za jego plecami.
-Pracuję. Chociaż… Może mógłbym rzucić pracę i po prostu umrzeć z głodu? Jak myślisz, co jest bardziej bolesne? Śmierć głodowa, czy śmierć spowodowana AIDS?-Patrzy mi w oczy. Przeraża mnie. Przeraża jak diabli. Nerwowo przełykam ślinę.
-Pamiętasz co powiedziałeś mi wtedy, kiedy chciałeś poderwać Marka?-Siadam obok niego.
-Nie. Nie wiem. Nie obchodzi mnie to.-Wyrzuca z siebie i ponownie wlepia wzrok w ekran.
-Powiedziałeś, że ty na jego miejscu żyłbyś tak jak dawniej.
-On jest nosicielem, a ja jestem chory.
-A masz jakieś objawy?
-Chwilowo nie, ale…-Brakuje mu solidnych argumentów.
-Widzisz.
-Ale to nie to samo!-Wrzeszczy i gwałtownie zamyka laptopa.
-Zwłaszcza, że teraz choroba jest w fazie utajenia i nawet nie czujesz tego, że jesteś chory, mógłbyś żyć normalnie!-Również podnoszę głos. Dave milknie, nieruchomieje. Chyba coś go tknęło. Teraz albo mnie zabije, albo się zastanowi nad własnym postępowaniem. Czekam w skupieniu na reakcję.
-Powiedz lepiej, co u ciebie.-Rzuca.
-Nie. Nie powi…
-Mów.-Kuca naprzeciw mnie, po drugiej stronie stołu i otwiera opakowania z lekami. Wydobywa sześć różnych tabletek, układa je w szeregu, przelicza i połyka za jednym zamachem.
-Wszystko dobrze.-Mamroczę.
-Co z tym twoim lekarzem?
-W porządku.-Wzruszam ramionami. Krępuje mnie ta spowiedź.
-Już wiesz, na czym stoisz?-Drąży, krzyżując ramiona.
-Tak. Ostatnio powiedział, że mnie kocha, ale chyba pod przymusem.
-Znając ciebie, to też bym ci w końcu powiedział, że cię kocham, żebyś się odwalił.-Dave kiwa głową ze zrozumieniem. Czuję się, jak na jakiejś sesji terapeutycznej. A to ponoć ja się bawię w domorosłego psychologa.
-Kiedy ostatni raz ze sobą spaliście?-Pyta Dave. Dławię się własną śliną i prawie spadam z kanapy. Co?
-Co?-Pytam na głos.
-Słyszałeś.-Mówi ze spokojem i siada obok mnie.
-Co to za przesłuchanie?
-Próbuję zinterpretować jego intencje. Więc kiedy?
-Nie masz co ze sobą robić?-Odpowiadam pytaniem na pytanie.
-Kiedy?
-David!
-Kiedy?
-Wte… Dwa miesiące temu.-Mamroczę. On powinien wyciągać zeznania. Kariera policjanta, albo prokuratora jest mu pisana. A on tu siedzi i grzebie w okładkach.
-Czyli definitywnie coś jest nie tak. A może on kogoś ma i jest z tobą z litości, albo z troski? Nawet emeryci kochają się częściej!-Potrząsa z niedowierzaniem głową i gada jakby do siebie, a mnie opada szczęka.
-Co?-Pytam głupio, wpatrując się w niego oczami rozmiaru latającego spodka.
-On ma jakąś tajemnicę.-Oświadcza David i zamyślając się na moment przesuwa kciukiem po podbródku.
-Nie gadajmy o tym, proszę.
-W porządku. Ale jak on coś wywinie, to nie miej do mnie pretensji.-David kładzie nogi na stojącym przed nami stoliku i krzyżuje je w kostkach. I przez niego znowu się zadręczam. Nic nie wiem.

****

Wybiegam na ulicę i zerkając jeszcze na moment w okno Davida wyciągam z kieszeni telefon i wybieram numer Iana.
-Cześć. Co słychać?-Pytam, kiedy odbiera, po piątym sygnale. Dzwonię z jednej strony ze zwykłej, ludzkiej ciekawości, a z drugiej również z troski, postanowiłem dowiedzieć się, czy wszystko gra. W końcu nigdy wcześniej nikt u nich nie trzaskał drzwiami i nie ciskał przedmiotami! Albo ja po prostu o tym nie wiem.
-Dobrze.-Rzuca Ian typowym tonem formalisty.
-Wszystko gra? Co z Adrienem? Udało mu się ukończyć projekt?-Drążę.
-Nie wiem.
Jak to nie wiesz?
-Nie wiem! Nie ma go tutaj!
-Jak to go nie ma?-Jestem coraz bardziej zdezorientowany.
-Nie wiem. Nic nie wiem! To dorosły facet i nie mogę ingerować w to, co robi. Nie jest moją własnością. Poza tym może to i lepiej, że go tutaj nie ma.
-Dzwoniłeś do niego?-Pytam. Z nerwów prawie wpadam na idącą z naprzeciwka wysoką, czarną kobietę, osnutą ciężkim zapachem owocowych perfum.
-Po co?-W głosie Iana dostrzegam jakiś obcy, drwiący ton.
-Bo go kochasz!
-A skąd ty to możesz wiedzieć?-Pyta Ian, wciąż spokojny. Zaciskam wargi, mam ochotę wybuchnąć. Kiedy Ian stał się takim okrutnym ignorantem? Chce osiem lat wywalić do śmieci, przez jedno zdanie wypowiedziane w nerwach?
-Jesteście razem od ośmiu lat, znacie się prawie od dziesięciu, od ponad siedmiu razem mieszkacie! Wiecie o sobie wszystko, wzięliście ślub, adoptowaliście małą…
-Ja adoptowałem.-Wchodzi mi w słowo.
-… I wiem, że się kochacie!
-Dlaczego jesteś tego taki pewien?
-Ian! Dlaczego jesteś taki okrutny?
-To nie ja uciekłem.-Mówi ze spokojem. Po raz kolejny jego nieskazitelny spokój i oficjalny ton mnie irytują. Zaraz się rozłączę, pójdę do niego i go uduszę gołymi rękami.
-Trzymaj się. Zadzwonię potem.-Rozłączam się i wybieram numer Adriena. Dzwonię cztery razy. Nie odbiera. Jestem uparty i konsekwentny. Za piątym razem odbiera po trzecim sygnale.
-Ian cię nasłał?-Pyta, zamiast powitania.
-Nie. Ale wiem, co czujecie. Macie do siebie nawzajem żal, ale to naprawdę nie ma sensu…
-Żegnaj.
-Nie rozłączaj się!-Podnoszę głos i przechodząca obok staruszka spogląda na mnie jak na psychopatę. Adrien wzdycha ciężko.
-Gdzie jesteś?-Pytam.
-Nie mogę ci powiedzieć, bo jesteś jakimś cholernym łącznikiem między mną, a Ianem.
-Dlaczego uciekłeś?
-Bo mam dość.
-Czego?
-Nie przesłuchuj mnie.-Jęczy błagalnym tonem. W tle słychać szum drzew i jakieś trele. Co to? Zaszył się w głuszy i mieszka na drzewie? Bawi się w szamana, albo innego koczownika?
-Powinieneś wrócić. Porozmawiacie.
-Co powiedział ci Ian?
-W sumie nic. Udaje nieugiętego. Z resztą on zawsze jest oficjalny i… Ale wiem, że udaje. Tylko udaje.
-Muszę to wszystko przemyśleć.-Oświadcza Adrien i się rozłącza. I nadal nic nie wiem. Gubię się kompletnie we własnych problemach i w tych, które dotykają moich bliskich. Docieram w końcu do własnego domu. Wchodzę po schodach na górę i nieruchomieję przed drzwiami swojego mieszkania. Na moich drzwiach, które i tak wyglądają jak ofiara jakiegoś brutalnego ataku, widnieje napis:”Stop pedałom”. Cholera jasna, żebym chociaż wiedział, kto to pisze. A ja nawet nie mam żadnych podejrzeć. Nikogo nigdy jakoś szczególnie nie uraziłem… Coraz bardziej mam dość. Wszystkiego. Dosłownie wszystkiego. Otwieram drzwi i zatrzaskuję je za sobą, rzucając klucze na szafkę z butami. Udaje mi się jedynie przebrać i nalać wody do czajnika, kiedy znów rozlega się pukanie do drzwi. Jak zwykle otwieram odruchowo i od razu żałuję. Jasper.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Rozdział siedemnasty – Kłótnia

Ja i Clive jesteśmy umówieni. Nie wiem nawet, czy mogę tak to nazwać. Po prostu zaprosiłem go do siebie na kolację. Postanowiłem wyjść z inicjatywą i zmusić go do zrobienia kroku naprzód. I chyba się stęskniłem. Siedzę przy stole, kiedy bez przywitania wpada do mojego mieszkania, zamyka za sobą drzwi, wlatuje do kuchni jak huraganowy wiatr i stawia na stole butelkę wina.
-Mam dla ciebie doskonałą wieść. Mój ojciec i jego znajomy, który jest światowej klasy geniuszem i autorytetem, w dziedzinie transplantologii, zgodzili się zrefundować rok leczenia metodą HAART…
-Rok leczenia kosztuje… Dave o tym wspominał… Ile? Sto trzydzieści pięć tysięcy?-Wstaję z miejsca. Nie wiem, co mam zrobić, bo to do mnie nie dociera.
-Dokładnie.-Kiwa głową. Robię krok w jego stronę.
-I twój ojciec chce to opłacić?-Dopytuję. Clive uśmiecha się, przygryzając wargę.
-Zgadza się.
-Oszalał?
-Chodzi raczej o to… On ma świadomość, że nawet po pół roku leczenia ilość wirusów wciąż jest wykrywalna w krwi. Nie wyleczymy go całkiem nigdy, ale wydłużymy jego życie i podniesiemy jego… Jakość? Nie. Komfort. Poza tym HAART ogranicza ilość powikłań związanych z przebiegiem choroby. Jest mniejsze prawdopodobieństwo, że zapadnie na jakąkolwiek chorobę towarzyszącą. Ponadto pomaga odbudować układ odpornościowy, a właśnie o odporność tu chodzi.-Odpowiada Clive. Nie wiem, czy w sumie powinienem się cieszyć, czy jednak martwić, że to i tak nie pomaga w stu procentach.
-Dlaczego ta terapia jest refundowana w Europie, a tutaj nie?*-Pytam.
-Ja tego nie wiem. Zapytaj prezydenta, albo jakiegoś ministra.-Wzrusza ramionami.
-Skąd oni mają na to pieniądze?
-Zarobili. Poza tym moja mama też mocno się w to angażuje. Wraz ze swoją kuzynką planują założyć fundację zbierającą pieniądze na jego leczenie…-Wyplątuje się z szalika i wychodzi do przedpokoju. Idę za nim.
-I myślisz, że ktoś pomoże?
-Sandy chce charytatywnie sprzedawać swoje prace, żeby wspomóc koszty leczenia.-Odwiesza płaszcz.
-Twoja rodzina jest niesamowita.
-Nie. Albo może za długo z nimi przebywałem… Pewnie dlatego wydaje mi się, że to normalne.-Wchodzi do kuchni, staje przy zlewie, odkręca kran z ciepłą wodą. Kręcę z niedowierzaniem głową.
-Jesteście dziwni, ale niesamowici.-Powtarzam.
-Mogę to uznać za komplement?-Pyta i siada przy stole.
-Tak… Ty też jesteś niesamowity. Gdyby nie ty, oni nigdy by się o tym nawet nie dowiedzieli.-Stawiam przed nim talerz, sięgam do szafki, po kieliszki.
-Nie „gdybaj”. Ciesz się tym co jest.
-Nie jestem realistą i nie umiem się cieszyć chwilą.-Odpowiadam szczerze i odkorkowuję butelkę. Rozlega się pukanie do drzwi. Kto to, u licha?
-Nie otworzysz?-Clive unosi jedną brew i odbiera ode mnie kieliszek.
-Nie wiem, kto to.
-Od tego jest zamontowany wizjer!
-Ale… Miało być tak pięknie. Nie chcę psuć wieczoru…
-Otwieraj. A jak to coś ważnego? Jeśli możesz komuś na przykład uratować życie?-Kładzie mi rękę na plecach i wypycha mnie do przedpokoju. Otwieram drzwi i zaskoczony cofam się o krok.
-Cześć, Vincent!-Stoi przede mną uśmiechnięta, rumiana i radosna Prior, we własnej osobie.
Cześć. Co ty tu robisz?-Pytam głupkowato i lustruję ją wzrokiem.
-Mam przepustkę z wariatkowa. Za dwa dni wracam.
-Pomogli Ci?-Pytam, a Prior przepycha się obok mnie i wchodzi do mieszkania. Kiwa głową w odpowiedzi. To wszystko jest tak nierealne, że nie umiem wydusić z siebie słowa.
-Masz gościa?-Wskazuje ruchem głowy płaszcz Clive’a, wieszając obok swój.
-Tak.
-Nie będę wam przeszkadzać. Wpadłam tylko na moment, popytać co i jak i zaraz spadam, bo matka mnie śledzi.
-Jak wyglądają wasze stosunki?-Pytam.
-Nijak. Przecież ona mnie wcale nie widuje.-Prior wzrusza ramionami i zakłada za ucho pasmo jasnych włosów. Wchodzi do kuchni i uśmiecha się do Clive’a.
-Cześć, jestem Prior.-Siada przy stole i wygładza materiał różowego, rozpinanego swetra. On odpowiada skinieniem.
-Clive. Miło mi, Vincent mi o tobie wspominał. Ale może lepiej już pójdę. Pewnie nie widzieliście się jakiś czas i…-Zaczyna, ale milknie, kiedy w Prior wstępuje demon, pochyla się w jego stronę i zaciskając szczęki warczy, że ma nawet nie próbować.
-Jak się czujesz?-Pytam, siadając obok Clive’a i przyglądając się jej zachłannie. Nie widziałem jej prawie miesiąc.
-Normalnie. Nadal jestem jak opętana i często myślę o … O moim dilerze, o braniu, ale… Chciałabym do tego wrócić, tylko wiecie… Wszyscy dookoła mówią mi, że to niewłaściwie. Poza tym ta ciąża też wynika jakby z tego, bo … Dawałam dupy byle komu, żeby mieć kasę na dragi i … I w ten sposób zaszłam. Ale w tym szpitalu jest tyle osób, które mają gorzej ode mnie i dlatego myślę sobie, że chyba nie chcę tak upaść. Wolę się postarać jakoś z tego wyjść.-Prior nerwowo drapie wierzch prawej dłoni, wpatrując się w blat.
-Będziemy trzymać kciuki, prawda?-Dźgam Clive’a palcem między żebra, bo czuje się zmieszany i chyba nie słucha.
-Jasne.-Potwierdza odruchowo. Po raz pierwszy widzę, żeby czuł się niepewnie.
-A co u was?-Prior klaszcze w dłonie.
-Nic specjalnego. Za dużo by gadać.-Wzruszam ramionami. Chyba nawet nie chcę o sobie opowiadać.
-A gdzie jest David? Nie ma go w mieszkaniu, a jest środek dnia i w dodatku środek tygodnia, więc to dość dziwne.-Śmieje się. Nie wiem, co mam powiedzieć. Prawdę? Zerkam na Clive’a. Decyduję się uchylić rąbka tajemnicy. Nie mogę jej przecież oszukiwać.
-David jest w szpitalu, wychodzi za…-Znów spoglądam na Clive’a, bo z nadmiaru wrażeń nie ogarniam rzeczywistości.
-Trzy dni.-Podpowiada.
-Za trzy dni.-Powtarzam. Prior jest przerażona.
-Rany, co się stało?- Patrzy na mnie z napięciem. I co ja mam powiedzieć? Cholera, ja się do tego nie nadaję! Dlaczego odpowiedzialność za wszystko i wszystkich spada na mnie? Zerkam na odkorkowaną butelkę. Wino wietrzeje. Nie da się tego pić.
-David… Jest chory.-Pod stołem, po omacku szukam dłoni Clive’a. Wiem, że histeryzuję, popadam w paranoję i zachowuję się jak debil, dopiero wchodzący w dorosłość, a nie facet po trzydziestce. Ale inaczej nie umiem!
-Dave ma AIDS.-Dodaję. Prior gwałtownie się prostuje, przyciska dłoń do ust.
-To jest niemożliwe.-Nerwowo potrząsa głową, a potem wstaje i zaciska palce na rancie stołowego blatu.
-Muszę już lecieć.-Oświadcza. Boję się, że chce zrobić coś głupiego. A jeśli ta wiadomość zniszczyła jej życie i teraz, żeby odreagować, na przykład się naćpa? W życiu sobie nie wybaczę.
-Trzymaj się, Prior. Bądź silna!-Wołam jeszcze i słyszę, jak zamyka drzwi. Nawet tak naprawdę nie porozmawialiśmy. Clive dotyka moich pleców.
-Lepiej też już pójdę.-Szepcze.
-Nie. Nie chcę być sam. Poza tym nic się nie stało. Czekaj… Nie włączyłem piekarnika. Zaraz wszystko się uda. Tylko wino już się chyba do niczego nie nadaje.-Odpowiadam. Naprawdę chcę, żeby tak było. Żeby się udało i żeby te wszystkie podłe zrządzenia losu nie wpływały na mnie tak bardzo.
-Wszystko będzie dobrze. Wiem o tym. Ona jest silną dziewczyną. Ma silną osobowość i gdzieś się pogubiła, ale już rozumie.-Mówi Clive, bo chyba wie, co mnie trapi i chce mnie uspokoić. Kiwam głową i zamykam piekarnik. Odwracam się przodem do Clive’a, uśmiecham się, znów mu się przyglądam.
-Dzięki.-Mówię.
-Za co?
-Za wszystko. Za słowa, za pomoc włożoną w ratowanie Dave’a, za wsparcie, za to, że w ogóle mnie tolerujesz…-Wzruszam ramionami.
-Nie ma za co. Chyba każdy normalny człowiek by się tak zachował. Nikomu nie chodzi o to, by pogrążać kogoś, na kim mu zależy.-Odpowiada. Co on z tym „zależy”? A mnie zależy na pracy! I co? Nie zna, czy po prostu nie czuje żadnych głębszych uczuć?
-Powiedz mi coś o sobie. O tym co cię trapi, co w tobie siedzi, co czujesz, jak mnie postrzegasz.-Mówię. Wiem, że znowu wyskakuję z tym niespodziewanie i pewnie zepsuję całą atmosferę, ale ja się muszę w końcu dowiedzieć. A pewnie i tak uda mu się uniknąć odpowiedzi.
-Nic mnie nie trapi. Ja…
-Tylko nie mów, że ci zależy.
-Chryste, Vincent… Jesteś obrzydliwie uparty! Ja… Chcę z tobą być, chcę cię mieć blisko, chcę poznawać cię każdego dnia lepiej…
-A kim dla ciebie jestem? Znajomym? Przyjacielem?-Drążę.
-Nie! Jesteś jeszcze gorszy niż moja matka. Ona ciągle stosuje na wszystkich te swoje psychologiczne tricki…-Wzdycha, przeczesuje ręką włosy, wbija wzrok w podłogę. Myśli, że jak trochę dłużej pomilczy, to skapituluję.
-Ja… Naprawdę Cię uwielbiam. Jesteś świetnym, inteligentnym, twórczym, ciepłym, wrażliwym…-Mówi, cały czas gapiąc się w podłogę. O co mu chodzi? Sprawdza swój zasób przymiotników?
-… rewelacyjnym facetem! Chcę Cię mieć na wyłączność, chcę … Chcę Cię poznawać, chcę spędzać z tobą czas…
-Dobra. Nie gadajmy o tym, bo to i tak do niczego nie prowadzi. Masz mnie gdzieś i to ewidentnie widać. Już nawet nie chodzi mi tylko o to, co mówisz. Chodzi mi o twoje podejście.-Piekarnik zaczyna piszczeć, więc go otwieram i wyciągam ze środka gorącą blachę, rzucając ją z hukiem na kuchenny blat. Clive nerwowo podskakuje, zaciska powieki, drżą mu przez moment ramiona. Popadam w regularny obłęd, ale mam dość tego, że wykorzystują mnie wszyscy, włącznie z nim! Nie pozwolę sobą manipulować! Jak się wkurzę, to jeszcze tej nocy spakuję walizkę i wyjadę na Karaiby, Kubę albo Kostarykę i będę tam mieszkać w jakimś szałasie, aż w końcu zabije mnie huragan albo tsunami. Ale nie dam się wykorzystywać!
-Mówiłem, że lepiej sobie pójdę. Jesteś zmęczony, masz za dużo na głowie. Jak ochłoniesz, to porozmawiamy.-Wstaje od stołu, przesuwając po bliźnie palcem prawej ręki.
-Nie! Bo z tobą nie ma o czym rozmawiać. Albo kompletnie nic do mnie nie czujesz, albo boisz się powiedzieć prawdę.
-Dlaczego nie możesz po prostu… Dlaczego musisz mieć wszystko ustalone?-Odwraca się w moją stronę. Ja go kiedyś wykończę psychicznie. Wiem, że jestem niesprawiedliwy, a dwa dni później on mi wybaczy, jak gdyby nigdy nic… Kurczę, mogłem w ogóle nie zaczynać. Teraz żałuję. Mógłbym chociaż udawać, że mi nic nie przeszkadza…

****

Kiedy w poniedziałek wychodzę ze szkoły wiem, że David już jest w domu. Wiem, bo doniósł mi o tym Clive, jako mój uprzejmy, prywatny informator. Nie jestem pewien, czy już chce ze mną normalnie rozmawiać. Dopytywałem, czy Dave’a ktoś nie powinien odebrać, ale Clive zapewnił, że nie jest z nim aż tak źle i podstawił mu pod same drzwi taksówkę. Idę teraz do niego, chociaż trochę się boję. Nigdy nie miałem aż tak bliskiego kontaktu z chorą osobą. Nie, źle się wyrażam! Nikt z moich bliskich nie był śmiertelnie chory. O czym się rozmawia z taką osobą? Jak mam się w stosunku do niej zachować? Wbiegam po schodach i zatrzymuję się przed drzwiami jego mieszkania. Zapukać, czy lepiej go nie fatygować? Eh, pewnie i tak nie zamknął drzwi na klucz. Odważnie naciskam na klamkę i wchodzę do środka. Gdyby ktoś od tak właził do mojego mieszkania to jakoś bym zareagował, a tu ani szmeru. A jeśli go tu nie ma? Jeżeli nie dotarł do domu, albo, co gorsza, jest tu, ale coś mu się stało? Odwieszam kurtkę i zaglądam do sypialni. Pusto. Wchodzę do salonu. Jest. Siedzi na kanapie, tyłem do mnie i wpatruje się w okno. Na stole przed nim stoją laptop, kubek z herbatą i stosik tekturowych opakowań z lekarstwami.
-Cześć. Jak się czujesz?-Pytam, stając za jego plecami.
-Jak młody Bóg.-Ironizuje, a potem, wskazując palcem wiszący obok okna obraz pyta:
-Widzisz to gówno na ścianie?
-Wcześniej tu tego obrazu nie było.-Odpowiadam.
-Mark to tutaj przytachał. Namalował to ten jego średnio rozgarnięty… Jak mu było? James?-Spogląda na mnie i ciaśniej otula się kraciastym kocem. Siadam obok niego.
-Jason.
-Dokładnie. Artysta od siedmiu boleści. Podobno te radosne kolory mają wprowadzić do mojego życia pozytywną energię, motywację i inne tego typu bzdety. Co to w ogóle, kurwa, jest? A może wisi do góry nogami? Jakby na to spojrzeć z drugiej strony to trochę przypomina konia z trzema nogami, w koronie, któremu łeb wyrasta z dupy.-Przechyla głowę i wpatruje się w rozmazane, pomieszane, bezsensownie rozmieszczone, kolorowe kleksy. Nie wiem, co powiedzieć. Z resztą przecież to żadna nowość. Dave ma taki styl bycia, że często brak mi słów. I nie ma to żadnego związku z jego chorobą. Zawsze taki był, AIDS go nie zmieniło.
-Dajesz jakoś radę?-Pytam. Dopiero teraz na mnie spogląda.
-Z czym?-Pyta, unosząc brwi. Czy on czasami tego nie wypiera?
-Ze wszystkim.-Odpowiadam i odwracam wzrok, bo im dłużej na niego patrzę, tym bardziej czuję, że pod powiekami zbierają się łzy. Ja się chyba nigdy nie pozbieram do kupy.
-Nie wiesz jak to jest, kiedy leczysz się z uzależnienia od seksu, każą ci rzucić z dnia na dzień palenie, choć palisz od piętnastu lat i na dodatek masz AIDS, ale powiem ci… Że chyba… Chyba jakoś sobie radzę. A przynajmniej powinienem się postarać.-Dave markotnieje. Chyba nie jest tak bardzo dawnym sobą. Coś pękło. Wygląda też niby tak samo, ale zniknął jakiś blask, energia. Poza tym na pierwszy rzut oka widać, że przez ten miesiąc znacznie schudł. Zniknął nawet drwiący uśmieszek. Teraz zaczyna mi tego brakować.
-Mogę ci jakoś pomóc?-Pytam, głównie po to, by przerwać krępującą ciszę. Nic nie mówi. Obejmuję go ramieniem, potrząsam lekko.
-Hej, to podobno ja uciekam przed ludźmi. – Uśmiecham się. David mrozi mnie wzrokiem, utrzymuje spojrzenie przez dwadzieścia sekund i odwraca głowę z powrotem w drugą stronę.
-Nie możesz się zadręczać, załamywać. Masz jeszcze tyle pięknych, fascynujących rzeczy do zrobienia.-Oświadczam, rzucając „genialnymi”, banalnymi radami z rękawa, niczym jakiś mówca motywacyjny.
-Przykład.-Rzuca.
-No… Nie masz żadnych marzeń?-Rozkładam ręce w geście bezradności. David wywraca oczami.
-Moje życie nigdy nie było piękne, ani fascynujące, ale jakieś było. A teraz jest kompletnie do dupy.
-Nie.-Rzucam, a David wybucha. Podrywa się z miejsca, staje na środku pokoju i wrzeszczy:
-Jak to nie?!
-Wszystko się ułoży.-Szepczę niepewnie.
-Nie! Nic się nie ułoży i wcale, kurwa, nie będzie dobrze!

****

-O czym chciałeś pogadać? Mów, śmiało. – Ian stawia przede mną filiżankę z kawą i siada w fotelu, zakładając za ucho pasmo jasnych włosów. Obok Adrien kończy jakiś niezwykle ważny projekt, a Amy, jak to Amy, biega w kółko dziko i nieskoordynowanie.
-Chciałem pogadać… Ogólnie, o wszystkim. Chyba choroba Davida zbyt mnie przytłacza.-Stwierdzam. Amy teraz udaje samolot. Z rozpostartymi ramionami biega wokół stołu, na którym Adrien projektuje budynek. Przy którymś okrążeniu potrąca dłonią stojący nieopodal kubek z kawą i zalewa projekt, tworząc wielką, brązową plamę w punkcie, w którym umiejscowiona była kuchnia. Ian i ja zamieramy. Adrien się prostuje, zaciska dłoń na ołówku. Chyba nie wybuchnie. On w ogóle nie jest skłonny do jakichkolwiek gwałtownych emocji. Wpatrujemy się w niego w skupieniu. Milczy. Stoi przez moment nieruchomo, odwrócony do nas plecami i wpatruje się w okno. Amy tkwi obok przerażona i patrzy na niego wielkimi oczami. Adrien mocniej zaciska palce na ołówku, a potem ciska nim przed siebie. Drewno z cichym łoskotem uderza o podłogowe panele. W tej samej sekundzie jednym ruchem ręki zgarnia ze stołu wszystkie papiery i trzymając je w dłoniach zastanawia się przez moment, czy lepiej je zgnieść, czy podrzeć w drobny mak. Ian spogląda z lękiem najpierw na mnie, a potem na Amy. Ona, jakby tknięta jakimś przeczuciem z prędkością światła podbiega do nas i gramoli się na moje kolana. Dalej obserwujemy poczynania Adriena, z rosnącą ciekawością i rosnącym niepokojem. Rozrywa projekt na cztery części, zgniata w dłoniach porwane fragmenty i zmiętym papierem rzuca przed siebie, a potem, przechodząc ponad plamą z kawy, która zalała również podłogę wymaszerowuje z pokoju i zamyka się w sąsiednim pomieszczeniu, trzaskając drzwiami. Amy przechyla główkę i patrzy na Iana, a ja próbuję otrząsnąć się z szoku.
-Chodź do mnie.-Ian wyciąga do niej rękę. Kurczę… Jak on jej to teraz wytłumaczy? Ja bym chyba nie znalazł logicznego wyjaśnienia. Ian składa dłonie jak do modlitwy i patrzy Amy w oczy.
-Kochanie. Wiesz, że nie stało się nic strasznego i Adrien naprawdę się na ciebie nie gniewa…-Zaczyna. Amy nie jest na tyle głupia, żeby w to uwierzyć. Poza tym do tak małego dziecka powinien się chyba zwracać prostszym słownictwem… Albo ja się nie znam…
-On nie ma do Ciebie żalu, po prostu… Ma zły dzień. Rozumiesz, co do ciebie mówię? – Pyta. Amy niepewnie kiwa główką.
-Doskonale. Wszystko się ułoży. A teraz pobaw się z nim.-Przytula ją i popycha w moją stronę. Wzdycha, staje przed drzwiami prowadzącymi do sypialni i puka.
-Adrien… Wyjdź.
-Nie.
-Wyjdź. Przecież nic się nie stało.-Syczy przez zaciśnięte zęby Ian. Chyba nie chce denerwować Amy. Ale ona i tak go nie słucha. Ściągnęła mnie do poziomu podłogi i z zapałem układa klocki, a ja przysłuchuję się temu, o czym gadają panowie.
-Nie ma mowy! – Wrzeszczy Adrien i otwiera z hukiem drzwi, tak, że Ian prawie wpada do środka. Amy podnosi głowę, a ja złośliwie potrącam ręką wieżę z klocków, żeby odwrócić jej uwagę. Co oni wyprawiają? Ian chyba za bardzo stara się wszystko naprawić…
-Nie wrzeszcz. Amy się stresuje. Przecież to nic takiego.-Ian wyciąga rękę.
-Oczywiście, to nic takiego. Będę musiał od nowa stworzyć na jutro projekt, który robiłem od miesiąca. To jest naprawdę nic takiego!- Ironizuje.
-Daj spokój. Amy będzie przykro. Przecież ona nie chciała.
-Więc może lepiej będzie, jak ją zabiorą? W sumie i tak wyrzucą mnie z pracy i nie będzie jej z czego utrzymać.
-Adrien!
-To jest twój dzieciak, to tobie cholernie zależało na tej adopcji i …
-Ona jest nasza.-Mówi głośno i wyraźnie Ian, chociaż słyszę, że głos mu drży. Adrien potrząsa głową i ponownie zatrzaskuje drzwi. Amy, zajęta zabawą chyba nie słuchała…

Opublikowano Bez kategorii | 3 komentarzy

Rozdział szesnasty – Rodzina

Clive zatrzymuje auto na podjeździe pięknego, ogromnego, śnieżnobiałego domu, otoczonego przysypanym śniegiem ogrodem . Jak w bajce. Oddycham głęboko.
-Nie denerwuj się tak. Moi rodzice naprawdę nie gryzą, ani nie plują jadem w oczy. Ani tym bardziej nie strzelają z oczu krwią, jak pewna jaszczurka.-Uśmiecha się. Próbuje mnie rozbawić, ale to mnie tylko jeszcze bardziej przeraża i przyprawia o mdłości.
-Hej. Oni są w porządku, wierz mi. Nie zrobią ci krzywdy. Na pewno cię pokochają, bo jesteś wspaniałym facetem. Nie musisz się bać.-Ściska moją dłoń. I tak mu nie wierzę i nie zmieniam nastawienia. Pieprzenie od rzeczy. Wzdycha ciężko, wysiada z samochodu i otwiera drzwi po mojej stronie.
-Wylaź.-Rozkazuje, opierając rękę na biodrze. Kiedy nie reaguję chwyta mnie za nadgarstek i po prostu, do tego w dość brutalny sposób, wyciąga mnie z auta.
-Chodź. Przekonasz się, że są ok.-Uśmiecha się i wprowadza mnie do tej wielkiej, eleganckiej willi. W oczy od razu rzuca mi się stół, przykryty amarantowym obrusem. Potem stojąca obok, radosna kobieta. Ma kręcone, sięgające ramion czarne włosy i ubrana jest w idealnie skrojoną, granatową garsonkę. Jakoś ten granat się dziwnie komponuje z czerwienią tkaniny ze stołu…
-Witaj, mamo. To właśnie Vincent.-Clive popycha mnie w jej stronę, a ja nieomal tracę równowagę. Kobieta otwiera przede mną ramiona, a ja zaczynam się czuć jak w ukrytej kamerze i zastanawiam się, gdzie uciec.
-Witaj, skarbie. Nie mogliśmy się doczekać, żeby cię poznać.-Obejmuje mnie delikatnie. Uderza mnie intensywny kwiatowy zapach jej perfum. Nie odpowiadam, bo trema blokuje zdolność logicznego wysławiania się. Matka Clive’a mnie puszcza i dostrzegam zmierzającego w naszą stronę uśmiechniętego faceta. Zapewne jego ojciec. Jeżeli on też rzuci się na mnie z uściskami to dostanę ataku serca i będą mogli na mnie wypróbować umiejętność resuscytacji. W końcu cała trójka to dyplomowani lekarze! Ojciec Clive’a wciąż uśmiechając się od ucha do ucha podchodzi do mnie i ujmuje moją dłoń w obie ręce.
-Miło mi Cię poznać.-Mówi niskim, sympatycznie brzmiącym głosem. Cholera jasna! Zaczynam się bać, że oni coś knują. Są podejrzanie sympatyczni. Nikt normalny się tak nie zachowuje. Powinni być chociaż trochę podejrzliwi! Albo… Nie wiem! Poważni. Z tego wszystkiego zapomniałem podziękować za kasę ofiarowaną na poczet terapii.
-Siadajcie. Sandy zaraz powinna tu być.-Prosi nas pani domu, a Clive niemal siłą usadawia mnie na krześle. Oboje rodzice wychodzą z salonu, a ja głośno wypuszczam z ust powietrze.
-Uspokój się, bo robisz złe wrażenie.-Szepcze mi do ucha Clive. Kiwam głową, ale i tak się denerwuję. Mój puls jeszcze bardziej przyśpiesza, kiedy ktoś kładzie dłonie na moich ramionach. Czuję się jak zaszczute zwierzątko, które każdy sobie ogląda i maca, a ma gdzieś jego uczucia.
-Cześć!-Dotyk znika, a obok mnie staje wysoka, uśmiechnięta szatynka. Ma krótkie włosy, ciemne oczy, tak jak ojciec, a w uszach pobrzękują jej barwne kolczyki. To musi być siostra Clive’a.
-Cześć.-Uśmiecham się.
-Jestem Sandra. Miło mi cię poznać. Możesz mi mówić Sandy, tak, jak wszyscy.-Ściska moją dłoń i siada na krześle, wieszając torebkę na oparciu.
-Sandy przyszła?-Woła ich matka i wchodzi do pokoju z tacą. Pomału nie nadążam. Tym bardziej, że chwilę potem, matka już znika.
-A co u twojego chłopaka?-Clive uśmiecha się figlarnie do siostry.
-Narzeczonego, Clive! Na-rze-czo-ne-go!- Oświadcza i podtyka mu pod nos dłoń z okazałym pierścionkiem zaręczynowym.
-Narzeczonego.-Powtarza.
-Doskonale. Luca jest teraz w Afryce. Pracuje przy jakiejś sesji…-Mówi, a potem reflektuje się i zwraca do mnie:
-Właśnie. Luca to mój narzeczony. Jest oświetleniowcem i…
-I jest od niej prawie dwa razy starszy.-Clive wchodzi jej w słowo. Sandy milknie z rozchylonymi ustami, zaciska dłonie w pięści.
-Jest dojrzały.-Unosi wskazujący palec.
-Ma pięćdziesiąt dziewięć lat! Nasz ojciec ma pięćdziesiąt cztery!
-Zazdrościsz?-Sandra pochyla się w jego stronę. Clive parska śmiechem.
-To raczej kwestia troski, niż zazdrości. Facet z cukrzycą, po trzech zawałach, długo nie pociągnie.-Kręci powoli głową. Do pokoju wchodzi ponownie ich matka.
-Sandra, uspokój się.-Prosi i siada przy stole, poprawiając włosy. Sandy wydyma usta.
-Dlaczego to zawsze ja za wszystko obrywam? Bo on jest młodszy?-Wywraca oczami i sięga po miskę z sałatką.
-Gdzie Luca?-Ojciec siada między żoną, a Sandrą.
-Nie przyjedzie…-zaczyna Sandy, ale Clive wchodzi jej w słowo:
-W Afryce. Pewnie kupuje nielegalnie jakieś egzotyczne zwierzątko, które potem wypcha i postawi na swoim kominku, albo co gorsza, sam na nie poluje.
-Clive! Jesteś okrutny. To, że Luca jest myśliwym, nie oznacza…-Sandy unosi wskazujący palec.
-Nie. Oczywiście, że to nie oznacza, że zabija zwierzęta!
-Nie rozmawiajmy o tym.-Sandra ścisza głos i wbija wzrok w talerz. Clive nie odpowiada i podsuwa mi jakiś półmisek. Jakiś obłęd… Po co ja się na to zgodziłem?

****

Stoję przy półce z książkami, w dziecięcym pokoju Clive’a i przebiegam wzrokiem po grzbietach. „Atlas anatomiczny człowieka”, „Budowa i choroby oka”, „Zakażenia HIV i AIDS”, „Choroby zakaźne – rozpoznanie i leczenie”, „Choroby dziecięce”… Kto przed piętnastym rokiem życia czyta takie książki? Kto potem czyta je dobrowolnie?
-Nie było mnie tu dziesięć lat. – Clive rozgląda się po pomieszczeniu. Wydaje mi się, że czuje się nieswojo. Zamykam „Atlas anatomiczny” i spoglądam na niego. Czy ja go na dobrą sprawę chociaż lubię? Czy to raczej kwestia przyzwyczajenia, albo jakieś fizycznej, czy erotycznej fascynacji? Może tak bardzo jestem spragniony kontaktu z drugim człowiekiem, że nie dostrzegam, że to bez sensu?
-Dlaczego znowu się na mnie gapisz?-Pyta cicho Clive. Odstawiam książkę na półkę i odpowiadam głupio:
-Bo mi się podobasz.-Wzruszam ramionami, a on parska śmiechem i potrząsa głową. Momentami jest w nim coś ludzkiego, pozbawionego dystansu. Drzwi się uchylają i zagląda Sandy.
-Nie podsłuchuję! Ale mama się o was pyta.-Oświadcza.
-Coś się stało?-Clive wstaje z miejsca, gotów rzucić się na ratunek.
-Nie. Ogólnie chyba się was nie nachapała. Pojawiasz się tutaj raz na sto lat, więc traktuje to na równi ze świętem narodowym.
-Pójdziemy się pożegnać. Musimy już jechać.-Clive spogląda na mnie porozumiewawczo.
-Wracacie do domu, czy…-Sandy rozkłada bezradnie ramiona i wpatruje się w nas wielkimi oczami.
-Mamy wynajęty pokój w hotelu.
-Mama będzie niepocieszona. Myślała, że uda jej się was tu upchnąć, układając jednego na drugim, na tym małym wyreczku.-Sandra wskazuje palcem kanapę, na której przed momentem siedział Clive. Znowu czuję się odrobinę pominięty.
-Dobra. Idziemy.-Powtarza stanowczo Clive, a Sandra wzrusza ramionami i wychodzi z pokoju. Idziemy za nią i żegnamy się z rodzicami, przy akompaniamencie szlochów i wyznań miłości, jakbyśmy wyjeżdżali na trzydzieści lat na Alaskę. Czy on naprawdę aż tak rzadko tu wpada? Chwilę potem wychodzimy z tej pięknej rezydencji przy wtórze wołań i rozpaczliwych, spazmatycznych jęków.
-Mam nadzieję, że nie przerazili cię specjalnie?-Pyta cicho Clive, wsiadając do auta i odmachując ręką zapłakanej matce.
-Nie. Ale jestem w lekkim szoku. – Zajmuję swoje miejsce i zapinam pas. Clive uśmiecha się i wkłada kluczyk do stacyjki.
-Mogłem ci o nich więcej odpowiedzieć. Albo… Mogłem cię tu nie zabierać.
-Zapomniałem podziękować twojemu ojcu.
-Miałeś mu nie dziękować.-Odpala auto i wyjeżdża z podjazdu.
-Dokąd jedziemy?-Stukam palcami w deskę rozdzielczą.
-Do hotelu.
-Ty to sobie dokładnie zaplanowałeś, prawda?-Spoglądam na niego podejrzliwie. Cały ten wyjazd trochę mnie niepokoi. Nadal nie otrząsnąłem się z szoku i nie do końca wiem, co się tak naprawdę ze mną dzieje. Clive chyba za późno i zbyt nagle okazał mi zainteresowanie…
-Tak. Jutro wieczorem wrócimy do domu… Do domów! Mam nadzieję, że nie czekają na ciebie żadne prace, które musisz koniecznie sprawdzić?-Pyta.
-Nie.
-To doskonale. I błagam cię! Chociaż przez ten jeden dzień, no… Liczmy dwa… Chociaż przez te dwa dni zachowaj spokój. Nie odbieraj telefonów, odpręż się i przestań myśleć o innych.-Mówi rozkazującym tonem, wpatrując się w dal. Jak oni wszyscy uwielbiają moralizować. A jacy są w tym dobrzy. Tylko chyba nie rozumieją, że to nie jest takie łatwe. Nie da się ot tak zapomnieć o tym, co spoczywa na naszych barkach i bawić się w najlepsze, podczas gdy umiera jeden z przyjaciół.
-Hej.-Mamrocze. Nie odpowiadam i nawet się nie ruszam. Wpatruję się w ciemniejące niebo i śniegowe zaspy usypane wzdłuż odśnieżonych chodników.
-Znowu powiedziałem coś nie tak?-Pyta z lękiem. Funkcjonowanie ze mną w jakiejkolwiek symbiozie musi być uciążliwe… Czy na naprawdę tak się do wszystkiego przyczepiam?
-Nie.-Szepczę. Wyciąga rękę, drugą wciąż trzymając na kierownicy. Dotyka mojej szyi, delikatnie drapię skórę karku, tuż pod linią włosów. Teraz, przez ten moment jest w nim coś bliskiego i … Chyba nawet wierzę, że mu faktycznie zależy.
-Masz do mnie o coś żal?-Pyta.
-Nie.
-Mówisz szczerze, czy za moment znów wybuchniesz?-Pyta ze spokojem. Czy on mnie przypadkiem nie prowokuje? Już mam ochotę odpowiedzieć, że mam go serdecznie dość, że szuka dziury w całym i że ma się zatrzymać, bo wracam do domu, ale odpuszczam. Nie mam energii na spory. Zabiera rękę i przestaje mnie dotykać. Myśli wracają, problemy wracają. Dave, Mark, Prior, Jasper… Cholera jasna! Gdybym ich nigdy nie poznał, teraz nie musiałbym się tym przejmować. To okrutne i egoistyczne, ale tak właśnie czuję. Mam dość tego, że przez nich się pogrążam.

****

Clive otwiera za pomocą karty magnetycznej drzwi hotelowego pokoju i wpycha mnie do środka. Zamieram. Pod sufitem unoszą się tuziny czerwonych balonów.
-To nie jest przypadkiem jakiś… Apartament dla nowożeńców?-Spoglądam przez ramię na Clive’a. Zamyka drzwi.
-Miało być romantycznie. Sandy mi pomagała.-Uśmiecha się słabo.
-Jest uroczo! Kiczowato, ale uroczo.-Odpowiadam i siadam na brzegu łóżka.
-Cieszę się.-Kiwa głową ze śmiechem.
-Muszę zadzwonić do Iana…-Zaczynam, ale Clive dopada do mnie niczym jakieś wściekłe, dzikie zwierze i odbiera mi telefon.
-Nie ma mowy.
-Dlaczego?
-Bo masz przestać przejmować się innymi. Chociaż na te dwa dni! Obiecałeś.
-Niczego nie obiecywałem. Oddawaj telefon.-Wyciągam rękę. Cholera jasna, czy on się musi zachowywać jak niedorozwinięty piętnastolatek, któremu się wydaje, że wszystko mu wolno? Wstaję, chwytam go za nadgarstek i odbieram moją własność.
-Nie dzwoń. Potem będziesz się zamartwiać przez kolejne dziesięć godzin!-Mamrocze podenerwowany i rzuca marynarkę na oparcie krzesła stojącego przy ścianie.
-Dobra. Umowa stoi.-Rzucam telefon na nocną szafkę. Nie mam sił na kłótnie, a on jest upierdliwy i ma tendencję do stawiania na swoim. Wypuszczam głośno powietrze ustami i opadam na miękką, hotelową pościel.
-Wszystko gra.-Clive siada obok mnie. Kiwam głową, zamykam oczy. Jestem zmęczony. Za dużo wrażeń. Za dużo wszystkiego. To mnie przytłacza, otumania i nie pozwala normalnie, racjonalnie funkcjonować.

****

Kiedy się budzę Clive jeszcze śpi, z czarną opaską na oczach. Jest tak uroczy, spokojny, bliski. Przesuwam palcem po jego ramieniu. Nie rusza się, śpi głęboko.
-Chciałbym, żebyś ty był właśnie tym, którego szukam. Na którego czekałem.-Szepczę. Cieszę się, że mnie teraz nie widzi, ani nie słucha.
-Chyba naprawdę Cię pokochałem.-Dodaję, niemal bezgłośnie i odwracam się na wznak. Clive się porusza, jednym palcem unosi opaskę, mruga kilkukrotnie. Spogląda w sufit. Musi się rozbudzić. Powoli odwraca twarz w moją stronę.
-Cześć.-Uśmiecha się.
-Cześć.-Spoglądam w błękit jego tęczówki.
-Zaraz idziemy na śniadanie. Na dole jest świetna kawiarnia.-Mówi i wygrzebuje się spod kołdry. Znika w łazience, a ja cierpliwie czekam aż wróci, nerwowo zerkając na telefon. A jeśli coś się stało? Nie. Ian wtedy sam by zadzwonił.
-Kiedy wracamy?-Wołam.
-Co?-Clive zerka na mnie przez uchylone drzwi hotelowej, śnieżnobiałej, śmierdzącej na kilometr chemią, hotelowej łazienki.
-Kiedy wracamy?-Powtarzam i wstaję z łóżka.
-Wieczorem. A dlaczego pytasz? Jest aż tak źle?-Śmieje się, wychodzi z łazienki, zamykając nogą drzwi i zapina guziki czerwonej koszuli. Wzruszam ramionami. Przecież wie, że nie chodzi o to. Nie odpowiadam, zamykam się w cuchnącej łazience. Wchodzę pod prysznic unikając kontaktu z kafelkami. Jakoś się brzydzę nieznanych miejsc… Czy to nie jest swego typu fobia? Potem się ubieram i pozwalam wyciągnąć z hotelu dziwnie rozochoconemu mężczyźnie. Co mu odbiło? Kilkanaście minut później siedzę już naprzeciw niego przy stoliku w uroczej, małej kawiarence. Oprócz nas jest tu jeszcze tylko jeden starszy mężczyzna czytający gazetę. W końcu jest środek zimy. Nikt w weekend o tej porze dnia i o tej porze roku po dobroci nie wyjdzie z domu.
-Muszę ci coś powiedzieć.-Clive uśmiecha się tajemniczo znad kubka z kawą. Zaczynam się obawiać.
-Tak?-Przełykam nerwowo ślinę i staram się udawać opanowanego.
-Nie spałem.-Rzuca ze śmiechem.
-Co?
-Nie spałem. Słyszałem, co mówiłeś.-Wyjaśnia. Nie! Mam ochotę zapaść się pod ziemię. A to jest miejsce publiczne i nawet nie mam się gdzie schować, a uciec nie wypada!
-I co?-Pytam z lękiem i ukrywam twarz w dłoniach.
-Nic.-Odpowiada.
-A co ty czujesz?
-Chcę z tobą być i zależy mi na tobie.-Wpatruje się w zawartość kubka.
-Nie pytam, czego chcesz, tylko co czujesz.-Drążę.
-Muszę mówić o tym teraz? Tutaj?-Znowu próbuje się usilnie wymigać. Co mu zależy?! Boi się? Oczekuję jedynie odrobiny szczerości.
-Zależy mi i postaram się zmienić. Obiecuję.-Ucina dyskusję. Nadal nic nie wiem, ale nie chce mi się drążyć, bo wiem, że i tak nic mi nie powie. Taki typ człowieka…

****

Powrót do rzeczywistości nie był znów tak bolesny, ale okrutnie przewidywalny. Znów się nie wysypiam, chodzę do tej durnej pracy i myślę o nie swoich problemach. Po pracy od razu popędziłem do szpitala. Wcześniej nawet nie gadałem z Ianem. Może to i lepiej? Po prostu czułem, że koniecznie muszę zobaczyć się z Davidem. Albo raczej zobaczyć jego… Kiedy odchodzę od szyby za którą leży, po godzinie nieudolnych prób nawiązania kontaktu, od razu kieruję się na trzecie piętro w poszukiwaniu Clive’a. Wiem, że to nieuprzejme, że przeszkadzam mu w pracy i że nie powinienem tego robić, ale nie mam pojęcia jak nazywał się lekarz, opiekujący się Davidem, a muszę wiedzieć, kiedy go wypuszczą!
-Dzień dobry.-Słyszę. Uznaję, że to nie do mnie i idę dalej.
-Dzień dobry!-Powtarza się, słyszę szybkie kroki i ktoś chwyta mnie za mankiet marynarki. Spoglądam w dół. Stoi obok mnie ta dziewczynka… Blondyneczka, która jako pierwsza mi się przedstawiła wtedy, kiedy czytałem tym dzieciakom baśnie. Bylem tu tylko jeden raz, trochę mi głupio.
-Cześć.-Uśmiecham się.
-Przyjdzie pan do nas jeszcze?
-Mam dużo pracy i …-Zaczynam niepewnie, kiedy dostrzegam zmierzającego w naszą stronę Clive’a.
-Hej, maleńka! Zmykaj do sali, co tu robisz?-Pyta, a dziewczynka ze śmiechem, pomykając na chudziutkich nóżkach znika na końcu korytarza.
-Kiedy go wypuszczacie?-Pytam.
-W poniedziałek.
-Za tydzień?-Upewniam się.
-Tak… Przyjdziesz do dzieci?
-Nie wiem. Nie mam na nic ochoty, brak mi energii, duszę się…-Odpowiadam zgodnie z prawdą.
-Musisz się jakoś rozerwać.
-Zobaczymy się w tym tygodniu?
-Tutaj?
-Nie!-Wywracam oczami.
-Zobaczę, jak się wyrobię z czasem. Zadzwonię do ciebie.-Odpowiada i znika szybciej niż się pojawił. Czy on przypadkiem nie wyłania się spod ziemi. Zawsze pojawia się w niespodziewanym momencie, a potem znika w mgnieniu oka. Dobra… Czyli jeszcze siedem dni muszę wytrzymać bez normalnego kontaktu z Davidem. Jakoś dam radę.

Opublikowano Bez kategorii | 3 komentarzy

Rozdział piętnasty – Niepewność

Siedzę przy biurku i rozmyślając o problemach Prior, Davida i Marka, czekam aż moi opóźnienie edukacyjnie uczniowie napiszą list formalny do właściciela korporacji. Przed końcem zajęć na pewno nikt tego nie napisze. To jednak prawda, że dzieci są bardziej pojętne…
-Przepraszam.-Słyszę. Głos wyrywa mnie z zamyślenia. O nie! Znowu ona? Wyobraziła sobie, że skoro minęło trochę czasu to może ochłonąłem i dam się namówić na randkę?
-Tak. Skończyła pani pracę?-Pytam, wskazując ruchem głowy trzymany przez nią w dłoni papier.
-Nie. Chciałam zapytać, jak będzie po hiszpańsku…-Pochyla się nad biurkiem. Co znów? „Wyjdziesz za mnie?”
-…uprzejmie.
-Uprzejmie?-Spoglądam na nią zdezorientowany. Kiwa głową, rozciągając w uśmiechu uszminkowane usta.
-Amable.
-Przepraszam, może pan powtórzyć? Amame?-Przechyla głową. W jej mniemaniu jest to zapewne urocze, a mnie doprowadza do furii. Czy ona liczy, że ją uduszę, a potem mnie wywalą z pracy?
-Amable. Amame oznacza obejmować…
-Amante, tak?-Pyta uradowana. Ona jest taka głupia, czy tylko udaje? Czy bardzo dobrze zna hiszpański i pogrywa ze mną w jakąś słabą grę?
-Amante to kochanek! A-ma-ble!-Mówię wyraźnie, wbijając wzrok w biurko, bo jak rzucę na nią okiem, to ją na pewno zamorduję.
-Amable. W porządku.-Mówi, przestaje się uśmiechać i stukając obcasami, tym razem żółtych, szpilek, wraca na swoje miejsce. Wzdycham i przerzucam kartki słownika. Nie mogę się na niczym skupić, nie jestem w stanie znaleźć sobie miejsca. Chyba za bardzo identyfikuję się z problemami moich znajomych. Czekam cierpliwie na koniec zajęć, a potem prędko odwieszam klucz i znikam. Tej uczelni nienawidzę chyba bardziej niż szkoły w której pracowałem wcześniej. Tam wszyscy mnie nie znosili i przestawiali z kąta w kąt, ale nikt mi się przynajmniej nie pchał do łóżka. Wychodzę na mroźne, zimowe powietrze. Wbijam wzrok w oblodzony chodnik i z rękami w kieszeniach zmierzam w stronę domu.
-Hej! Co jest z tobą? Martwimy się.-Ian niespodziewanie wyskakuje zza rogu i dotyka mojego ramienia. Jakbym miał za mało stresów, to jeszcze na mnie napadają z zaskoczenia! Wzruszam ramionami i idę dalej. Nie chcę z nikim rozmawiać.
-Przecież to nie ty chorujesz! Dlaczego tak bardzo to przeżywasz?-Chwyta mnie za ramiona i odwraca w swoją stronę. Zatrzymuję wzrok na jego twarzy. Jak on dziwnie wygląda… Może nie do końca dziwnie, ale jego wygląd kompletnie nie koresponduje z osobowością. Pedantyczny, inteligentny, zapobiegawczy Ian ma urodę aniołków z renesansowych fresków. Ma piękne, jasne, lśniące włosy, zielone oczy, którymi rzuca wszystkim inteligentne spojrzenia, długie rzęsy, idealnie wykrojone usta, zgrabny, prosty nos… Podobno tylko jedna na dwadzieścia osób na prosty nos, albo idealnie proste włosy… Stoi teraz naprzeciw mnie ubrany w beżowy, markowy płaszcz i zastanawia się, dlaczego się na niego gapię. Kiedy się na niego patrzy, człowiek ma ochotę go objąć nieświadomy tego, że Ian może zaraz wezwać służby porządkowe, ze względu na naruszenie nietykalności osobistej. Mrugam kilkukrotnie i wracam do rzeczywistości.
-Co to znaczy że „nie ja choruję”? Mam w takim razie nie przeżywać? Więc co mam zrobić?-Rozkładam bezradnie ramiona. Ian wzdycha demonstracyjnie i spogląda przez moment w ziemię, jakby szukał właściwego słowa.
-Spójrz na to… Z innej strony!
-Z jakiej strony? On umiera, czy ty tego nie rozumiesz? David się kompletnie załamuje, jego odporność ledwo zipie, a ja mam sobie powiedzieć:”To mnie nie dotyczy, trzeba żyć dalej, przecież nic mi nie jest! Olać sprawę! Niech on tam sobie leży i zastanawia się co z nim będzie, a ja … Nie wiem… Pójdę sobie do klubu i będę się śmiać, tańczyć z kim popadnie, potem pójdę spać, a następnego dnia pomyślę sobie, że jest wspaniała pogoda i mógłbym na przykład… Zmienić coś w swoim życiu i zapisać się na… Jogę!” Więc ja się zapiszę na jogę, a on tam będzie leżeć i …-Coraz bardziej się nakręcam i jeszcze chwila, a wybuchnę płaczem, albo go uderzę.
-Nie to miałem na myśli.-Ian unosi w obronnym geście dłoń otuloną czarną, skórzaną rękawiczką.
-Wy wszyscy nigdy nie macie „tego” na myśli!-Odpowiadam i odwracam się by odejść.
-Czekaj!
-Nie mam z tobą o czym gadać. Najwidoczniej ty patrzysz na to „z innej strony”!
-Cholera jasna, Vincent! Ty nic nie rozumiesz.-Warczy. Od kiedy Ian przeklina? Przecież to takie nieprofesjonalne. Próbuję przyśpieszyć i najzwyczajniej w świecie uciec. Skoro nie chce się odczepić po dobroci, to ja muszę go od siebie odczepić i zniknąć z jego pola widzenia.
-Świetnie! Izoluj się od wszystkich! Na pewno ci to pomoże!-Woła jeszcze z ironią i odchodzi. Spoglądam przez ramię, jak przebiega przez jezdnię.

****

Leżę bezwładnie na kanapie, twarzą do dołu i nie mam na nic siły, ani ochoty. Clive przysłał wiadomość z pytaniem, czego od niego oczekuję. Nie odpowiedziałem. Nie chcę, a poza tym sam nie znam odpowiedzi… Ktoś puka do drzwi. Zastanawiam się przez moment, czy otworzyć. A jeśli to Clive? Albo znowu Ian z jakąś swoją głupią filozofią? Pukanie nie ustaje, ale przybiera na sile. Zwlekam się niechętnie i idę otworzyć. Gapiąc się smutno w podłogę otwieram drzwi. Czekam, aż gość się odezwie. albo bezczelnie wlezie do mieszkania, ale nikt się nie odzywa. Co to? Jakieś durne żarty? Wzdycham, klnę w duchu i podnoszę wzrok. Stoi przede mną Jasper. Chociaż stoi to za dużo powiedziane. Tkwi jakiejś dziwnej pozycji, z ugiętymi kolanami, trzymając się kurczowo obiema dłońmi framugi. Wygląda koszmarnie. Patrzy na mnie przez moment z lękiem w oczach, a potem osuwa się na próg. Pobita Prior nie wyglądała tak źle! Zastanawiam się przez moment co mam zrobić, rozglądam się wokoło i wymachuję nerwowo rękami. Nie mogę go tu tak zostawić. Ostrożnie go podnoszę i lokuję na kanapie, podobnie jak Prior. Dzwonię po pogotowie, a potem do Clive’a. Chyba zwyczajnie dlatego, że nie chcę być teraz sam. Siadam na podłodze, obok kanapy na której leży nieprzytomny Jasper. Ostatni raz widziałem go w dniu w którym poznałem Clive’a, więc dlaczego przyszedł do mnie, kiedy go pobili? Nie ma innych znajomych? Zerkam na niego z przestrachem. Nie było go nawet nigdy w moim mieszkaniu. Skąd u licha wiedział, że ma przyjść właśnie tutaj? To jest ewidentnie podejrzane… Czekając na pogotowie cały czas siedzę na podłodze. Kiedy zaczynają się dobijać do drzwi podnoszę się z trudem i otwieram. Udaje im się go ocucić i pytają, czy zdoła zejść po schodach z ich pomocą. Kiwa głową, choć wygląda na zamroczonego. Znikają kilkanaście minut później. Obserwuję jeszcze, jak karetka odjeżdża sprzed bloku. Nie zamieniliśmy nawet słowa. Ale skoro już do mnie przyszedł to powinienem go odwiedzić… Pogadać. Nie! To nie ma sensu. Po co mam z nim gadać? O czym? Clive wpada do mieszkania po upływie kolejnego kwadransa.
-Co się stało?-Pyta z lękiem. Pewnie znowu spodziewał się, że wzywam go do ofiary jakiegoś wypadku albo choroby.
-Nic. Chciałem z kimś pobyć, pogadać.-Siadam na kanapie, ukrywam twarz w dłoniach, oddycham głęboko.
-Jesteś strasznie blady! Byłeś dzisiaj na świeżym powietrzu?
-Byłem w pracy!
-Zdołasz jutro odwiedzić dzieci?-Pyta. Wzruszam ramionami.
-Nie wiem.
-Vincent! Nie możesz się tak do wszystkiego zniechęcać! Przecież to nie ty chorujesz i to nie twoja wina! Wiem, że chciałbyś coś zrobić, ale jak tak dalej pójdzie, to popadniesz w depresję!-Kuca naprzeciw mnie, torba zsuwa mu się z ramienia i uderza o podłogę.
-Dajcie mi spokój. Chciałem, żebyś ze mną porozmawiał, a nie prawił morały. Wszyscy wszystko wiedzą lepiej! Ty, Ian…
-Powiedziałeś reszcie?
-Tak jakby.-Kiwam głową.
-Wstawaj. Pójdziemy gdzieś. Już się na mnie nie gniewasz?
-Nie… To i tak nie była twoja wina.-Mamroczę, nie patrząc mu w oczy, bo trochę mi głupio. Potrzebuję go. Nie wiem tylko dlaczego on wybaczył mi moje zachowanie. W końcu to ja zachowałem się jak kretyn… Wyciąga rękę i siłą mnie podnosi.
-Przestań dramatyzować. Jesteś dorosłym człowiekiem, kieruj się rozsądkiem.-Popycha mnie do przedpokoju. Mam nie dramatyzować? Prior, Mark, Dave, a teraz jeszcze Jasper… Ja mam nie dramatyzować?!

****

Clive idzie obok mnie przez park, z przewieszoną przez ramię torbą. Wygląda doskonale. Taki wysoki, smukły… Idziemy w milczeniu. Nie umiem ubrać w słowa swoich myśli, a nie mam ochoty na gadanie o bzdurach. Clive zerka na mnie co chwila ukradkiem. Kombinuje coś.
-Dobra. Chciałeś deklaracji.-Stwierdza i pada przede mną na jedno kolano, na środku oblodzonego, lodowatego chodnika. Kamienieję.
-Wyjdziesz za mnie?-Pyta. Wiem, że żartuje, bo widzę iskierki w jego oczach. Czy wszyscy wokół mnie powariowali?
-Odbiło Ci! Wstań.-Wyciągam do niego rękę. Posłusznie podnosi się i patrzy mi przez moment w oczy.
-Próbowałem cię rozbawić… A odwiedzisz chociaż ze mną moich rodziców? Dużo im o tobie naopowiadałem.
-My się znamy dopiero półtora miesiąca…
-Sandy przedstawiła rodzicom swojego nowego faceta po tygodniu znajomości. Byli razem dwa lata, dopóki on nie zginął w katastrofie lotniczej.-Mówi ze spokojem. Wiatr rozwiewa mu włosy. Co mam powiedzieć? Nawet gdybym nie chciał na pewno się zgodzę.
-Może w sobotę?-Proponuje, przechylając głowę.
-Nie zgodziłem się na nic.
-Ale się zgodzisz.
-To jest szantaż!
-Raczej taki… Mały szantażyk.-Uśmiecha się uroczo.
-Dobra.-Kapituluję i spoglądam w ziemię.
-Hej! Uśmiechasz się.-Chwyta mnie za podbródek, żeby spojrzeć mi w oczy. Jest w nim coś niesamowitego. Jakiś urok, magnetyzm. Dzięki takim zagraniom mógłby nieźle manipulować ludźmi. Czy czasami nie manipuluje mną?
-A teraz zabieram Cię do mnie, bo musisz coś zjeść. Nie wyglądasz na człowieka, który ma za sobą dwa pożywne posiłki, dzisiejszego dnia.
-Za bardzo się denerwuję, żeby jeść.
-To przestań! Pozytywne nastawienie naprawdę działa cuda. A ja muszę Cię podkarmić, bo czuję się za ciebie odpowiedzialny. Czekaj, stój. Wezwę taksówkę.-Mówi, kiedy wychodzimy z parkowej alejki i jesteśmy w połowie chodnika. Dlaczego on mi wszystko wybacza? Naprawdę mu zależy czy po prostu musi mieć kogoś z przyzwyczajenia? Znowu rozmyślam. Szlag by to trafił!
-Co z Davidem?-Pytam, kiedy Clive chowa telefon do kieszeni.
-W porządku. Za dwa tygodnie wypiszemy go do domu. Musi brać leki… Przy okazji… Mój ojciec zgodził się ofiarować… Dać pieniądze na miesiąc leczenia terapią HAART.
-Przecież on go nawet nie zna. Nie zna nawet mnie.-Mówię podejrzliwie.
-Mam swoje sposoby. Nie zauważyłeś jeszcze, że mam dar przekonywania. Opowiedziałam mu o nim, o tobie… O tym, że się przyjaźnicie, nakreśliłem dziesiątki pozytywnych cech, którymi dysponuje David… Jeżeli będzie brać leki odpornościowe, antyretrowirusowe, to naprawdę możemy… O ile nie wydłużyć jego życie, to na pewno poprawić jego komfort. Potem terapię zwykłymi lekami, które stosujemy teraz zastąpimy HAART. Wiesz na czym polega?
-Wiem. Przeczytałem masę informacji o AIDS i o leczeniu, kiedy Dave zachorował. Szukałem sposobu. Teraz będę musiał jakoś odwdzięczyć się twojemu ojcu.
-Nawet nie próbuj. Nie znosi nachalnej wdzięczności. Wychodzi z założenia, że jeśli komuś pomaga to dlatego, że chce, a nie po to, żeby bić mu pokłony i drukować dyplomy.-Parska śmiechem.
-Skąd on ma tyle pieniędzy, które może ot tak ofiarować?-Patrzę mu w oczy.
-Jest specjalistą.-Odpowiada, jakby to miało wszystko wyjaśnić. Nie wnikam.

****

Dlaczego jestem tak naiwny i pozwalam mu się we wszystko wrabiać? Dlaczego? Siedzę na plastikowym, czarnym krześle i czekam, aż Ian wróci ze… Spotkania? Wizyty? Widzenia? Jest. Idzie w moją stronę prężnym, szybkim krokiem. Wiem, że David nawet gdyby miał umrzeć za dwie minuty, nie zmieni swoich przekonań. Zrezygnowany kiwam głową.
-Idziemy?-Pyta Ian, wsuwając dłonie do kieszeni spodni.
-Czy on kiedyś wyjdzie ze szpitala?-Pyta, kiedy wstaję z krzesła i ubieram płaszcz.
-Tak.Podreperują trochę jego zdrowie, będą pilnować ilości limfocytów i będzie musiał stale brać leki hamujące namnażanie się wirusa.-Powtarzam to, co powiedział mi Clive.
-Ale skoro zwykła infekcja może go zabić…-Rozkłada bezradnie ręce, bo nie rozumie. Wzruszam ramionami. Wychodzimy ze szpitala.
-Martwię się. Naprawdę… Wiem, że może tego nie widać, ale…-Ian najwidoczniej nie wie, co powiedzieć.
-Wszyscy się martwimy.-Odpowiadam. Najgorsze jest to, że nie ma z nim żadnego kontaktu. Cholera jasna! Mija nas jakaś kobieta. Wysoka, szczupła, ubrana w liliowy płaszczyk. Zwracam na nią uwagę zwłaszcza ze względu na ten kolor… Przechodzi obok nas szybkim, nerwowym krokiem, z opuszczoną głową. Dopiero teraz dostrzegam, że to moja nowa sąsiadka. I dałbym sobie rękę uciąć, że miała podbite oko… Chryste! Ją ktoś naprawdę bije.
-Coś się stało?-Pyta Ian. Pochyla się w moją stronę, a pasmo włosów wymyka się z perfekcyjnie ułożonej fryzury.
-Nie. W porządku.-Mamroczę i rozpatruję kwestię zatelefonowania na policję.
-Chodź, zabiorę Cię do nas. Adrien siedzi w domu. Zjemy obiad, pobawisz się z Amy. Powiem Ci, że się za tobą stęskniła.-Uśmiecha się. Próbuje rozweselić i siebie i mnie, ale z marnym skutkiem. Doliczam do swojej długiej listy problemów kolejny. Chyba powinienem przestać żyć życiem innych ludzi.

****

Budzi mnie dźwięk przychodzącego sms’a. Niechętnie sięgam po telefon, bo wiem, że to nie David. Zadziwiające… Wcześniej nienawidziłem, kiedy budził mnie telefonami, albo wiadomościami, a teraz o tym marzę. Odczytuję:”JUTRO JEST SOBOTA.” Od kogo to? Clive. I co z tego, że jutro jest sobota? Matko! Na śmierć zapomniałem. Wyjazd do jego rodziny. Automatycznie odechciewa mi się wszystkiego. A za godzinę muszę być w szkole. Zwklekam się niechętnie i idę do łazienki. Ubieram się, jem śniadanie i po czterdziestu minutach jestem gotowy do wyjścia. Nie ma mowy, żebym dotarł tam w dwadzieścia minut. Kiedy spóźniony wpadam do sali wszyscy już tam są.
-Witam. Przepraszam państwa za spóźnienie.-Rzucam i dopadam do biurka. Czarnowłosa kobieta w szpilkach, która dziś wbiła się w zieloną sukienkę, unosi dłoń, pobrzękując bransoletkami.
-Tak?-Pytam niechętnie i opieram dłonie o biurko.
-Jak będzie…
-Za pani plecami, na regale, stoją słowniki!-Mówię głośno i wyraźnie. Nieruchomieje z rozchylonymi ustami i uniesioną ręką. Chyba nie tego się spodziewała.
-Dobrze. Dzisiejszy temat to…-Wzdycham i otwieram podręcznik Jak ciężko pracuje się z ludźmi, którzy nic nie przyswajają!
-”W szpitalu”.-Odzywa się nieśmiało jakiś głos z końca sali.
-Zgadza się.-Odnajduję właściwą stronę. Jakby mało mi było szpitali. Dyktuję im słówka, a kiedy zajęcia się kończą jak zwykle uciekam. Przed nachalną uczennicą, przed upierdliwą nauczycielką i przed wszystkimi ludźmi, którzy potencjalnie mogliby mnie zaczepić. Kiedy wchodzę po schodach, kierując się do swojego mieszkania słyszę jakiś rumor. Początkowo zastanawiam się, czy nie lepiej zawrócić, albo przeczekać, ale ciekawość bierze górę. To ta nowa sąsiadka… Ta, którą chyba ktoś bije i która tak obcesowo mnie potraktowała, stoi tyłem do mnie, zaciskając palce lewej dłoni na rączce walizki na kółkach.
-Dzień dobry.-Wołam. Wzdryga się i kuli w sobie. Nie ma w niej tego władczego egoizmu, który widziałem na początku.
-Wyjeżdża gdzieś pani?-Pytam z uśmiecham. Potrząsa głową, nadal na mnie nie patrząc.
-Wyprowadzam się.-Oświadcza.
-Już? Niedawno się pani wprowadziła. Cieszyła się pani, że dziadek przepisał pani mieszkanie…
-Nie pański interes.-Warczy i odwraca się prędko w drugą stronę, przysłaniając twarz włosami. Nawet jest mi jej żal, choć od początku jej nie polubiłem.
-Ma pani jakiś problem?
-Nie!
-Może jakoś pani pomóc?
-Poradzę sobie. Żegnam.-Odpowiada i ciągnie za sobą walizkę, która zatrzymuje się uparcie na każdym stopniu. Obserwuję przez moment, jak schodzi w dół. Na pewno ucieka przed przemocą… Może to jakiś prześladowca? Nie powinienem o tym myśleć. Mam dość własnych problemów. Dzisiaj i tak nie było tak źle. Wiem, że jutro będzie gorzej…

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Rozdział czternasty – Diagnoza

Cztery dni później znów odwiedzam Davida w szpitalu. Już odzyskał przytomność. Leży blady, bezbronny w białej, szpitalnej pościeli, a ja siedzę obok łóżka na czarnym, plastikowym krześle, nerwowo zaciskając dłonie.
-Mówili mi, że to ty zadzwoniłeś po karetkę. Dzięki.-Szepcze.
-Przecież to normalne, że mi zależy… Jak długo miałeś te objawy?
-Przez piętnaście dni. Robili mi badanie krwi. Najpierw nikt nie chciał nic powiedzieć, bo bali się, jak zareaguję, ale potem powiedzieli, że to badanie na obecność HIV i AIDS, bo wcześniejsze nie wykazały… Innych chorób.-Mówi cicho i niewyraźnie. W zasadzie nawet nie przypomina siebie. Wygląda raczej jak cień Davida, którego dotychczas znałem. Korytarzem zmierzają kroki. Milkniemy i wpatrujemy się w otwarte drzwi. Clive pędzi w stronę lekarza, który badał Dave’a. Bierze od niego dokumentację, o czymś z nim rozmawia, kiwa głową. Zmierza w naszą stronę prężnym krokiem. Dave przygląda mu się z lękiem i nadzieją. Clive zatrzymuje się naprzeciw niego, spogląda w podłogę, oddycha głęboko i mówi:
-Mamy diagnozę. Powtórzyliśmy badanie i … Nie ma wątpliwości. Przykro mi. Masz… AIDS.
-Co?-David pochyla się do przodu i patrzy na niego wielkimi z przerażenia oczami. Chwytam go za rękę.
-Masz AIDS. Musiałeś być nosicielem już od kilku lat i organizm… -Zaczyna. Dave cały czas nerwowo potrząsa głową, wpatrując się martwym wzrokiem w ścianę.
-Rocznie na AIDS umierają dwa miliony osób! I co? Mam czekać, aż mnie to cholerstwo wykończy i zastanawiać się, czy umrę teraz, czy może za dwa lata? A może jeszcze lepiej dostanę raka, bo mam upośledzoną odporność i będę zdychać w jeszcze gorszych, [CENZURA], męczarniach!-Podnosi głos. Clive uspokaja go gestem.
-A HAART?*-Spoglądam na lekarza, ale znowu odzywa się David.
-Nie refundują tego. Ale skoro i tak umrę, to mógłbym sprzedać nerkę i za to leczyć się przez jakieś dwa miesiące. Rzecz w tym, że mojej nerki nikt nie kupi, bo jestem chory, a nawet jak ktoś kupi, to potem wysiądzie mi ta druga, w wyniku leczenia.
-Zaczekaj! Musisz wszystkim powiedzieć. Może uda nam się razem zebrać pieniądze na terapię? Najnowsze leki pozwalają na przeżycie czterdziestu pięciu lat od momentu jej rozpoczęcia.
-Tak. I może jeszcze dam ogłoszenie do gazety? Albo nie! Wiem! Zgłoszę się do telewizji i rozpłaczę na wizji. Poza tym po pół roku terapii efekty są niewielkie, a takiej kasy to nie zdobędziemy nigdy. Chyba, że napadniemy na Biały Dom, albo jakiś większy bank. Rok leczenia kosztuje około 135 tysięcy.-Mamrocze. Clive cały czas stoi naprzeciw nas.
-A może zgłosimy się do jakiejś fundacji, przecież musi być nadzieja.-Ściszam głos. Dave przez moment patrzy w skupieniu na Clive’a, a potem pyta:
-Czy ty tu przypadkiem, kurwa, nie pracujesz? Po chuj tu stoisz?
-Pójdę już.-Mamrocze i opuszcza salę, a David najpierw spogląda na mnie, w poszukiwaniu ratunku, a potem opętańczym wzrokiem rozgląda się po sali. Jak mam mu pomóc?

****

-Zarażenie HIV może nie dawać objawów nawet przez dziesięć lat. Kurwa! Nawet nie wiadomo, kto i kiedy sprzedał mi tego wirusa! Wiesz ilu ja mogłem zarazić ludzi? Ilu mam facetów na sumieniu? To jest jak seryjne morderstwo.-Odzywa się Dave, nerwowo rozglądając się po sali. Przecież on zaraz popadnie w obłęd!
-Nie zadręczaj się.
-Łatwo Ci mówić! Ty nie umierasz! I co z tego, że to nie rak, skoro to taki sam wyrok?
-Uspokój się, błagam.-Wyciągam rękę. Chcę go pogłaskać po głowie, ale chwyta mnie za nadgarstek i morduje wzrokiem. Do sali wchodzi wysoka, opalona kobieta w lekarskim kitlu i rózowych spodniach. Ustalam, że najwyższa chwila, żeby sobie pójść, bo coraz bardziej udziela mi się jego szaleństwo. Żegnam się i obiecuję, że będę go co dzień odwiedzał. Słyszę jeszcze, jak kobieta przedstawia się jako lekarz psychiatra. Idę sam pustym, chłodnym, szpitalnym korytarzem. Przecież wszystko było dobrze! A potem kilkutygodniowa choroba, osłabienie, niepokojące objawy… Gdyby się regularnie badał na obecność HIV… Mark jest nosicielem, nie ma stadium objawowego, a widzę w jakim jest stanie. W takim razie odporność Dave’a musi być w strzępkach. Kręci mi się w głowie, więc siadam na najbliższym plastikowym krześle. Ukrywam twarz w dłoniach, oddycham głęboko. Clive jak zwykle przyłazi. On mi musiał wczepić jakiś mikro-chip i mnie bezczelnie namierza!
-Hej. Nie denerwuj się.-Mówi spokojnie. Łatwo mu mówić. On przywykł do takich informacji.
-Wróć do domu. Wezwij taksówkę, dobrze? Teraz jest u niego psychiatra, naprawdę mu pomożemy. Niemal wszystkie choroby towarzyszące AIDS da się wyleczyć! Hej! Vincent!-Woła i pochyla się nade mną, bo nadal na niego nie patrzę. Mam dość! Mam dość wszystkiego!
-Nigdzie nie idę.
-Proszę Cię, nie zadręczaj się. To jest stadium objawowe, ale nie ma jeszcze żadnej choroby towarzyszącej…
-”Towarzyszącej”? Wiesz jak to brzmi?-Pochylam się do przodu, by spojrzeć mu w oczy.
-Vincent, rozumiem twoje zdenerwowanie, ale naprawdę w ten sposób nie pomagasz. Nie możesz mu pokazać, że się boisz. Musisz być silny, wspierać Davida w walce…
-Z wiatrakami.-Mamroczę.
-… z chorobą. -Mówi ze spokojem. Tak… Na jedno wychodzi!
-Wezwę dla ciebie taksówkę. Za pięć minut masz czekać przed schodami do szpitala i wrócić prosto do domu.
-Dlaczego tak mówisz? Boisz się, że coś sobie zrobię?-Pytam cynicznie. Popadam w obłęd i byłbym chyba nawet gotów kogoś zabić.
-Nie. Po prostu się martwię.-Odpowiada i odchodzi. Palant. Niech mi wszyscy dadzą święty spokój!
-Nasi lekarze chorób zakaźnych zrobią naprawdę wszystko, żeby mu pomóc.
-To choroba śmiertelna.-Mówię.
-Przewlekła, z którą można żyć.-Odpowiada i uśmiecha się słabo.
-Gwarantujesz mi, że przeżyje?
-A jako nosiciel możesz spokojnie dożyć starości i umrzeć śmiercią naturalną.-Kontynuuje ignorując moje pytanie, a potem mówi, że mam przestać o tym myśleć i czekać na taksówkę. Łatwo mu mówić!

****

Zamiast wrócić do domu odwiedzam Iana i Adriena, bo mam dość siedzenia samemu z problemem. W sumie nie wiem, czy mogę im powiedzieć, bo nie rozmawiałem z Davidem na ten temat… Adrien zasłaniając połaciami papieru cały stół projektuje kolejny budynek. Dave sądzi, że jest taki małomówny i wycofany, bo chciał być artystą, a został architektem i kumuluje w sobie wściekłość. Amy buduje wieże z klocków, a Ian siedzi w fotelu i czyta dzieło Rudyarda Kiplinga. Nie wiem, co mam zrobić. Uciec? Powiedzieć im o AIDS? Czy może zacząć niezobowiązującą dyskusję o niczym? Zagryzam nerwowo wargę.
-Cześć. Było powiedziane, że możesz wejść, więc dlaczego milczysz?-Odzywa się Ian, podnosząc wzrok znad książki i mierząc mnie spojrzeniem zielonych oczu. Amy dopiero teraz zauważa, że tu jestem. Wstaje z podłogi i dopada do moich kolan. Patrzę na nią – taką maleńką, bezbronną, niewinną i nie znającą okrucieństw dorosłego świata.
-Cześć.-Cofa się o dwa kroki i splata dłonie za plecami. Patrzę jej w oczy i wybucham płaczem. Przyciskam dłonie do skroni i staram się nie utracić równowagi. Ian zamyka książkę, rzuca ją na krzesło i dopada do mnie, Amy patrzy na nas z lękiem, a Adrien dopiero teraz orientuje się, że przyszedłem i odrywa się od pracy.
-Hej! Co jest?-Pyta z troską i kuca obok mnie, bo zdążyłem się już osunąć na podłogę. Popadam w regularną histerię. Zaraz zacznę sobie wyrywać włosy, padnę krzyżem i będę tak ryczeć przez trzy dni, aż w końcu się zapłaczę na śmierć i będę figurować przez tydzień na pierwszej stronie każdej gazety, z niechlubnym nagłówkiem:”Umarl ze wzruszenia”.
-Co się stało?-Pyta ze spokojem i śmiertelną powagą Ian. Założę się, że gdyby ktoś rozjechał na jego oczach trzy osoby, to nawet nie drgnęłaby mu powieka. Co to jest za człowiek?
-Da… David… Ma … A… AIDS.-Mówię, połykając łzy i nawet nie jestem pewien, czy mnie zrozumieli.
-Co? Przestań płakać! Chryste!-Jęczy Adrien i patrzy na mnie z lękiem, a potem, ponaglany przez Iana bierze Amy w ramiona i znika z nią w sąsiednim pomieszczeniu. Pewnie nie chcą, żeby przeze mnie doznała traumy, albo jakiegoś podobnego psychicznego uszczerbku.
-Co się stało?-Powtarza Ian i chwyta mnie za ramiona, żebym przestał się trząść.
-David ma AIDS.-Mówię i szlocham jeszcze głośniej.
-Cholera jasna! Jak to?-Jego zielone źrenice gwałtownie się powiększają.
-Zwyczajnie! Nie udawaj idioty!
-Od kiedy?
-Nie wiem! Dzisiaj trafił do szpitala, bo od dwóch tygodni… Ja się chyba zabiję!-Jęczę i ukrywam twarz w dłoniach, podciągając kolana pod brodę.
-Nie mów tak.
-Wiesz jak on musi cierpieć? Wiesz, co go jeszcze może czekać? Może dostać zapalenia przełyku, gruźlicy, toksoplazmozy, może mieć chłoniaka mózgu…
-Może, ale nie musi!
-W ciągu doby może powstać nawet dziesięć miliardów kopii wirusa.
-Może, ale nie musi!-Powtarza. Jemu też odbija? Może jak się zgłosimy dobrowolnie na zbiorowe leczenie psychiatryczne, to dostaniemy jakąś zniżkę, czy coś…
-Co z Prior?-Pytam.
-W porządku. Ty mi lepiej powiedz co z nim.
-Co ja ci mogę powiedzieć? Ma AIDS… Stadium objawowe. Z tym się przeżywa dwa, trzy lata…-Mówię i patrzę na swoje dłonie. Drżą. Próbuję się opanować, jak tylko mogę, ale nie jestem w stanie. Nie dam rady. Nie mam siły.

****

Kiedy dwa dni później pojawiłem się ponownie w szpitalu, okazało się, że David zniknął z sali, w której dotychczas leżał i moją pierwszą myślą było, że nie żyje.
-Gdzie jest Dave?-Wołam, odnajdując w końcu Clive’a w gąszczu korytarzy. Patrzy na mnie jak na psychopatę z jednym okiem, z kosą, tasakiem i siekierą w aktówce.
-Przenieśliśmy go na oddział zakaźny. Trzecie piętro, na lewo. I tak nie możesz się z nim widzieć, bo jest w izolatce.-Mówi spokojnie. Co?
-I on ma się nie zadręczać? Traktujecie go jak zadżumionego.
-To normalne procedury. Masz AIDS – jesteś na zakaźnym. Logiczne, prawda?-Rozkłada bezradnie ramiona. Tracę kontakt z rzeczywistością i sam nie wiem, co jest właściwie, a co nie.
-Dobra… Ale.. Przecież on tym nikogo ot tak nie zarazi!
-Ale jeżeli będzie leżeć w normalnej sali ktoś może czymś zarazić jego! Nie rozumiesz? Staramy się odbudować jego odporność na tyle, na ile to możliwe i nie możemy narażać go na żadną chorobę! Najmniejsza infekcja może go zabić! -Mówi. Nie odpowiadam.
-Za godzinę kończę dyżur, przyjdę po ciebie.-Informuje i idzie w kierunku windy.
-A może ja chcę tutaj siedzieć przez dwie godziny?-Wołam. Uśmiecha się, potrząsa głową i wciska przycisk przy drzwiach. Obserwuję, jak znika w środku a potem idę na trzecie piętro. Pielęgniarka zatrzymuje mnie po drodze, ubiera w sto elementów ochronnej garderoby i pozwala iść dalej. W końcu odnajduję Dave’a. Leży za szybą, jak na jakiejś pieprzonej, sklepowej wystawie. Delikatnie pukam w szybę palcem. Powoli podnosi powieki. W sumie nie wygląda tak źle, ale… Czegoś brakuje. Jakiegoś blasku… Może tego cynicznego uśmiechu? Sam nie wiem… Uśmiecham się i macham mu na powitanie. Unosi dłoń i w odpowiedzi pokazuje mi wyprostowany środkowy palec. Wiem, że się boi, ale jak zwykle wszystko ukrywa pod maską drania. Nawet nie wiem, czy mnie słyszy. Mówię coś, ale kręci powoli głową. Kolejną godzinę spędzam więc na bezskutecznych próbach porozumienia się z nim na migi. Na wiele się to nie zdaje, ale przynajmniej udaje mi się go rozbawić. Po upływie godziny i wykonywania idiotycznych wygibasów, pkazuję mu, że muszę już iść. Kiwa głową. Posyłam mu ręką pocałunek, macham, pokazuję, że trzymam kciuki i schodami zbiegam na dół z trzeciego piętra. To przerażające, jak samo obcowanie z chorym człowiekiem i świadomość choroby mogą wpłynąć na ciebie. Przecież ja z nim nawet nie rozmawiałem, nie mogłem go dotknąć, nie stałem z nim twarzą w twarz, a i tak jestem cholernie przygnębiony. Zamyślony wpadam na kogoś. Już mam uprzejmie przeprosić, kiedy orientuję się, że to Clive. Jak się kiedyś obudzę, a on będzie wisieć przyklejony do sufitu na płasko, nad moją głową, to się wcale nie zdziwię!
-Właśnie chciałem Cię poprosić, żebyś kończył. Chodź, zawiozę cię do domu.-Mówi.
-Co z nim?
-Minęło dopiero sześć dni leczenia. Ale zaczęliśmy terapię farmakologiczną.-Odpowiada i gada o czymś przez moment z recepcjonistką, a potem wychodzimy razem ze szpitala.
-Jak długo będzie żył?-żądam konkretów.
-Lekami możemy wydłużyć jego życie o trzy lata, ale to wszystko zależy też od ogólnej kondycji organizmu.-Odpowiada pokrętnie i stawia kołnierz płaszcza. Idziemy na parking. Clive otwiera mi drzwi. Siadam na miękkim, wygodnym, profilowanym fotelu. Auto też cholernie drogie. Czy on na boku nie prowadzi jakiejś nielegalnej działalności? Jedziemy w milczeniu. Wpatruję się w ośnieżone ulice i budynki.
-Jak długo będziemy to ciągnąć w ten sposób?-Pytam. W sumie nie celowo, ale odruchowo. Po prostu podświadomie chcę wiedzieć. Zerka na mnie zdezorientowany przez ułamek sekundy i ponownie spogląda na drogę.
-Co?
-Co nas łączy tak na dobrą sprawę? Jakaś wynaturzona przyjaźń?-Wywracam oczami.
-Chryste! Ty znowu o tym?-Hamuje gwałtownie i zjeżdża na parking koło jakiegoś wieżowca.
-Tak. Nie będę w tym siedział przez pięć lat i czekał na jakiś ruch z twojej strony, aż w końcu stwierdzisz, że odchodzisz, bo chyba jednak nic z tego nie będzie!
-Vincent! Nie wiedziałem, że jesteś taki wredny! Ale wiedziałem, że jesteś cholernie uparty.- Warczy i potrząsa głową.
-Kim ja jestem? Jakimś pieprzonym przecińkiem w twoim napiętym grafiku?
-Przepraszam, nie chciałem… Wiesz, że nie chciałem, żebyś tak to odebrał…
-Przestań mnie wreszcie przepraszać! Mam tego dość! Zrób coś i skończ gadać! Myślisz, że wszystko załatwisz słowem „przepraszam”? Że wszyscy Ci wszystko wybaczą? Ot tak?-pstrykam palcami.
-Nic takiego nie powiedziałem.
-Miało być inaczej. Obiecałeś, że przestaniesz mnie traktować, jak obcego, któremu kiwa się na powitanie, a przez resztę tygodnia ma gdzieś! Mam dość…
-Wybacz, zrobię dla ciebie wszystko.-Uspokaja się i próbuje mnie objąć, ale wysiadam z auta. Od razu robi to samo.
-Nie rób scen, Vincent! – woła. Wsuwam ręce do kieszeni. Mroźny wiatr wieje mi w twarz. Dave powiedziałby, że histeryzuję i mam go nie wkurwiać, bo ukręci mi łeb, ale jestem wściekły, rozżalony, psychicznie rozbity i w gruncie rzeczy już chyba mi wszystko jedno. Dość mam w życiu niedomówień! Clive staje obok mnie.
-Czego się boisz? Przecież każdemu coś może się nie udać! Nie potrafisz dać ponieść się chwili, przestać planować? Mam się dostosować do twoich wymagań? O co chodzi? Mówi głośno i wyraźnie, jakby uznał, że do końca mi odbiło i jak powie normalnie, to do mnie nie dotrze. Nawet na niego nie patrzę.
-Wsiadaj do auta.
-Nie. Wrócę sam do domu.
-Wsiadaj, bo spieprzymy to całkiem!-Podnosi głos. Spoglądam na niego i wściekły wsiadam do samochodu.
-Wiem, że jest ci źle i że masz mnóstwo problemów, ale mógłbyś się na mnie nie wyżywać. To nie ja zapłodniłem twoją znajomą i nie ja zaraziłem wirusem twojego przyjaciela, więc przestań się na mnie wydzierać.-Mamrocze bardziej do siebie niż do mnie i odpala samochód.

*HAART – terapia antyretrowirusowa stosowana w przypadku zakażenia HIV, w której podstawową zasadą jest stosowanie mieszanki co najmniej trzech leków przeciwretrowirusowych w kombinacji zalecanej przez światowych ekspertów. Stosując równocześnie trzy leki antyretrowirusowe zmniejsza się szansę, że w wyniku mutacji powstanie rodzina wirusów równocześnie odporna na wszystkie trzy. Podobne podejście współcześnie stosuje się w terapii gruźlicy.

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , | 1 komentarz

Rozdział trzynasty – David

Do domu wracam zmęczony, jak nigdy. Wypełnianiem formularzy, gadaniną Clive’a, wizytą w szpitalu, która nie miała w sumie sensu, bo nie było tam Jaspera, podrywami głupich bab i zajęciami w szkole. A na dodatek muszę jutro, o piętnastej stawić się na tym cholernym wolontariacie. Siadam na kanapie i wykręcam numer Davida. Odchylam w tył głowę i zamykam oczy. Odbiera po trzech sygnałach.
-Dave,mam do ciebie pytanie…
-Moja odpowiedź brzmi nie. Nie przekonasz mnie do pojebanych pomysłów Iana i Adriena.-Wchodzi mi w słowo.
-Nie dzwonię w tej sprawie. Chciałem zapytać, czy odwiedzisz że mną jutro Marka, w szpitalu.
-Pewnie. O ile nie będzie na mnie patrzył, jakbym mu wymordował połowę rodziny, to mogę przyjść.-Odpowiada.
-W porządku. Pójdziemy tam o jedenastej? Wtedy zaczynają się godziny odwiedzin. Potem mam jeszcze wolontariat…
-Więc jednak będziesz śpiewać, czy tam czytać tym dzieciom?-Pyta zaskoczony.
-Tak…-Wzdycham, bo jestem świadom, że sobie nie poradzę, a dzieci, choćby nie wiem, jak chore, na pewno uznają mnie za ułomnego.
-Dasz radę! Byłem dzisiaj na terapii. Mój psycholog chyba mi sugeruje, że jestem socjopatą. Najpierw próbował do tego nawiązać, a potem wcisnął mi plik ulotek. Pierwsza z brzegu: „Socjopata nie liczy się z cudzymi opiniami, nie potrafi podporządkować się zasadom współżycia społecznego. Brakuje mu sumienia i odpowiedzialności wobec innych, wstydu, poczucia winy, skruchy, troski o drugiego człowieka.” -Odczytuje, po czym dodaje:
-Dał mi też do zrozumienia, że podobnie jak typowy socjopata nie przywiązuję się, wykorzystuję ludzi, albo, jak on to ładnie ujął – eksploatuję i nie zwracam uwagi na to, co, ktoś do mnie mówi.
-Trochę racji ma.-Mamroczę, bo nie chcę go urazić.
-Wiesz ty co? Ty to potrafisz podnieść człowieka na duchu!
-To się nazywa szczerość, David!
-Dobra… Powiedz lepiej, co z Markiem. Byłeś u niego?
-Tak. Wszystko w porządku. Wychodzi w piątek, w tym szpitalu poznał innego nosiciela.